31 maja 2010

Być chrześcijaninem na pół gwizdka

Zainspirowany książką Jacobsa "Rok biblijnego życia" - pochłonąłem się rozmyślaniu, co musiałoby się zmienić w chrześcijaństwie, abym mógł nakleić sobie rybkę na tylną szybę samochodu. Jako że rewolucyjnych zmian na horyzoncie brak, właściwsze pytanie to to, co uznać za metaforę, a co potraktować dosłownie, tak aby wycisnąć z tej religii coś dobrego. Wszyscy buszują w Biblii, wybierając co lepsze kawałki, więc i mi chyba raz wolno oddać się takim czczym spekulacjom. Ureligijnienie mnie wymagałoby radykalnych kroków, ale w tych radykalnych krokach nie byłbym pierwszy. Już słynny Thomas Jefferson postąpił z Biblią jak na prawdziwie światły umysł przystało. Wykreślił z niej wszystkie cudaczności, chodzenia po wodzie, namnażania chleba i zmartwychwstania, wszystko co według niegdysiejszego stanu wiedzy sprzeczne było z prawami przyrody, zostawiwszy w niej jedynie pouczenia na temat miłości do bliźniego i tym podobne rzeczy. Tekst ten, nazywany dziś Biblią Jeffersona jest dziwnym, acz intrygującym przykładem na możliwość zlaicyzowania Pisma Świętego. Czy potraktowanie świętych ksiąg nożyczkami jest jedynym sposobem, aby człowiek słabej wiary ugryzł coś z tej niezapleśniałej strony religijnego tortu?

Jeśli zastępy nadprzyrodzonych zjawisk tak wzdrygają nas przed wypełnioną nimi Biblią, rozwiązanie na to podsuwa ponoć sama Biblia. Otóż Nowy Testament wzmiankuje o Nikodemie, którego historia ma być żartem wymierzonym w tych, którzy Biblię traktować chcą dosłownie. Na słowa Jezusa o narodzeniu się ponownie, Nikodem nie może pojąć tkwiącej w tym metafory. "Jakże może się człowiek narodzić będąc starcem, Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?" (Jan 3, 4). Jeśli przyjąć ten naciągany argument przeciwko literalności, na upartego można posiłkować się nim spoglądając na Genesis, choć sama Księga Rodzajów takich interpretacji nie podsuwa. Po drugie, jeśli tylko decydujemy się na takie intelektualne zmagania, wiele z pozytywów wiary maluczkich ląduje poza naszym zasięgiem. Dobry chrześcijanin ,który w ten sposób godzi swoje mądre i cnotliwe życie, z czasami mało mądrym i cnotliwym Pismem, traci jednak zalety życia na przekór rzeczywistości. Dostrzega to też Jacobs, pisząc jaka piękna perspektywa rozciąga się przed kreacjonistycznymi młodoziemcami, traktującymi biblijny potop dosłownie. Jeśli Ziemia ma około 5 miliardów lat, jestem zaledwie kroplą w oceanie, którym jest wszechświat. "Ale jeżeli ma 6 tysięcy, to moje życie stanowi całkiem przyzwoitą część istnienia świata. Nie gram ogonów. Mam sporą rolę mówioną w filmie zwanym życiem".

Chrześcijaństwo z zasady powątpiewające w nadprzyrodzoność to oczywiście żadne tam chrześcijaństwo. Mając zapasem świętą księgę można jednak skupić się na czymś pożyteczniejszym niż liczenie aniołów na łebku szpilki. Przy odrobinie chęci wynajdziemy w głowie trochę obrazków osób, które poświęciły swoje życie zarówno swoim bogom jak i pomocy innym. Lansowanym przez Jacoba przykładem jest organizacja Red-Letter Christian, chrześcijańska wspólnota skupiająca się nie na aborcji i antykoncepcji, a na działalności charytatywnej. To, że nie jest to niestety normą widać choćby w retoryce prominentnych wierzących tego kraju, dla których największym problemem ludzkości są geje i in vitro. Swoje piętno czerwonoliterowcy odcisnęli już w Polsce i to w dodatku na mnie! Spokojnie, pełny skruchy nie pogoniłem do konfesjonału, nie spędzam też niedzieli na rytualnym siadaniu, wstawaniu, klęczeniu i siadaniu. Od niedawna w dyskusjach nadużywam jednak zwrotu "per bracie", lansowanego przez Toniego Campolo, twórcę całego ruchu. Początek jest zatem skromny, ale zawsze lepsze to niż nic.

