31 października 2010

Gdzieś Ty się szwendał Panie?

Wpierw wytłumaczę się z ilustracji poniżej. Pierwotnie wpis miał dotyczyć tego, czy psi nochal przydaje się w diagnostyce chorób nowotworowych. Znalazłem kilka niepochlebnych opinii, co do zaprzęgania naszych futrzaków w poszukiwania raka, zniechęciły mnie dopiero abstrakty z badań. Eh to okropne uczucie, kiedy człowiek cieszy się na myśl o torturowaniu i wyśmiewaniu czyichś poglądów, ba, zmontował już nawet rysunek, a tu wszystko okazuje się prawdą. Jako, że bardziej podniecają mnie rzeczy nieprawdziwe, powróciłem do świata ludzkich urojeń, znaczy się o Jezusie będzie. Roboczy wpis o zaginionych 18 latach Jezusa leżał odłogiem od kilku miesięcy, zaś do sfinalizowania go pchnęła mnie książka Beskowa “Osobliwe opowieści o Jezusie”. Jeśli chodzi o książki dostępne w bibliotekach akademickich jestem niczym hiena na sępich skrzydłach, żeruje na kartach swoich znajomych, zbliżających się do 30-stki studentów i nie daj boże doktorantów. Musze odstać swoje w kolejce, aby przeczytać to, co bym chciał. Swoją opinię, co do hipotez przekreślających istnienie historycznego odpowiednika Jezusa, już gdzieś na tym blogu wyłożyłem. Zresztą, nikt poważny, może poza słynnym strukturalistą Edmundem Leachem tak nie twierdzi. Za to popularną praktyką jest teleportowanie biednego Jezusa w najróżniejsze zakątki globu. Mormoni są przekonani, że po swoim zejściu z krzyża popłynął łodzią do Ameryki – i to na około - jeśli dobrze pamiętam - przez Pacyfik! Niemieccy teologowie skupieni wokół powstałego w latach 30-tych Institut zur Erforschung und Beseitigung des judischen Einflusses auf das deutsche kirchliche Leben (Instytut badań i eliminacji żydowskich wpływów w Kościele niemieckim), lansowali natomiast teorię, że Jezus w rzeczywistości przybył z północy i był czystej krwi aryjczykiem. Zgodnie z wielowiekową tradycją kościoła, dyrektor i czołowy myśliciel instytutu Walter Grundmann przenoszony był z miejsca na miejsce, aby po wyciszeniu sprawy spokojnie piastował sobie wysokie stanowisko kościelne, aż do swojej śmierci w 1976.

Dywagacja o tym, co porabiał Jezus pomiędzy 12 a 30 rokiem życia, mają ten urok, że coś w ten czas robić musiał. Dzięki temu mainstreamowi chrześcijanie mają kilkanaście lat do zagospodarowania na swoje potrzeby. Jak się można domyśleć, według różnych hipotez był w tym czasie chyba wszędzie, od Egiptu po Grecję, dokooptowanie do tej listy Australii wymagałoby jedynie głębszego pogrzebania. Mieszkańcy Glastonbury są przekonani, że jako młodzieniec przybywał właśnie do nich, gdzie pobierać miał naukę od druidów. W dzień zwykły górnik wydobywający cynę, wieczorami zaś chłonny wiedzy adept wywarów Panoramixa – ot cały Jezus. Są tacy, którzy jego młodość umieszczają na japońskiej wyspie Honsiu, gdzie zawędrował spacerując przez Syberię. Urocze rysy Japonek sprowadziły go tam ponownie już po jego rzekomym ukrzyżowaniu, gdzie ożenił się z następstwem kilkorga dzieciaków. O ile dotychczas zaprezentowane teorie, delikatnie mówiąc, nie rzucają na kolana, jest i taka, która według wielu posiada znamiona prawdy. Jej autorem jest rosyjski podróżnik Mikołaj Notowicz, który w czasie swojej wizyty w tybetańskim mieście Leh, w pobliskim klasztorze natknął się na intrygujący tekst “Żywot świętego Issy”. Z tekstu jak i ustnych przekazów od przełożonego klasztoru Notowicz dowiedział się, że Issa to nasz swojski Jezus, który nim wyłożył swą naukę na prowincji Jeziora Genezaret, pobrał ją nasamprzód od indyjskich braminów. Od początku szczegóły tej historii wyglądały podejrzanie. “Żywot świętego Issy” miał być szytą księgą, a więc forma niespotykaną dla starych buddyjskich tekstów, nie zgadzał się język przekładu, a nawet zwierzęta jakie Notowicz miał widzieć w Tybecie. Opowiastka o Jezusie romansującym z hinduskimi krowami szerzyła się jednak na całego, w końcu jeden z profesorów z Agry Archibald Douglas postanowił wybrać się do tego klasztoru. Jego przełożony rzecz jasna nigdy nie widział na oczy ani rosyjskiego bajkopisarza ani czegokolwiek, co przypominałoby “Żywot świętego Issy”. Niestety sensacyjne historie żyją dłużej niż ich wyjaśnienia.

