26 grudnia 2010

Najczęstsze zjawisko paranormalne świata

Kiedy na klawiaturze zbierają się kłęby kurzu, a między palcami widać pajęczynę, oznacza to niechybnie, że wypadałoby w końcu coś napisać. Mój mózg się coś ostatnio zapuścił, ledwo zipie przy byle okazji. To chyba ten hamulec jaki zaciągamy koło trzydziestki - następny ponoć koło 40-stki, wiec i kolejna przerwa w blogowaniu ustalona. Aby się jakoś intelektualnie odkorkować posłużę się techniką małych kroczków, a zatem wybiorę najlichszy, niewymagający żadnych researchów temat. Oczywisty, prosty, wręcz prostacki, taki co to już bystrzejsza małpa dałaby rade go rozkminić. Pod tym pompatycznym tytułem notki może kryć się co najmniej kilka tematów, generalnie równie krotochwilnych w przypisywaniu im nadnaturalności. Mówienie tego samego w tym samym czasie, co kolega z ławki - w domyśle telepatia, czy bycie prześladowanym przez jakąś liczbę - w domyśle nie wiem co. Zjawisko opisywane przeze mnie dowodzić ma chyba reinkarnacji, choć dla Neo oznaczało machinacje jakim poddawany jest właśnie Matrix. W "Kryminalnych zagadkach Miami" robiąca tam chyba za uczoną, pani stwierdza, "że są rzeczy, których nauka wyjaśnić nie potrafi, jak deja vu". Czy aby na pewno nauka nie potrafi wyjaśnić deja vu?

O paranormalnym potencjale deja vu możemy przekonać się, kopiąc w produktach kultury popularnej lub zaglądając w miejsca nawiedzane przez nawiedzonych entuzjastów parapsychologii. W najlepszym z serii Star Treków, Next Generation, moja ulubiona postać komandor Date rozpracowuje deja vu, co pomaga wymknąć się całej ekipie z pętli czasowej. Generalnie pętle czasowe i równoległe rzeczywistości to właśnie to, z czym deja vu (po klingońsku lipoch) kojarzone jest s-f najczęściej. Odmiennym przypadkiem są osoby, chcące pochwalić się swoimi paranormalnymi zdolnościami i szturmujące fora zajmujące się tą tematyką. Nierzadko pasjonujący opis z oczekiwaniem na spłynięcie wszystkich ochów i achów, a tu bęc, okazuje sie zjawisko to ma już nawet swoja nazwę. Pomysł, iż nauka jest tu bezsilna bierze się chyba z funkcjonowania wielu, kompletnie błędnych tłumaczeń, jak np. to, że deja vu wynika z różnicy czasu pomiędzy zarejestrowaniem obrazu przez jedno, a później przez drugie oko. Tymczasem w świecie stricte naukowym istnieje nieźle ugruntowany konsensus, co do tego czym jest deja vu. Jest to pamięciowa czkawka, zmagania naszego mózgu czy to, czego własnie doświadczył pochodzi z jego pamięci krótkotrwałej czy długotrwałej. Jeśli nasz umysł przedobrzy i teraźniejsze doświadczenie wskoczy bezpośrednio do pamięci długotrwałej, pojawi się to dziwaczne uczucie, że sięgnęliśmy właśnie gdzieś głęboko do swej pamięci, mimo, że sytuacja wydarzyła się przed momentem. Odwrotnością deja vu jest jamais vu, wtenczas nawet najbardziej rutynowa czynność sytuowana jest przez nasz mózg jako coś nowego.

Przechodząc do najciekawszej części notki, posłużę się chyba wciąż najnowszym numerem specjalnym Wiedzy i Życie, nawiasem mówiąc, strasznej szmiry - nie polecam, o szumnym tytule "Kim jesteśmy" i tak się składa, że chyba najlepszy artykuł tego numeru dotyczy właśnie deja vu. Tekst autorstwa Małgorzaty Załogi skupia się nad tym, co wszyscy lubimy najbardziej, a więc na wynaturzeniach. Rzadkich i strasznych, a przez to trochę zabawnych chorobach oscylujących wokół zaburzeń pamięci. Chyba najfajniejsze z nich to paramnezja powielająca, kiedy nie możemy oprzeć się wrażeniu, że ludzie dookoła nas nie są sobą, lecz swoimi identycznymi kopiami. Powiązaną z tą przypadłością jest tzw. zespół Capgrasów, kiedy dobrze znane nam osoby odbierane są jako obce, tyle że o identycznym wyglądzie. Kolejny zespół, tym razem zepół Fregoli sprawia, że cierpiący na tą chorobę będzie rozpoznawać swoich znajomych w obcych osobach, choć o zmienionym wyglądzie. Na koniec zostawiłem sobie "zespoły dnia świstaka", jako że historia medycyny notuje i takie przypadki. Jeden z nich przypadł Japończykowi, który nie mógł pozbyć się wrażenia, że przeżywa wciąż ten sam moment swojego życia, co podobnie jak w filmie skończyło się kilkoma próbami samobójczymi, oraz bardziej optymistyczny przypadek 25-letniej kobiety, która przez 12 lat przeżywała wciąż ten sam fragment swojego żywota. W artykule nie podano niestety jaki był to moment, ale najwidoczniej przyjemny, jeśli pacjentka przez kilkanaście lat trwała w nieustającej euforii.

31 października 2010

Gdzieś Ty się szwendał Panie?

Wpierw wytłumaczę się z ilustracji poniżej. Pierwotnie wpis miał dotyczyć tego, czy psi nochal przydaje się w diagnostyce chorób nowotworowych. Znalazłem kilka niepochlebnych opinii, co do zaprzęgania naszych futrzaków w poszukiwania raka, zniechęciły mnie dopiero abstrakty z badań. Eh to okropne uczucie, kiedy człowiek cieszy się na myśl o torturowaniu i wyśmiewaniu czyichś poglądów, ba, zmontował już nawet rysunek, a tu wszystko okazuje się prawdą. Jako, że bardziej podniecają mnie rzeczy nieprawdziwe, powróciłem do świata ludzkich urojeń, znaczy się o Jezusie będzie. Roboczy wpis o zaginionych 18 latach Jezusa leżał odłogiem od kilku miesięcy, zaś do sfinalizowania go pchnęła mnie książka Beskowa “Osobliwe opowieści o Jezusie”. Jeśli chodzi o książki dostępne w bibliotekach akademickich jestem niczym hiena na sępich skrzydłach, żeruje na kartach swoich znajomych, zbliżających się do 30-stki studentów i nie daj boże doktorantów. Musze odstać swoje w kolejce, aby przeczytać to, co bym chciał. Swoją opinię, co do hipotez przekreślających istnienie historycznego odpowiednika Jezusa, już gdzieś na tym blogu wyłożyłem. Zresztą, nikt poważny, może poza słynnym strukturalistą Edmundem Leachem tak nie twierdzi. Za to popularną praktyką jest teleportowanie biednego Jezusa w najróżniejsze zakątki globu. Mormoni są przekonani, że po swoim zejściu z krzyża popłynął łodzią do Ameryki – i to na około - jeśli dobrze pamiętam - przez Pacyfik! Niemieccy teologowie skupieni wokół powstałego w latach 30-tych Institut zur Erforschung und Beseitigung des judischen Einflusses auf das deutsche kirchliche Leben (Instytut badań i eliminacji żydowskich wpływów w Kościele niemieckim), lansowali natomiast teorię, że Jezus w rzeczywistości przybył z północy i był czystej krwi aryjczykiem. Zgodnie z wielowiekową tradycją kościoła, dyrektor i czołowy myśliciel instytutu Walter Grundmann przenoszony był z miejsca na miejsce, aby po wyciszeniu sprawy spokojnie piastował sobie wysokie stanowisko kościelne, aż do swojej śmierci w 1976.