5 komentarzy:

  1. Miałem tu (w Brazylii) wiele kontaktów z tzw. katolikami charyzmatycznymi i to są zupełnie normalni ludzie, mający zupełnie normalne zmartwienia dotyczące świata i miasta, a ich lektura Biblii (choć nie będzie kiedykolwiek moją) może być odbierana z szacunkiem o pogodą. No, ale myślę, że gdyby B16 mógł się do nich dobrać, szybko by im pogonił kota...

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam dla Ciebie smutną wiadomość - chrześcijaninem nie staje się ktoś przez to, że ten obraz chzreścijaństwa jaki obserwuje dokoła siebie mu się podoba i to wybiera. Chrześcijaninem staje się czlowiek poprzez nawrócenie "do samego Boga" jak mówi Biblia, czyli narodzenie na nowo i poddanie całkowicie Jezusowi. Człowiek bazujący na przyrodzonym mu sposobie postrzegania świata i danej przez Boga inteligencji kończy najwyżej na mędrkowaniu i popisywaniu się tą inteligencją. Chrześcijaństwo nie ma też nic wspólnego z działalnością charytatywną oderwaną od bojaźni Bożej i jedynej motywacji, jaką jest chęć podążania za Jezusem. Podobnie z nazywaniem innych braćmi. Braćmi są ci, którzy mają tego samego ojca. Póki nie staniesz się dzieckiem Bożym (nie narodzisz się na nowo, odrzucając poza siebie dziedzictwo Adama) nie możesz innych chrzescian nazywać braćmi jak też nie oczekuj że będziesz tak przez nich nazywany. Czyli - jedynie modlitwa, poznawanie Słowa Bożego w pokorze dla tekstu to drogi do stania się chrześcijaniem i nie ma tu nic do rzeczy co w tzw. chzreścijaństwie dzieje się obok. Oczywiście podstawą jest sama chęć do nawrócenia, ale to już osobna sprawa. Przychodzi w życiu taki czas, że dochodzi się do punktu w którym nie wystarcza erudycja, trzeba wybrać w którą stronę się idzie - ku światlu czy wręcz przeciwnie. Zajrzałem na Twój blog po przeczytaniu wpisu w komentarzach na blogu Mariana Biernackiego, pastora mojego zboru. Pozdrawiam serdecznie i życzę Bożego dotknięcia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie takowe nawrócenie a'la "piorun z nieba" jest najmniej wartościowe. W tym nie ma nawet próby zrozumienia, pomyślunku, a wręcz przeciwnie - im mniej myślisz tym lepiej. Nie rozumiem (i myślę, że wiele osób wierzących również) jak takie dojście do Boga może być satysfakcjonujące, tym bardziej że znając naturalne mechanizmy stojące za tą łaską nawrócenia, nie da się jej tak łatwo przełknąć.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie koniecznie a'la "piorun z nieba", choć domyślam się o co Ci chodzi. W wielu przypadkach (tak było w moim również) Bóg "drąży" człowieka przez kilka miesięcy, choc oczywiście zawsze nadchodzi taki moment, gdy zapada ostateczna decyzja. "Piorunem z nieba" jest już za to nieodwołalnie i w sposób niemal dosłowny chrzest Duchem Świętym. W nawróceniu nie chodzi absolutnie o własną satysfakcję z tego przeżycia, wręcz przeciwnie - nawrócony człowiek musi zrezygnować z patrzenia na świat w tych kategoriach. Nawrócenie jest zdaniem sobie sprawy z przytłaczającej wielkości, światłości, prawości i majestatu Boga i przyjęciem Jego przebaczenia. Ktoś kto dostanie łaskę ujrzenia tego może już tylko wielbić swojego Stwórcę i być Mu całkowicie poddanym. Zapewniam Cię, że osoby naprawdę wierzące czyli narodzone na nowo nie mają (nie wyobrażam sobie takiej osoby po prostu, nie mówiąc o tym, że nie znam)nie traktują tego jako czegoś niesatysfakcjonującego. Ja osobiście nie odważyłbym się też napisać, że do końca znam "mechanizmy stojące za łaską nawrócenia". Poznam je dokładnie dopiero u Ojca. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. gdzie w Polsce można namierzyć red-letterowców? będę wdzięczny za informację.
    pozdr
    MC

    OdpowiedzUsuń