W tenże sposób przechodzimy do najsłabszej części tego tekstu, czyli czczej spekulacji o tym, co przemawia za nieruchawością Jezusa. Ewangelia Mateusza określa Jezusa na drabinie społecznej jako tektona, co w późniejszych wiekach tłumaczone będzie jako cieśla, jednak bardziej odpowiada mu nasz pracownik fizyczny. Historyczny Jezus prędzej orał pole, niż robił wymyślne krzesła dla Maryi, jakie widzieliśmy u Mela Gibsona. W swej społecznej randze znajdował się niżej niż chłopi i jedynie odrobinę wyżej niż niewolnik. Bieda w tym wypadku nie sprowadzała się do podróży wizzairem i innymi raynerami, a zmaganiem z głodem, przy którym marzenia o międzykontynentalnych wyprawach raczej nie wchodziły w grę. Jezusowi nie wypadałoby zostawić swoją matkę z jeszcze innego powodu. W czasach jego prorokowania nie ma już znanego skądinąd Józefa i logicznym wytłumaczeniem byłaby jego śmierć. Obyczajowość tamtych czasów nie pozwoliłaby zostawić wtedy matki dla zabaw na drugim końcu świata. Poza tym ewangelie zawierają przynajmniej jeden opis wojaży Jezusa. Jest to wyprawa do Jerozolimy, która jak wiemy nie zakończyła się dla niego najlepiej. Zaczął naprawdę hardcorowo, wjeżdżając do miasta na osiołku, kiedy w tym samym czasie na swoim białym rumaku do miasta triumfalnie wkraczał Piłat, tylko, że innym wejściem. Znamienne są natomiast zamieszki na tzw. dziedzińcu niewiernych w świątyni jerozolimskiej, co wskazywałoby na to, że Jezus był w świątyni po raz pierwszy. Szokuje go widok handlu zwierzętami przeznaczonymi na ofiarę, co nie było czymś niezwykłym, znaczy się Jezus był w świątyni po raz pierwszy, nigdy wcześniej nie był w Jerozolimie. Oddalona od miejsc w których nauczał o około 200 km, była i tak dalej, niż przeciętna odległość na jaką zapuszczali się w ciągu całego życia jemu współcześni. To i tak pikuś w porównaniu z wyprawami jakie się mu przypisuje.

19 komentarzy:

  1. Przed trzema laty poubolewałem sobie trochę, że Portugalczycy porobili przed paru wiekami znaczne czystki w dokumentach. Jakie to by było ciekawe gdyby się odkryło, że zwolennicy Jezusa przybyli do Indii tak z 50 lat przed narodzeniem Jezusa... Ale niech żywi nie tracą nadziei, może nie wszystko tam spalono, może ktoś kiedyś coś wygrzebie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Na nieszczęście dla wierzących szczególnie w Polsce, Ewa była czarna i pochodziła ze wschodniej Afryki...
    A że Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo , można wysnuć wniosek , ze Bóg tez jest czarny! / jeżeli jest/. Więc jakim cudem Jezus nie był mulatem skoro był synem Boga?