Dywagacja o tym, co porabiał Jezus pomiędzy 12 a 30 rokiem życia, mają ten urok, że coś w ten czas robić musiał. Dzięki temu mainstreamowi chrześcijanie mają kilkanaście lat do zagospodarowania na swoje potrzeby. Jak się można domyśleć, według różnych hipotez był w tym czasie chyba wszędzie, od Egiptu po Grecję, dokooptowanie do tej listy Australii wymagałoby jedynie głębszego pogrzebania. Mieszkańcy Glastonbury są przekonani, że jako młodzieniec przybywał właśnie do nich, gdzie pobierać miał naukę od druidów. W dzień zwykły górnik wydobywający cynę, wieczorami zaś chłonny wiedzy adept wywarów Panoramixa – ot cały Jezus. Są tacy, którzy jego młodość umieszczają na japońskiej wyspie Honsiu, gdzie zawędrował spacerując przez Syberię. Urocze rysy Japonek sprowadziły go tam ponownie już po jego rzekomym ukrzyżowaniu, gdzie ożenił się z następstwem kilkorga dzieciaków. O ile dotychczas zaprezentowane teorie, delikatnie mówiąc, nie rzucają na kolana, jest i taka, która według wielu posiada znamiona prawdy. Jej autorem jest rosyjski podróżnik Mikołaj Notowicz, który w czasie swojej wizyty w tybetańskim mieście Leh, w pobliskim klasztorze natknął się na intrygujący tekst “Żywot świętego Issy”. Z tekstu jak i ustnych przekazów od przełożonego klasztoru Notowicz dowiedział się, że Issa to nasz swojski Jezus, który nim wyłożył swą naukę na prowincji Jeziora Genezaret, pobrał ją nasamprzód od indyjskich braminów. Od początku szczegóły tej historii wyglądały podejrzanie. “Żywot świętego Issy” miał być szytą księgą, a więc forma niespotykaną dla starych buddyjskich tekstów, nie zgadzał się język przekładu, a nawet zwierzęta jakie Notowicz miał widzieć w Tybecie. Opowiastka o Jezusie romansującym z hinduskimi krowami szerzyła się jednak na całego, w końcu jeden z profesorów z Agry Archibald Douglas postanowił wybrać się do tego klasztoru. Jego przełożony rzecz jasna nigdy nie widział na oczy ani rosyjskiego bajkopisarza ani czegokolwiek, co przypominałoby “Żywot świętego Issy”. Niestety sensacyjne historie żyją dłużej niż ich wyjaśnienia.

W tenże sposób przechodzimy do najsłabszej części tego tekstu, czyli czczej spekulacji o tym, co przemawia za nieruchawością Jezusa. Ewangelia Mateusza określa Jezusa na drabinie społecznej jako tektona, co w późniejszych wiekach tłumaczone będzie jako cieśla, jednak bardziej odpowiada mu nasz pracownik fizyczny. Historyczny Jezus prędzej orał pole, niż robił wymyślne krzesła dla Maryi, jakie widzieliśmy u Mela Gibsona. W swej społecznej randze znajdował się niżej niż chłopi i jedynie odrobinę wyżej niż niewolnik. Bieda w tym wypadku nie sprowadzała się do podróży wizzairem i innymi raynerami, a zmaganiem z głodem, przy którym marzenia o międzykontynentalnych wyprawach raczej nie wchodziły w grę. Jezusowi nie wypadałoby zostawić swoją matkę z jeszcze innego powodu. W czasach jego prorokowania nie ma już znanego skądinąd Józefa i logicznym wytłumaczeniem byłaby jego śmierć. Obyczajowość tamtych czasów nie pozwoliłaby zostawić wtedy matki dla zabaw na drugim końcu świata. Poza tym ewangelie zawierają przynajmniej jeden opis wojaży Jezusa. Jest to wyprawa do Jerozolimy, która jak wiemy nie zakończyła się dla niego najlepiej. Zaczął naprawdę hardcorowo, wjeżdżając do miasta na osiołku, kiedy w tym samym czasie na swoim białym rumaku do miasta triumfalnie wkraczał Piłat, tylko, że innym wejściem. Znamienne są natomiast zamieszki na tzw. dziedzińcu niewiernych w świątyni jerozolimskiej, co wskazywałoby na to, że Jezus był w świątyni po raz pierwszy. Szokuje go widok handlu zwierzętami przeznaczonymi na ofiarę, co nie było czymś niezwykłym, znaczy się Jezus był w świątyni po raz pierwszy, nigdy wcześniej nie był w Jerozolimie. Oddalona od miejsc w których nauczał o około 200 km, była i tak dalej, niż przeciętna odległość na jaką zapuszczali się w ciągu całego życia jemu współcześni. To i tak pikuś w porównaniu z wyprawami jakie się mu przypisuje.

6 października 2010

Brudna woda za tysiaka

Najwidoczniej jestem prymitywistą, jako, że gdybym tylko wyżył z popędzania kijem gęsi na pastwisko, nie miałbym nic przeciwko takiej robocie. Nie tylko ja tęsknie za przaśnymi czasami, kiedy szło się na zakupy z pęczkiem marchwi za pazuchą i dorodnym świniakiem na sznurku. Niestety, w tych jasnych i prostych czasach, coś co nazywano wówczas medycyną, raczej zabijało niż leczyło, a ponieważ nie na każdego działa pióro oskubanej o północy sowy, obawiam się, że mógłbym nie dożyć wieku, w którym to pisze. Prosta, prostacka wręcz metoda z chamskim efektem końcowym. Ta medycyna naturalna, która sprytnie nie naśladuje medycyny akademickiej (jak homeopatia), stawia właśnie na taki konkret, odwołując się do naszej potrzeby prostych i efektownych metod. Świat bakterii i wirusów jest światem nieludzkim, ani to tego dziadostwa nie widać, a przy tym ciężko sobie wyobrazić jak mała tabletka może walczyć z czymś takim. Łykanie proszków i leżenie trudno nazwać walką z chorobą, w chłopskim znaczeniu słowa walka. W tym miejscu wkracza stawianie baniek - mamy ogień, namacalne działanie, czerwone plamy, przez które choroba wyłazi z nas na naszych oczach. "Konkretną medycyną" są filipińscy uzdrawiacze - żadnego patyczkowania się, brudne łapsko wkładane w brzuch, wygrzebuje kawałek siedzącego w nas paskudztwa. Owi Filipińczycy używają nieraz metalowych garnków i ostentacyjnie wrzucają do niego wyciągnięte z brzucha świństwo. Brzdęk wpadającego do naczynia syfu, jest właśnie tym czymś uchwytnym, czego brakuje mainstreamowej medycynie.

Z bezliku badziewia wybrałem dziś coś, co chyba najlepiej oddaje powyższe gadanie. Jak wiadomo ilość nagromadzonych w nas konserwantów, słodzików i spulchniaczy do pieczywa stanowi od 1/3 do 2/3 masy naszego ciała. Jest to wynikiem światowego spisku, którego celem jest masowa eksterminacja ludzkości, a który zaczyna się u mojego sąsiada opryskującego w swojej szklarni ogórki. Skoro już wiem, iż cały świat chce mnie zabić, z pomocą przychodzi detoksykacja. Zdiagnozowanie nieistniejącego problemu daje monopol na jego usuwanie, bo choć detoksykacja jest praktyką szpitalną, to odnosi się do zupełnie innych substancji. Jeśli medycyna oferowana nam w karetce pogotowia jest wciąż za słaba, aby wyciągnąć z nas barwniki, jakie wchłaniamy jedząc żelki, należy uciec się do bardziej wyrafinowanych sposobów. Metod detoksykacji mamy sporo, większość z nich opiera się na obcowaniu ze szlamem i brzydkim zapachem – jako, że właśnie tak ludzie wyobrażają sobie nagromadzone w nas toksyny. Moja ulubiona metoda wyciąga je przez stopy. Służą do tego różne urządzonka, takie jak BioEnergiser D-Tox Foot, chodzący na Allegro po 1100 złotych i jak zapewnia producent, usuwający zalegające w nas “konserwanty, polepszacze, chemię rolną, pestycydy itd”. Zasada jest prosta jak budowa cepa – do wanienki z czystą wodą wkładamy stopy, podłączamy naszą miskę z wodą do prądu, a po chwili woda dookoła naszych nóg zamienia się w brązową breję.




Szlam ten to oczywiście toksyny i co ciekawe ich kolor nie jest bez znaczenia. Żółty pochodzi z nerek, ciemnobrązowy to toksyny z wątroby lub jelit, zaś biały, nie, nie z mózgu, biały pochodzi z układu limfatycznego. Jeśli ktoś jeszcze pamięta temat fitoświec, tam również kolor woskowiny decydował o diagnozie. Po co morfologie, analizy, wymazy – mamy określone kolorki i wszystko jasne. Jak widać na filmie nasze podeszwy mają niezłą wydajność w usuwaniu tego cholerstwa, niestety dla wszystkich, którym stopy ciążą już od toksyn mam złą wiadomość. Dopalaczy z organizmów naszych pociech tym nie usuniemy. Wszystko to pic na wodę i to na wyjątkowo nieświeżą wodę. Wcale nie musimy wkładać stóp, aby woda przybrała tak nieciekawy kolor. Co więcej, dwa gwoździe podłączone do prądu, dałyby toksyczne błoto wyglądające nie mniej paskudnie. Kawałek złomu nie byłby jednak tak przekonywujący jak zabudowane coś, mogące kryć wyrafinowaną, mistyczną technologie, jaką należałoby oczekiwać za tysiąc złotych. Woda nie jest brudna od toksyn, ale od rdzy, wedle reakcji 6H2O + 2Fe —> 3H2 + 2Fe(OH)3 . Fizjologia człowieka i chemia jest bezwzględna dla amatorów tego zabiegu. Jest on całkowicie bezużyteczny, nie może działać i nie działa. Oczywiście ludzie widzący we własnych stopach filtr zasysający toksyny i wypluwający je na zewnątrz mają w apteczce szarlatana parę innych wynalazków. Między innymi plastry o adekwatnym działaniu. Przed zaśnięciem naklejamy plasterek na stopę, zgodnie z zasadami refleksologii możemy nawet wybrać, który narząd oczyścimy, po czym rano odklejamy go oblepionego kleistą substancją – znaczy się toksynami! Okrutna prawda mówi jednak, że owa toksyna to jedynie produkt higroskopijnych właściwości substancji jakimi nasiąknięty jest plaster, takimi jak ocet drzewny. Zrobi się czarny od wilgoci naszych stóp, czoła, ale i równie dobrze wyciągnie toksyny wisząc nad czajnikiem.

22 września 2010

Świecowanie uszu - niezabawna strona medycyny naturalnej

Gdyby nasze uszy mogły mówić, myślę, że zażądałyby co najmniej takiej samej estymy jaką darzymy dziś oczy. Nikt na własną rękę nie dłubie sobie w oczach, za to w co drugim domu wala się pudełeczko z patyczkami do uszu. Nawiasem mówiąc, czyszczenie nimi uszu to ostatnia rzecz do jakiej się one nadają. W arsenałach "wujków dobra rada" są jednak i takie "zabiegi pielęgnacyjne", przy których uszy skuliłyby się w kącie ze strachu, gdyby tylko to potrafiły. Po co czyścić tak delikatny narząd patykiem, jak można to zrobić ogniem - czyż nie brzmi to wspaniale?! Zasada jest prosta: wydrążoną świecę z pszczelego wosku, nazywaną dalej w tekście pod uczoną nazwą fitoświecy, wpychamy sobie do ucha i podpalamy - co nazywać będziemy od tej pory pod mniej drastycznie brzmiącą nazwą świecowania. Jak dowiedziałem się z polskiego bloga poświęconego zachwalaniu tej metody, świecowanie uszu praktykowano już w starożytnym Egipcie, Chinach, Indiach, Tybecie, u Majów i Azteków. Aż prosi się, aby do tej listy dokooptować Atlantydę. Dajmy spokój temu, czy starożytni ich używali (a nie używali), jako że same świece nazywane są świecami Indian Hopi. Pod taką nazwą są sprzedawane szargając na świecie dobre imię sympatycznych Hopi. Hopi się jednak nimi nigdy nie katowali! Urzędująca w Arizone Rada Plemienia Indian Hopi, protestowała już przeciwko tej nazwie, podkreślając, że ich lud nigdy nie używał takiego cudu. Marketing wie jednak swoje - nic nie uwiarygadnia coraz dziwniejszych pomysłów na medycynę alternatywną lepiej, niż modni starożytni i tajemniczy Indianie.

Wydaje mi się, że pomysł na oczyszczające właściwości świecowania uszu wzięto z filmów animowanych. W bajkach czyścimy uszy wkładając chusteczkę do jednego ucha i wyciągając drugim. Dokładnie tak wyobrażają sobie budowę ucha zwolennicy tego zabiegu, twierdząc, że spalająca świeca - wytwarzając efekt komina - zasysa wszystkie syfy, a przy okazji wyrównuje ciśnienie powietrza w różnych zakamarkach naszej czaszki. Komuś zapomniało się, że ucho to ślepa uliczka, wyprawa do ucha nie jest dla powietrza podróżą w jedną stronę, nie ma żadnego przeplywu powietrza, jako że wszystko zamyka na końcu błona bębenkowa. Po co paląca się fitoświeca miałaby robić sobie tyle zachodu, tworząc porządne podciśnienie mogące odrywać gęsty i lepki materiał, jeśli dookoła niej jest od cholery powietrza? W rzeczy samej, badania na modelu ucha wykazały, że świeca nie wytwarza praktycznie żadnego podciśnienia! Tajemnicą przerażającej popularności fitoświecy w naszym kraju jest pokazywanie pacjentom po świecowaniu, żółtego nalotu przy końcówce "wbitej" w ucho. "Ucho było przecież wyczyszczone, a tu proszę, jeszcze tyle maziochy, niezła rzecz te świece!". Pisałem, że zabieg ten nie jest w stanie usunąć niczego z naszego ucha, skąd zatem lepki wosk na dnie świecy po świecowaniu? hmm... skąd może wziąść się wosk na dnie palącej się woskowej świecy? Otoż dokładnie stąd, ścieka ze świecy! Można przystawić ją do ucha, wbić w piasek, trzymać na czole, ważne, aby zamknąć jej dopływ powietrza "od dołu", a mamy gwarancje, że po wypaleniu się świecy na dnie znajdziemy zawsze tyle samo kleistego wosku!