    pozdrawiam
    koga

    OdpowiedzUsuń
  3. Łojezu. Muszę się otrząsnąć.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jezus to był krnąbrny dzieciak. Odsyłam to opisu jego zagubienia się w świątyni. Oj, dostałby ode mnie poniżej krzyża (nomen omen) za taki numer. Także wcale nie zdziwiłoby mnie, gdyby zostawił owdowiałą matkę i ruszył w tango :)

    OdpowiedzUsuń
  5. A tak poza tym, to Chrystus był Irlandczykiem i nazywał się O`Jezu

    OdpowiedzUsuń
  6. Prawdziwy gałgan, huncwot i klan urwisów to dopiero ewangelie dziecięce. Tu kogoś mały Jezus pieprznie piorunem, tu ożywi motyla, strach się było bać takiego dziecka. Robiłem co mogłem aby upchać jeszcze dwa stare, apokryficzne newsy, dość chodliwe w dzisiejszych czasach. Jeden pochodził z Qumran i przedstawiał Jezusa jako króla dopalaczy. W qumranowskich tekstach Jezus i apostołowie lubią czasem zafundować sobie mały odlocik. Drugi pochodził z Tajemnej Ewangelii Marka (zakładając, że nie jest ona fałszerstwem) i opowiada jak pewien "młodzieniec, spoglądając na Jezusa pokochał go (..) I po sześciu dniach Jezus powiedział mu, co ma robić, i wieczorem młodzieniec przyszedł do Niego odziany w lniane płótno na nagim ciele. I pozostał z Nim tej nocy, bo Jezus nauczył go tajemnic królestwa Bożego". Ostatecznie nie udało mi się zmieścić tych gorących fragmentów. Teraz wracam do łóżka do dziewczyny gdzie zaraz ponauczam ją o tajemnicach królestwa Bożego.

    OdpowiedzUsuń
  7. Z tego co czytałem, w zwojach z Quamran nie ma ani słowa o Jezusie. Dlatego zdziwiłem się że napisałeś z taką pewnością że w tych zwojach jest o Jezusie i apostołach.

    Chyba coś ci się pomyliło.

    OdpowiedzUsuń
  8. Sprawdziłem to u Beskowa, jako że rzeczywiście mogłem źle zapamiętać. Myślałem, że pomyliłem Qumran z Nag Hammadi, błąd(?) leżał jednak gdzie indziej. Jest tu nie tyle mowa o apostołach, co o "uczniach Jezusa". Być może taka prosta interpolacja, że jeśli jego uczniowie to i apostołowie i on sam była zbyt prosta.

    OdpowiedzUsuń
  9. Gdy nie ma świadectw pisanych to jest miejsce na spekulacje i fabułę. Wszystko można pomieścić w czasie pomiędzy 12 a 30 rokiem życia Jezusa. Przyznam, że można nawet niezły scenariusz filmowy spisać i będzie to może coś w rodzaju Kodu Leonarda da Vinci... Czyli fajna i dobrze opowiedziana bajka

    OdpowiedzUsuń
  10. Co się stało z autorem bloga ,,królik w prekambrze"?

    OdpowiedzUsuń
  11. Witam. Ja mam pytanie, czy autor bloga odwiedza jeszcze "stare tematy"? Bo zamieściłem pytanko w komentarzu do artykułu "Cudotwórcze oczy" i jestem ciekaw czy w ogóle te stare posty są jeszcze odwiedzane. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  12. Odwiedza, odwiedza. Wszystko komentarze trafiają na mojego maila, niestety dżimejl to wszystko sobie dziwnie grupuje - stąd cały rozgardiasz. Ładnie odpisałem pod "oczami"

    OdpowiedzUsuń
  13. Tekton to słownikowo jednak cieśla, a w każdym razie zawód bardzo zdecydowanie związany z budownictwem (a nie meblarstwem, jak u Mela G.). Co więcej, znacznie ciekawsza wydaje mi się interpretacja taka, że ten zawód został mu dany przez autorów, ponieważ w ówczesnym społeczeństwie oznaczał dość wysoki status - taka klasa średnia. (Parę wieków wcześniej Sokrates był kamieniarzem i takoż błędem byłoby uważać, że był to niski status społeczny.)