Gdyby świece czyściły tylko ucho, tępy patyczek owinięty watą byłby dla kosztującej kilkanascie złociszy świecy śmiertelną konkurencją. Fitoświece zatem mogą leczyć nas prawie ze wszystkiego, np z migren. Nawet gdyby świecowanie objawiało się tym, czym się nie objawia, w jaki sposób zmiana ciśnienia w uchu ma wpłynąć na genetyczne zaburzenia neuroprzekaźników w mózgu, pozostaje dla mnie zagadką. Bardzo podobają mi się spostrzeżenia pani Jolanty Kwapisz, która popełniła tekst o świecowaniu dla "Poradnika domowego". Otóż kolor wosku jaki gromadzi się na dnie świecy - tak, dokładnie, tego który pochodzi wyłącznie z niej samej - diagnozuje naszą kondycje zdrowotną. Kolor żółty oznacza terapie zakończoną pełnym sukcesem, brązowy - postępującą poprawę wymagającą kolejnych zabiegów, zaś zielony nadchodzący dramat. Jedynym dramatem jest tu jednak sama świeca, która nie potrafi niczego z tego co jej się przypisuje, ale wprowadza do najczęściej chorego już ucha brudny wosk i gorący popiół. Według statystyk ponad 10% zabiegów świecowania uszy kończy się poparzeniem; kolejne kilkanaście procent niedrożnością kanału słuchowego lub tymczasową utratą słuchu. Rzadziej przydarza się zapalenie ucha zewnętrznego, a mniej więcej 1 przypadek na 100 kończy się naprawdę tragicznie - perforacją, przepaleniem błony bębenkowej. Toż to słuchowy armagedon! Jako, że ludzi używających fitoświecy raczej nie interesują statystyki i wypowiedzi lekarzy, bo przecież pani Irena używała i pomogło, o skuteczności świecowania mogę przekonać się w swój ulubiony, anegdotyczny sposób. Wystarczy spojrzeć na komentarze dołączone do wyżej przytaczanego artykułu. Są oczywiście, takie które twierdzą, ze to nadzieja medycyny, ale wśród około 30 z nich są i takie cztery:
Gdy świeca była okolo 5cm nad miom uchem, wystaraszyłam sie i gwałtownie poruszyłam, od teraz np. przy kichnięciu czuję ból ucha, bardzo nieprzyjemny (...) Skorzystałam z tego zabiegu rok temu na jedno ucho, od tego czasu zauważyłam nieporównywalnie większe wydzielanie woskowiny w tym uchu oraz dziwne bóle głowy przy przeziębieniach (...) dzisiaj bylam u lekarza, wyjaśnił, że ma bardzo dużo przypadków po "świecy"; okazało się, że błony bębenkowe mam oblepione popiołem, co nasiliło szumy (..) niestety, nie tylko nie pomogło (miało pomóc na zatoki), ale teraz mam chroniczny stan zapalny w jednym uchu.
Jako jedna z najgroźniejszych odmian medycyny naturalnej na początku ostatniej dekady, świecowanie spotkało się z druzgocącą krytyką Narodowej Rady Zwalczania Oszustw Medycznych NCAHF. Od połowy lat 90-tych wojnę fitoświecom wytoczyło czasopismo branżowe laryngologów "Laryngoskop". Od 2006 fitoświece zakazane są w Kanadzie. Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków FDA 3 lata temu uznała świecowanie za niebezpieczne dla zdrowia, jednocześnie podejmując stosowne kroki, aby nie dopuścić do sprzedaży tego czegoś na rynku amerykańskim. W lutym tego roku FDA wystosowano ostrzeżenie do 15 firm, które próbowały obejść przepisy, sprzedając świece z adnotacją, iż nie są one przeznaczone do tego, do czego wiadomo, że są przeznaczone. W Polsce -co sam sprawdziłem na wrocławskim rynku - w każdym sklepie z odrobinie egzotycznymi medykamentami.

16 września 2010

Krew i wróżby

Pod moją nieobecność spiętrzyło się bieżących tematów - zatem o dwóch niemających ze sobą wiele wspólnego, za to pozwalających skompilować chwytliwy tytuł. Aby powiedzieć o pierwszym należy zrobić susa przez ocean, do niewielkiego 60-tysięcznego argentyńskiego miasta Yerba Buena. Rocznie notuje się na całym świecie kilka takich przypadków, ale jakoś tylko ten przebił się pod naszą medialną strzechę. Jak się okazuje nie brak chętnych do krzyżowania szpady z Manneken Pisem o to, co i w jaki sposób wypływać może ze zwykłej rzeźby. Jak donosi fronda na jednym z obrazów Ostatniej Wieczerzy, z czoła Chrystusa, a dokładnie z rany po koronie cierniowej pociekła krew. Jak dodaje portal, w ciągu ostatnich 100 lat odnotowano setki podobnych zjawisk, a jedynie kilka z nich zostało uznanych za cud.. Kto by dbał tu o detale, że obraz to w rzeczywistości rzeźba panowie frondowcy i nie kilka ale 1, słownie jeden taki przypadek został dotąd uznany za cud. Nie znalazłem jeszcze wyników badań przypadku z Yerba Buena, a jeśli mamy do czynienia jedynie z wewnętrznym śledztwem kościoła, to obawiam się, że nigdy ich nie znajdę. Znamy natomiast losy wcześniejszych takich przypadków. Od niedawna palmę pierwszeństwa dzierży w tym rzeczywiście Ameryka Łacińska, jednak w ostatnich latach mieliśmy przypadki krwawiących posągów z Azji i Australii, zewsząd gdzie żyją spragnieni tego chrześcijanie. W statystykach bezsprzecznie wygrywa jednak Półwysep Apeniński, gdzie przez wieki Zbawiciel nie skąpił mirakularnym groszem. Naszym drobnym wpisem w tej długiej księdze jest za to tzw. cud lubelski, cud płaczącego obrazu jeszcze z czasów stalinowskich. Cuda takie zawodzą wielorako. Najsłabiej wypadają wtedy, kiedy przyłapuje się ludzi nanoszących na posąg łzy za pomocą strzykawek, jak to nie raz już bywało. W dalszej kolejności przystępuje się do badania sączących się po statuetkach płynów. W przypadku plączących figurek związanych z Audrey Santo była to mieszanina zawierająca tłuszcz z kurczaka. Nie wykluczone jednak, a nawet bardzo możliwe, że taka figurka płakać będzie prawdziwą krwią. Nawet wtenczas nie warto padać jeszcze na kolana, bo i tu sprawa nie zawsze jest jasna. Na przykład posąg Ojca Pio płakał w 2002 krwią kobiety, zaś Madonna w 1995 płakała krwią mężczyzny. Ostateczna sposobność ustalenia ewentualnego fałszerstwa to próba dopasowania krwi do osób zamieszanych w incydent. Nie zawsze jest to możliwe i nie zawsze się to wykonuje. Nie zawodzą próbki pobrane od właścicieli statuetek, jako że to właśnie ich krwią najczęściej wysmarowuje się owe rzeźby, zaś w roku 2008 posąg Maryi płakał krwią kustosza kościoła gdzie wystąpił owy cud. Ciekawostką jest, że Niebiosa zwykły wyraźnie dopasowywać cuda do danego wyznania. Katolickie przedstawienia Świętej Rodziny płaczą głównie wodnistymi i krwistymi łzami, zaś prawosławne wonnymi olejkami - choć od pewnego czasu efekty specjalne ze świętych ikon są adaptowane także na katolicki grunt.

Drugi temat to nieśmiertelny Jackowski, który nigdy nie zawodzi w dostarczaniu rozrywki. Tym razem zaangażował się w nagłośnione przez Gazetę Wyborczą zaginięcie Iwony Wieczorek. Przy tym zbulwersowany, znów chce skarżyć policję za naśmiewanie się z jego zdolności. Otóż kolejny rzecznik po Biedziaku, tym razem Wojciech Szelągowski zaprzecza, by Jackowski kiedykolwiek im pomógł. Szelągowski bardzo krytycznie odniósł się do precyzji, z jaką Jackowski i inni jasnowidze typują miejsca poszukiwań:
W tych (przypadkach), które znam, nigdy żaden jasnowidz, w tym pan Jackowski nie wniósł żadnych istotnych informacji. To są na ogół stwierdzenia bardzo ogólnikowe. Tereny zielone? W odludnych miejscach na ogół jest jakaś roślinność. Woda? W Polsce zawsze jest blisko do jakieś rzeki, jeziora czy choćby strumienia.
Aby zadać kłam tym oszczerstwom, tuż po tym Krzysiek tradycyjnie obwąchał rzeczy Pani Iwony i ze znaną tylko sobie dokładnością ustalił miejsce jej pobytu.
W pobliżu jakichś drewnianych bud czy szop. W pobliżu jest jakaś utwardzona droga, ale nie asfalt. Jest też las.
Po takich wytycznych jednego możemy być pewni - Jackowski po raz kolejny zaliczy na swym koncie trafną przepowiednię. Sam oczywiście owych zwłok nie odnalazł, ale jeśli tylko kiedyś zostaną odnalezione, praktycznie gdzie by to nie było, zawsze będzie mógł powiedzieć "a nie mówiłem!". Jak widać przemawia przeze mnie pesymizm, bo w końcu nie wiemy czy Pani Iwona jeszcze żyje, ale i w tym Jackowski na pewno się nie pomyli. Nie pomyli się, ponieważ obstawił obie możliwości! Wciąż powtarza, iż jego zdaniem Wieczorek nie żyje, nie mniej jakieś przeczucia podpowiadały mu że wciąż może być cała i zdrowa. Racje może mieć zatem albo Jackowski jako Jackowski, albo Jackowski jako jego przeczucia, tak czy owak Jackowski. Oczywiście to nie Krzysiek wymyślił ten zabieg, jest to odwieczna szachrajstwo ludzi tworzących wokół siebie aurę nieomylnych jasnowidzów. Przykładem na to może być Ossowiecki, który w 1939 roku wciąż zapewniał publicznie, że wojna nie wybuchnie. Tymczasem w prywatnych rozmowach ze znajomymi twierdził, że jednak czuje nadchodzącą wojnę. Oczywiście o tym drugim dowiedzieliśmy się już po wybuchu wojny, kiedy przyjaciele Ossowieckiego szybko wytłumaczyli jego pomyłkę. Gdyby wojna jednak nie wybuchła, masy znów westchnęłyby pod wrażeniem jasnowidza, a my nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że jasnowidz mówił również i coś przeciwnego.

18 lipca 2010

Lewitujące stoliczki prof. Anny Mikołejko

Patrząc w niedzielne południe na Iwonę Schymalle, na jej wejścia antenowe przecinane słowami papieża, to, co i jak mówi sprawia, że ona i papież zlewają mi się w jedno. Patrząc na standard telewizyjnych dyskusji o religii, tym bardziej powinniśmy dbać o kaganki rozumu, a tych nie pozostało w mediach zbyt wiele. Z pejzażu religijnego patosu i moralizatorskiego tonu wybija się audycja Cezarego Łasiczki, gdzie o byciu ekspertem nie decyduje ilość godzin wyklęczanych na kościelnej posadzce. Czarek jako nasz człowiek, poza metafizycznymi ciągotami przejawia też zdrowe, naukowe zainteresowania, prowadząc w TOK FM Radiową Akademię Nauki. W przedostatnim wywiadzie dostępnym na stronie, Akademię nawiedziła socjolog profesor Anna Mikołejko, aby opowiedzieć słuchaczom coś na temat spirytyzmu. Wywoływanie duchów naukowym okiem - nic tylko słuchać. Tymczasem przez prawie godzinę wydawało mi się, że słucham nie Akademii Nauki, a Nautilusa Radia Zet, zaś nasza poczciwa Łasica została uwięziona w jakiejś ektoplazmatycznej pułapce. Jakby Bernatowicz zafarbował włosy, ubrał sukienkę i podszył się pod tytuł profesora. Wizja mediumizmu jaką dzieli się z nami Pani Anna to na pewno nic spod marki "szkiełko i oko", poczynając od prekursorek rozmów z duchami sióstr Fox.
Siostry Fox zadawały pytania, na które znajdywano odpowiedzi w postaci stuków. Pojedyncze stuknięcie oznaczało tak, podwójnie nie (...) Ich dom przebadano, znajdując ponoć jakiś szkielet w ścianie. Stuki jednak trwały, dopóty w piwnicy nie odnaleziono szkieletu tej właściwej osoby (tej która hałasowała, tamta ze ściany była akurat spokojna - przyp.).
Koniec przekazu. Bądź tu teraz prostym człowiekiem, a po wysłuchaniu takiej informacji zostanie ci jeno w głowie "naukowiec z radia potwierdziła, iż aby pozbyć się hałaśliwego ducha, należy odnaleźć jego ciało". Pani Anno, wypadałoby tu coś dodać, nieprawdaż? Tym bardziej, że przypadek sióstr Fox to akurat powszechnie znany przykład fałszerstwa (za sprawą Carla Sagana, który opisał ich historie w "Umyśle Broca"). Stukania pochodziły nie od ducha, ale od jednej z sióstr. U schyłku swojej kariery Margaret Fox ujawniła tą niesforną paranormalną postać - był nią wielki palec u jej stopy. Udało jej się wyćwiczyć palucha na tyle, aby "pstrykać" nim tak jak wiele osób robi to przy pomocy kciuka. Nawet po zaprezentowaniu tego triku publicznie, wiele osób nie uwierzyło, że wszystko to było mistyfikacją. Następny fragment wywiadu zdradza, iż profesor Mikołejko mogłaby podzielać tą nieufność.
Julian Ochorowicz, który śledził eksperymenty, którym poddawano Eusapie Palladino był przekonany, iż nie oszukuje. Twierdził jednak, iż media mają taką skłonność kiedy są w transie, że pomagają sobie fizycznie, kiedy ich medialne właściwości słabną. Media o tym nie wiedzą, nie może być tu zatem mowy o oszustwie.
Julian Ochorowicz, że przypomnę, to XIX wieczny badacz mediumizmu, ulubieniec polskich spirytystów. W jednym z wywiadów pani Mikołejo nie kryje podziwu dla tej osoby, nazywając go nawet "wielkim sceptykiem". Co dokładnie mówi ten wielki sceptyk, co tak podoba się profesor Mikołejko? Jest to klasyczne, naiwne i prymitywne tłumaczenie oszustwa wszelkiej maści. Otóż łapanie na oszustwie nie dowodzi, iż media są oszustami, bo na pewno oszukiwali akurat wtedy kiedy próbowano ich na tym złapać - na co dzień obywają się już bez matactw. Jak wiadomo zawsze oszukujemy, kiedy ktoś testuje naszą wiarygodność, aby bez złych sceptyków za plecami bazować tylko na swoich nadnaturalnych mocach, czystej paranormalności. Jakimi zatem "nieuświadomionymi czynnościami, tak że nie mogło być mowy o oszustwie" parała się największa medium Europy, przez przypadek żona iluzjonisty, pani Palladino? Otóż nieświadomie posiadała specjalne buty, z których dało się wyciągnąć stopę tak, że but który trzymali kontrolerzy pozostał nieruchomo, przez co udział jej nóg w lewitacji stolika wydawał się niemożliwy. Przyłapano ją, iż w rękawach, nieświadomie oczywiście, trzymała gumową gruszkę, aby w zamkniętych pomieszczeniach móc poruszyć zasłonką, którą dla publiczności poruszyć mógł jedynie przybyły właśnie duch. Mikołejko uwiarygadnia media jeszcze innym "badaczem". Przypominając, że nasze najsłynniejsze medium, czyli Teofila Modrzejewskiego badał i nic nie znalazł...:
naukowiec tej klasy co prof. Charles Richet, laureat Nagrody Nobla z 1913 roku w dziedzinie medycyny.
Nie wiem jakie znaczenie ma Nobel za badanie reakcji alergicznych na demaskowanie latających stolików, ale najwidoczniej duże jeśli warto to nadmienić. Może gdybym zatarł sobie oko zgłosiłbym się do Richeta, ale jeśli chodzi o badanie zjawisk paranormalnych był on całkowitym amatorem, poza tym sam był okultystą. Z protokołów badań Richeta na naszym wielkim jasnowidzu Ossowieckim wiemy jak owe badania wyglądały. Testy na jasnowidzenie były prowadzone na kartach, które Ossowiecki trzymać mógł w rękach, co nawet wtedy dla rzetelnych badań było czymś nie do pomyślenia. Nie były to testy wyboru, tak jak być powinny, a testy skojarzeniowe. Ktoś coś nabazgrał, on coś nabazgrał i cała zabawa polegała na tym jak te dwa bazgroły były do siebie podobne. Jeden z testów polegał na interpretacji wiersza umieszczonego przed jasnowidzem w kopercie, zaś Charles Richet miał ustalić na ile trafny jest to opis. Wiemy dokładnie jak wyglądała atmosfera tego testu. Ossowiecki pieprzył coś, że widzi emocje, tęsknotę i uczucia, a gość z zagranicy który miał sprawdzić wiarygodność jasnowidza krzyczał - tak! O boże znowu trafiłeś! I znowu! I jeszcze raz! Wracając do Modrzejewskiego, z ust profesor Mikołejko pada o nim jeszcze jedno interesujące zdanie. Fragment pochodzi z wcześniej wspomnianego wywiadu profesor dla Polskiego Towarzystwa Studiów Spirytystycznych.
Modrzejewski prosił pojawiające się na seansach zjawy o zanurzanie dłoni bądź stóp w płynnej parafinie. I kiedy goście z zaświatów znikali, pozostawały po nich puste odlewy kończyn. Naukowcy, którzy je badali - wtedy i dziś - twierdzą, że niemożliwe jest zrobienie ich w jakikolwiek znany sposób, np. poprzez nadmuchanie rękawiczki i włożenie do wosku.
Rzecz ma być niewykonalna, jako że nie można zanurzyć w wosku dłoni za nadgarstek, a następnie wyciągnąć jej bez uszkadzania formy. Rzeczywiście dmuchane rękawice mogłyby się nie sprawdzić, o wiele lepiej zanurzać jest w wosku... po prostu dłonie. Każdy może zrobić sobie taki odlew, nie potrzeba do tego żadnych dodatkowych urządzeń, jedynie odrobinę wprawy. Znaleźć można nawet szczegółową instrukcję, jak krok po kroku wyprodukować dokładnie takie same formy jak Modrzejewski. Dokładnie takie same jak te, które jak twierdzi Mikołejko, są niemożliwe do zrobienia bez elastycznej ręki pomocnego ducha. Jedyne co jest tu dla mnie niemożliwe to to, aby profesor pisząca o tym książki, która o spirytyzmie wie pewnie tysiąc razy więcej niż ja, o tym nigdy nie słyszała. Obawiam się, że naukowy dystans do przedmiotu swych badań dawno poszedł tu w odstawkę. Anna Mikołejko wydaje się wierzyć nawet w wielokrotnie skompromitowanego Jackowskiego. Na sugestie Pana Łasiczki, iż przydałby się nam w Polsce jakiś świetny jasnowidz, zza mikrofonu dobiega lekko podniecony głos "mamy, mamy przecież takiego jasnowidza! Z Czuchowa! Ileś segregatorów potwierdzających skuteczność Jackowskiego, w końcu współpracuje z policją!" (nie dawno Jackowski skarżyć chciał Komendę Główną Policji, wcześniej nazywając ich kłamcami, po tym jak jej rzecznik Paweł Biedziak zaprzeczył, aby Jackowski kiedykolwiek udzielił im jakiś użytecznych informacji). Został nawet człowiekiem roku - kontynuowała zachwalanie Jackowskiego. Kto go ogłosił człowiekiem roku? Czasopismo "Nieznany Świat". To wiele wyjaśnia - kończy z przekąsem Łasiczka. Mi także wiele to wyjaśnia.