    Osobiście za największy naukowy autorytet w kwestii Jezusa uważam Gezę Vermesa (z książek wydanych w Polsce zwłaszcza: "Twarze Jezusa" i "Autentyczna ewangelia Jezusa"), który bardzo przekonująco pokazuje, że postać znana z NT to kompilacja kilku aktywnych w mniej więcej tym samym czasie proroków - stąd choćby rozbieżności między poszczególnymi tekstami i charakterem nauczania, stąd też absurdalność biografii. Trzeba pamiętać, że tacy prorocy mieli w ówczesnej Judei funkcję głównie polityczną a nie religijną (mesjasz jest we wczesnym judaizmie terminem politycznym, nie religijnym!) i całe nauczanie ginących w mniejszej lub większej pomroce dziejów osobników, którzy złożyli się na "Jezusa" to coś w rodzaju polskiej poezji romantycznej, która jest bardziej politykowaniem niż literaturą.

    Potem, kiedy nawet dla wyznawców (czy raczej: zwolenników) stało się oczywiste, że ich prorok nie wróci, zaczął się proces mitologizacji postaci, a kiedy powstawał kanon NT był on już na tyle daleko posunięty, że nikt nie zawracał sobie głowy historycznością opowieści. Skądinąd warto również pamiętać, że nawet "historyczne" Dzieje Apostolskie powstają w środowisku intelektualnym, które nie bardzo przejmuje się obiektywizmem historycznym - historycy współcześni piszą wprost, że koloryzują, naginają fakty itd., i takie zabiegi nie budziły sprzeciwu.

    Nawiasem mówiąc, jeśli chodzi o te epizody indyjsko-bramińskie, to wprawdzie jeszcze nie czytałam, ale mogę z pełnym przekonaniem - jako że znam osobiście i naukowo autora i wiem, że jest rzetelny - polecić książkę Ory'ego Amitaya "From Alexander to Jesus" na temat nierozważanych dotychczas, a każdemu rozsądnemu historykowi hellenizmu i wczesnego cesarstwa rzucających się w oczy źródeł mitologicznej postaci Jezusa.

    OdpowiedzUsuń
  14. Na znaczenie tektona jako pracownika fizycznego powołuję się na prof. Jonathana Reeda, sam nie mam tu nic do powiedzenia i nie mam podstaw by się kłócić. Słowo cieśla, w akapicie "czyż nie jest on synem cieśli" zwykło przypisywać się m.in za sprawą ciesielskich sformowań Jezusa jak te o drzazdze i oku.

    OdpowiedzUsuń
  15. Jezusa w ewangeliach określa się pojęciem ,,tekton'' lub ,,harasz''.
    Hebr. ,,harasz'' oznacza rzemieślnika.
    Gr.,,tekton'' oznacza budowniczego (murarza, cieślę, kamieniarza...) czyli rzemieślnika mocującego się z materiałami budowlanymi. Możliwe też, że tekton był snycerzem, płatnerzem lub kołodziejem, a więc robił w złomie. Taki ówczesny haevy metal.
    Nie był zapewne artystą rękodzielnikiem wyczarowującym z martwej materii arki przymierza, piety albo sedes stercoraria. Raczej złota raczka płot podpierająca czy piąte koło u wozu rychtująca. Remiecha-partacz.
    Tradycja Kościoła dowodzi; ,,jakie drzewo, taki klin''. Czy faktycznie Jezus był jak Józef czyli ,,jaki ojciec, taki syn''? Tu już nasuwają się obiekcje. Jeśli połowiczna część przysłowia jest wątpliwa (a, co do tego nie ma wątpliwości; Józef nie był ojcem Jezusa), to nie mniejszą kontestację budzi implikowana druga jego część.
    Znane jest wiele teorii dotyczących poza mesjańskich i poza prorockich zdolności zawodowych mamzera imieniem Jehoszua. Najbardziej przypadła mi do gustu wyindukowana przez Brandstaettera. Skoro Biblia poza;
    -Mateuszem 13,55 i Markiem 6,3 nic nie podaje konkretnego, co gorsza, stawia jakieś retoryczne pytajniki niczym oko perskie, to z całą pewnością Łukaszowe ,,...przybywanie mądrości oraz łaski u Boga i ludzi'' (2,52) następowało u syna Marii przy chodzeniu w polu przed pługiem. (Ponoć wygodniej, bo za pługiem się kurzy).
    Hreczkosiej, dzierżawami chodzący, parobek folwarczny...?
    Jak zagospodarował lata durne i chmurne sam nazirejczyk, możemy tylko wróżyć z fusów. Być może uzyskalibyśmy bardziej przejrzysty życiorys niż różnego autoramentu biografowie Galilejczyka tworzący w oparach Gwiazdy Betlejemskiej, Trzech Króli i natchnienia Ducha Świętego.