10 lipca 2010

Nie chcem ale muszem

Są tematy, przed którymi chyba nie da się uciec. Chowam się przed nim, zaklinam, przepędzam, a i tak co jakiś czas czytam mniej więcej tego samego maila. Tematu Całunu Turyńskiego nie lubię przeokropnie. Masa artykułów na ten temat, na dzień dobry zniechęca mnie do pisania. Naprawdę ciężko pomyśleć tu coś nowego, temat wtórny i zdrenowany na wszystkie możliwe sposoby. Istnieje ponoć 40 tysięcy mniej lub bardziej naukowych książek poświęconych tej tkaninie! Dla porównania inny, także dość chodliwy temat w dziedzinie debunkingu - Atlantyda - to "jedynie" 1,5 tysiąca publikacji. Po drugie, okopanie ścierających się ze sobą stron jest nieprzeciętne, przy czym słowo okopanie nie oddaje w pełni głębokości tych okopów i niezmierzonych połaci ziemi niczyjej, tak rozległej, że ani sceptycy, ani orędownicy autentyczności całunu nie mogą się na niej spotkać. Nadmienię tylko, że każda ze stron ma po kilkanaście dowodów ostatecznie potwierdzających/podważających jego autentyczność. Dzisiejszą sobotę zarezerwowałem sobie na o wiele ciekawszego Ossowieckiego, tudzież połykaczy dziwnych przedmiotów, od mieczy po szkło, czuję jednak, że jeśli nie napisze o całunie to w końcu mnie zadusi.

Zakładam, iż każdy kto chce poznać argumenty za i przeciw całunowi z łatwością je sobie znajdzie, a jeśli tylko uprze się w poszukiwaniach, na pewno znajdzie i kontrargument na każdy z nich. Ja ze swojej strony rzucę jedynie garść piachu w oczy ludzi, w rękach których leży wyjaśnienie tajemnic całunu. Dzisiejszy kościół zachowuje się dokładnie odwrotnie od swego poprzednika z wieków ciemnych (które nie były wcale tak ciemne jak powszechnie się uważa). Jeden z pierwszych historycznych dokumentów związanych z całunem to list miejscowego biskupa do papieża Klemensa, donoszący o wynajętych ludziach udających schorzenia, którym na widok całunu przechodzić miały wszelkie dolegliwości, procederze zdzierającym z prostych ludzi ostatniego grosza. Postawa nie do pomyślenia dla współczesnych hierarchów w tej instytucji, personom, którym zależy chyba najmniej na wyjaśnieniu całego tego zamieszania. Jak dotąd poważne badania całunu przeprowadzano jedynie od końca lat 70-tych do końca lat 80-tych. Późniejsi badacze nie mogli już fizycznie ingerować w płótno, wycinać jego kawałków, czy szorować go w newralgicznych miejscach. Zapewne na wiele mogła pozwolić sobie wewnętrzna komisja Kościoła, powołana przez turyńską kurię na przełomie lat 60-tych i 70-tych. O wyniku ich badań nie wiemy za wiele, ale samo to, iż wiemy o nich tak mało, wiele mówi o ich wynikach. Kościół nie ukrywa stosowania publication bias w najczystszej postaci. Nikt nie słyszał o badaniach hostii z Sokółki czy o poszukiwaniach grobu św. Pawła w Bazylice za Murami, dopóki nie przyniosły spodziewanych efektów. Naukowe dochodzenia odbywają się w Kościele tajnie, jeśli kończą się jakkolwiek pozytywnie, dowiadujemy się o ich wyniku, jeśli negatywnie, nie wiemy nawet, iż takie próby weryfikacji miały miejsce.

Od początku badań całunu panował strach przed dopuszczeniem badaczy z zewnątrz, trzymano się sprawdzonej kościelnej formuły bycia sędzią we własnej sprawie. Mam tu na myśli oczywiście słynny STURP (The Shroud of Turin Research Project). Do projektu nie dopuszczono ekspertów od malarstwa średniowiecznego, zaś wybór naukowców okazał się stronniczy. Wielu z nich należało do amerykańskiej organizacji znanej jako Holy Shroud Guild sekcji Zgromadzenie Najświętszego Odkupiciela. Oddelegowanie do tego zadania Holy Shroud Guild, organizacji która na swoją misje wytyczyła sobie głoszenie katolickiej prawdy o świętym całunie, obrazuje analogia wymyślona wówczas przez Joe Nickella "to jakby członków Towarzystwa Płaskiej Ziemi prosić o zbadanie krzywizny naszej planety". Badania okazały się bezpłodne, nic nie wyjaśniono, a brak odpowiedzi wspierał status quo całunu jako niezmierzonego cudu bożego. To, że dwóch członków STURPu należało nawet do Rady Wykonawczej Holy Shroud Guil, to także stała cecha podobnych badań. Wracając do Sokółki przypomnę, iż wtedy badania zlecono przeciwniczce aborcji, zaangażowanej w beatyfikacje spowiednika siostry Faustyny, i obrończyni Radia Maryja w jednym, profesor Sobaniec. Dla mnie największym kuriozum stanowiły kościelne funkcje pokroju advocatus diaboli czy "promotora sprawiedliwości", w których nawet do obrony wyjaśnień naturalnych typuje się osoby duchowne. Gdyby rzeczywiście władzom kościelnym zależało na racjonalnym stanowisku w procesie weryfikacji cudów, myślę że z radością profesjonalne organizacje jak CSICOP podjęłyby się tego trudu, zamiast znęcać się nad znanymi ze swego sceptycyzmu katolickimi księżmi.

Dekadę badań całunu kończy budząca chyba największe zainteresowanie konferencja w dziejach Kościoła, przebijająca chyba nawet tą, na której ujawniono III Tajemnice Fatimską, czyli słynne ogłoszenie wyników datowania C14 w 1988 roku. Jak się okazuje, trzy wtenczas największe ośrodki na świecie zajmujące się tym datowaniem, dokładnie tak samo badziewnie oczyściły swój fragment materiału, zgodnie podając jego wiek na XIV stulecie. Już przed badaniem wiadomo było, iż wskazanie na I-II wiek potrząśnie sceptykami, jednak wciąż bezspornie nie powiąże tkaniny z Jezusem Chrystusem. Z drugiej strony, naukowe dowody nigdy nie sprawdzały się w kwestiach wiary, więc trudno było sądzić, iż negatywny dla katolików wynik zrewiduje ich pogląd na całun. Nie trwało to długo. Na liczącym kilka godzin nagraniu z pobrania próbki przez naukowców, doszukano się fragmentu kiedy na chwilę opuszcza ona pole widzenia, trafiając na zaplecze. Wszystko stało się jasne - fałszerstwo! Dziś najmodniejsza teoria to hipoteza łat. Całun jest pokryty średniowiecznymi łatami, sęk w tym, że nikt w trakcie wyboru miejsca, z którego pobrano wycinek tej rzekomej łaty nie widział. Co więcej, także dziś nikt z przekonaniem nie wie co jest łatą, a co nią nie jest. Oczywiście, dzisiejsze badania metodą C14 byłyby dokładniejsze niż te 20 lat temu, pewnie za dwadzieścia lat można by zrobić to jeszcze dokładniej, zawsze coś będzie można zrobić lepiej. Nie sądzę jednak, aby ktoś położył na szali kolejnego badania swoją wiarę w całun.


W tym roku Całun Turyński na miesiąc udostępniono do oglądania publiczności (pierwotnie miało to nastąpić dopiero w 2025). Możliwości badaczy ograniczono w najlepszym wypadku do fotek w wysokich rozdzielczościach. Kościół odmawia możliwości przeprowadzania powtórnych datowań przypominając, iż już raz je przeprowadzono, mimo to z entuzjazmem przyjmuje snucie kolejnych gdybań, niejednokrotnie samemu te wątpliwości nieoficjalnie wysuwając. Zasłaniając się niekorzystnymi dla siebie wynikami, aby nie testować nowych pozytywnych dla siebie tez - sprytne posunięcie na obronę wiary, wiary bo na pewno nie prawdy. Od dłuższego czasu wszystkie nowe odkrycia jeśli chodzi o całun pochodzą ze zdjęć, w które wpatrują się zagorzali wierni. Dotychczas moim ulubionym były monety z epoki Jezusa, które już wiele lat temu dostrzeżono na jego oczach. Pól roku temu zdetronizowała je watykańska badaczka dr Barbara Frale. Historyczka pracująca w Archiwach Watykańskich nie tylko zobaczyła na całunu odcisk świadectwa zgonu, opatrzony napisem "Całun Jezusa Nazarejczyka", ale wytężając wzrok odczytała i resztę napisu: "W 16 roku rządów Imperatora Tyberiusza Jezus Nazarejczyk, zdjęty wczesnym wieczorem po wykonaniu wyroku śmierci, na który skazał go rzymski sędzia, ponieważ za winnego uznały go żydowskie władze, niniejszym jest odesłany do pogrzebania i nakazuje się wydać go jego rodzinie dopiero po pełnym roku. Podpisano…” Podpis urzędnika nie zachował się (w przeciwieństwie do napisu) - może rzeczywiście lepiej, aby Watykan nie zabierał się za badania Całunu Turyńskiego.

26 czerwca 2010

Cudotwórcze oczy

Dziś o tym co bogobojni ludzie kwitują "no jeśli to cie nie przekonało, to ja już naprawdę nie wiem co". "Do jakiego stopnia cza być sceptycznie zatwardziałym, aby nie paść po tym na swe pogańskie kolana". Cudów które dzieją się na naszych oczach jest bez liku. Niektóre dzieją się jednak dosłownie na naszych oczach - na naszej gałce ocznej. Zjawisko nie dotyczy jedynie bogobojnych. Powracającym tematem na paranormalnych forach, jest widzenie orbów. Normalnie orby wypatruje się na zdjęciach, nie mniej niektórzy widzą je w rzeczywistości. Owe orby to powszechna skaza zwana mętami ciała szklistego. Jeśli pragnieniemy cudów dobrze wróży wpatrywanie się w rzeźby. Odpowiednio duży realizm, odpowiednie tło i przede wszystkim łaknienie cudu, czynią animacje posągów powszechną zabawą w chrześcijańskim świecie. Co tu dużo gadać, kiedy byłem mały, w mrocznej atmosferce kościelnego strychu, wraz z kolegą uciekałem przed figurką Jezusa. Postać miała poruszyć się, kiedy palcem dotknęliśmy jej oka, choć tak naprawdę wiedzieliśmy, że wcale nie mrugnęła. Co mają jednak na swe usprawiedliwienie osoby dorosłe? Tłumu ludzi modlące się pod rzeźbami mogą być niepocieszone, bo kiedy tylko przyłożyć do figur obiektywne instrumenty, Jezusy przestają się poruszać. Władze kościelne na zlecenie których w 1981 badano figurkę Matki Boskiej w Kalifornii przyznały, że rzekome poruszanie źrenicami jest złudzeniem, choć nie brakowało już wtedy ludzi którzy widzieli owy posąg przechadzający się w nocy po kościele. Dobrych wieści nie przyniosło ustawienie kamer przed posągiem poruszającej się Maryi w Irlandzkim Ballinspittle w 1986. Kamery zrujnowały także frajdę tym, którzy widzieli mrugającego oczami Jezusa w 1989.