    OdpowiedzUsuń
  16. W kwestii znaczeniowej (czy wychodzi poza budownictwo) dopytam jeszcze znajomej grecystko-hebraistki, która specjalizuje się w greckich tekstach z pogranicza żydowsko-hellenistycznego, ale to m. in. od niej znam tę tezę, że zawód nadali Józefowi (bo to głównie on jest tym "cieślą") i co za tym idzie Jezusowi autorzy, żeby podkreślić, że nie był to człowiek z nizin. A rozważanie, "kim był naprawdę", jest pozbawione sensu, jeśli przyjąć, że ewangelie nie opisują wiernie biografii jednego konkretnego człowieka - a to jest raczej pewnik. I w ogóle pytanie, czy ktoś w pierwszej połowie I w. zawracał sobie głowę zawodem i pozycją społeczną Jezusa czy też raczej wszystkich proroków, którzy wówczas działali. Ciekawe, czy Talmud podaje takie informacje np. o Honim Rysującym Koła...

    NT bardzo się skupia na "królewskim" pochodzeniu Jezusa i w ogóle staje na głowie, żeby pogodzić wcześniejsze proroctwa ze swoją narracją, stąd mnóstwo intelektualno-fabularnych wygibasów, które na pewno są wymysłem stosunkowo późnym. Nadanie konkretnego zawodu zaliczyłabym do tej kategorii. Te teksty powstawały w drugiej połowie I w., zasadniczo już po rozpoczęciu działalności przez Pawła i po jego śmierci, więc już pod wpływem mitologizacji zdarzeń oraz po przypuszczalnym mordzie założycielskim (rozprawa Pawła z wcześniejszymi uczniami, ukryta w epizodzie "nawrócenia").

    To nie jest historia tak jak my ją dziś rozumiemy, więc poszukiwanie konkretów nie ma sensu (choć można szukać znaczeń użytych słów, ale sensowniej jest interpretować je w kontekście "propagandowym", a nie faktograficznym), ale mit, na dodatek pisany już w epoce, kiedy mit się konstruuje świadomie i literacko. Najwcześniejszymi tekstami NT są listy Pawła i to one ustawiają całość pod względem ideowym, niezależnie od tego, czego pół wieku wcześniej mogli uczyć judejscy prorocy.

    Reasumując: moim skromnym zdaniem historyka epoki niewiele wcześniejszej nie ma sensu zastanawiać się, co "Jezus" robił przez 18 lat, ponieważ w pewnym sensie nic nie robił - bo nie istniał jako jednostkowy, konkretny byt, który łączyłby w sobie to wszystko, co poza tym o nim "wiemy". Istnieje hipoteza tzw. źródła Q, czyli nauki tego proroka, który miał być najważniejszy dla konstrukcji postaci Jezusa, i bibliści usiłują wyodrębnić w ewangeliach kawałki z tego źródła pochodzące. Jak dla mnie to trochę ekwilibrystyka intelektualna, ale niektórzy używają do tego rzetelnych narzędzi filologicznych, więc niech im się szczęści.

    OdpowiedzUsuń
  17. Przypisywanie konkretnej profesji ,,zaliczyłabym do intelektualno-fabularnych wygibasów''.
    Celniej nie można, co najwyżej-śmieszniej. To znaczy torem parabolicznym lub zza winkla.
    ,,Tekton'' dla Homera to ,,obrabiający drewno''. Jednakże w koine rzeczownik ów miał także znaczenia; rzemieślnik, mistrz a nawet założyciel rodu (metaforycznie). W języku aramejskim rzemieślnika-cieślę oddawano słowem ,,naggar''.
    Justyn Męczennik w dialogu ,,Tryfon'', Efrem Syryjczyk w ,,Pieśni o Bożym Narodzeniu'', apokryfy i cała tzw. chrześcijańska tradycja optują za przemianą tektona w cieślę.
    Powód?
    Ano przypowieść o ,,belce w oku'', talmudyczna pogarda utrwalona zwrotem ,,rzemieślnik syn rzemieślnika'' ( w znaczeniu; rodzice porządni a syn kolejarz), rzutowanie własnych projekcji i skojarzeń ludów nie wyobrażających sobie życia bez drewna...(budulec, meble, opał)
    Gdzie? W ubogim w surowiec drzewny Izraelu? Na dodatek dziedzic królewskiego rodu Dawida miałby wymachiwać siekierą nad własnym rozumem, rychtując krzesła czy łoża ziomkom korzystającym przy spoczynku z ziemi i kamieni? Niemiecki biblista J. Gnilka zauważa, że u ewangelistów panuje tendencja do bagatelizowania zawodu Jezusa. Dowodzą tego między innymi owe retoryczne pytania u Mateusza i Marka zaopatrzone znakiem zapytania. Eksponuje się natomiast mądrość ,,Mistrza'', czyli tworzy szpagat nobilitujący usiłując łączyć fizyczność z intelektem. Na rzecz ,,inteligenta pracującego''.
    Mamy więc cieślę pustynnego (rybaka na bezrybiu), wątpliwej wartości dane o królewskim rodowodzie, miejscu urodzenia...oraz wieloznaczny rzeczownik ,,tekton''. Wyszedł aramejski ,,naggar'' oznaczający tyleż rzemieślnika co uczonego. Sprytnie-zmienić status cieśli na mądrego taumaturga proroka.
    W dobie ,,brązu'' mielibyśmy brązownika albo odlewacza. W epoce kamienia-kamieniarza... W cywilizacji drewna (jako podstawowego budulca)-cieślę.
    Implikacją takiej ewolucji jest to, że niebawem usłyszymy o Jezusie informatyku i Jezusie kosmicie, zbawiającym inne planety poprzez wcielenie się w zielonego ludzika.
    Taki już ,,jego'' zawód.

    OdpowiedzUsuń
  18. Jest jeszcze jedna kwestia. Jezus był Żydem, wychowywanym w dość bogobojnej rodzinie, która przestrzegała Prawa Mojżeszowego. Ich obowiązkiem było pojawienie się w Jerozolimie dwa lub trzy razy w ciągu roku (Święto Paschy, Święto Namiotów i jakieś jeszcze, nie pamiętam). To wykluczało możliwość odbycia podróży do Indii w tamtych czasach.

    @anonimowy "(a, co do tego nie ma wątpliwości; Józef nie był ojcem Jezusa" ale był jego opiekunem, w tamtych czasach nie było szkół zawodowych, dzieci szkoliły się u rodziców.

    Podoba mi się na tym blogu. :)
    mona

    OdpowiedzUsuń
  19. może był, może nie był, ale rękopisy z Himis wyglądają na bardziej wiarygodne niż 4 Ewangelie razem wzięte i nikomu nic nie zarzucam, ani nie umniejszam. Serce Twoje jest świątynią Boga i od Ciebie zależy czym je przyozdobisz na chwałę Stwórcy

    OdpowiedzUsuń