Jednak najbardziej klasycznym katolickim cudem, wynikającym z ułomności naszego wzorku jest O Milagre do Sol. Gapienie się wprost na Słońce jest chyba najbardziej cudogennym środkiem jaki znamy i wbrew temu co się sądzi, bardzo popularnym. Nie charakteryzuje jedynie Fatimę. Nic nie stoi na przeszkodzie byśmy samemu zobaczyli ten cud, jako że doświadcza go co druga pielgrzymka udająca się do Medjugorie. Wiele tysięcy ludzi oglądało cud słońca towarzyszący objawieniom Matki Bożej z Heroldsbach. Rozmawiałem także ze świadkiem naszego zapomnianego cudu słońca w Trzebnicy sprzed paru dekad. Żaden z tych, ani kilkudziesięciu innych tańczących słońc nie został uznany przez Kościół, mimo że niczym nie różniły się od tego Fatimskiego. Może Kościół nie uznaje tych cudów gdyż są wyjątkowo badziewne, nawet jak na standardy religijnych cudów? Cud Fatimski został jednak oficjalnie zaanonsowany przez hierarchów, tak że po zejściu się kilkudziesięciu tysięcy ludzi po prostu coś wydarzyć się musiało, a jak widać na bezrybiu i rak ryba. Innych nie uznano, mimo że w sprawie Heroldsbach interweniował nawet sam... szatan. Przemawiając ustami Anneliese Michel szatan wygadał się, że uznanie tego cudu znacznie by go osłabiło. Jeśli ktoś nie słuchał tych nagrań przypominam, że w tej samej rozmowie diabeł przyznał, że noszenie przez siostry zakonne spodni znacząco go wzmacnia, a powrót do skromnych strojów zakonnych byłoby dla niego prawdziwym ciosem

Oślepianie się Słońcem w poszukiwaniu boskich znaków nie jest ani rzadkie, ani bezpieczne. W 2008 roku na północy Indii 48 osób uległo poparzeniu siatkówki oka, kiedy po tym jak w hotelu w którym miały się dziać maryjne cuda, właściciel tego niesamowitego przybytku zapowiedział wyprowadzenie imprezy na zewnątrz. Uwieńczeniem wszystkiego był widziany przez tamtejszych chrześcijan i przybyłych turystów najprawdziwszy cud słońca, jak się okazało niestety sporym kosztem. Jeden z cudów słońca udało się nawet naukowo przebadać. Jako że w miejscowości Conyers na farmie Nancy Fowler, Dziewica Maryja dokonywała przed zebranymi cudu słońca każdego 13 miesiąca, jedno z nabożeństw 13 października 1991 roku zostało zarejestrowane przez grupę badaczy pod kierownictwem Rebeccy Long (pełna relacja). Po tym jak do kilkutysięcznego tłumu padła komenda aby spojrzeć na Słońce, gdyż właśnie teraz dzieje się cud, zapanowała ogólna histeria. Ludzi widzieli nacierające, pulsujące i tańczące Słońce. Niektórzy widzieli grupę aniołów nad lasem inni Maryję tuż nad domem. Ci co niepadli jak większość na kolana, zaczęli roić się wokół teleskopów z filtrami ustawionymi przez badaczy, aby bez przeszkód oglądać te słoneczne cuda. Tymczasem Słońce w teleskopach pozostało po staremu, bez mrużącego łzawiącego oka, jak słońce nieruchawe tak nieruchawe, żadnych pląsów, nacierań, niczego. Ze zdjęć które robili uczestnicy zajścia, z tych na których cokolwiek wyszło, znalazła się zrobiona polaroidem fotka z prostokątnym prześwietleniem na tarczy Słońca. Zebrani ustalili iż to niebiańskie drzwi przez które przeszła Matka Boska. Ostatecznie okazało się, iż to jedynie efekt mierzeniu obiektywy w tarczę Słońca. Kolejny smutny los kolejnego cudu.

6 czerwca 2010

50 Lat programu SETI

W ramach tytułowego jubileuszu namnożyło nam się artykułów na temat tego zakurzonego projektu. Spory artykuł w "Polityce", wywiad w "Wyborczej" z Shostakiem - obecnym kierownikiem programu, mnóstwo drobnych artów w różnych miejscach sieci. Praktycznie w każdym znana wyliczanka - liczba galaktyk mnożona przez liczbę gwiazd w każdej z nich. Miliardy przez miliardy rozbudza wyobraźnie, jak w tylu zerach mogłoby nie siedzieć coś cywilizowanego. Jakoś nigdy nie wierzyło mi się w ten projekt, a mimo to liczyłem pakiety od SETIego. W Polsce z limitowanym internetem rzecz nie lada heroiczna. Patrząc z perspektywy czasu można było wybrać na BOINCu coś pożyteczniejszego, jednak SETI trącił zawsze tą romantyczną nutą. SETI nigdy nie był przesadnie rygorystycznie naukowy, stając się ostatecznie parodią samego siebie. Nigdy nie wytyczono warunków których spełnienie oznaczałoby fiasko eksperymentu, bo jak widać nie znalezienie obcych tym warunkiem nie jest. Dziś sędziwy już Frank Drake opowiada w wywiadach, iż pierwszego kontaktu, zakładając kontynuowania inicjatyw poszukiwania obcych, spodziewa się w XXII lub nawet w XXIII wieku. Drake nie wymaże jednak z naszej pamięci swoich wcześniejszych przewidywań jeszcze z lat 60tych, kiedy sukces czaić się miał tuż za rogiem. Następne co 10 lat przekładano te przewidywania o następne 10 lat, a kiedy stało się to odrobinę żenujące, wyciągać zaczęto z kapelusza trochę odleglejsze daty. Shostak, w przeciwieństwie do swego mistrza Drake, walcząc o pieniądze sponsorów nie może pozwolić sobie na perspektywę kilku wieków, bo coś co nie daje szans ziszczenia się za życia ofiarodawców raczej nie wzbudzi ich wielkiej aprobaty. W 2005 Shostak ogłosił, iż spodziewa się kontaktu do roku 2025 roku i jest to równie wyssana z palca data, co te podawane pół wieku temu, co wiek XXIII i jakikolwiek inny, nie oparta na żadnych wiarygodnych obliczeniach.

Enrico Fermi przewraca się w grobie, jako że już kilkadziesiąt lat temu uważał ten osobliwy stan pustki cywilizacyjnej w kosmosie, za wystarczający argument na wywalenie do kosza pseudonaukowych przewidywań powszechności inteligencji we Wszechświecie. Od tego czasu minęło dalsze 60 lat całkowicie bezowocnych poszukiwań, a snucie fantazji o otaczających nas zewsząd obcych ma się w najlepsze. Śmiem nawet twierdzić, że czegoś takiego jak inteligentne życie jeszcze nie doświadczyliśmy. To że sami uważamy się za inteligentnych jest odcięciem się ostrą kreską od mózgowej gradacji życia na Ziemi, raczej ciągłej bez wyraźnych skoków, przy czym inteligencja zaczynać ma się oczywiście akurat od nas. Myślę, że gdyby na naszej planecie istniał cwańszy od nas gatunek, według niego to właśnie na nim zaczynałaby się inteligencja, a człowiek byłby na miejscu dzisiejszych szympansów, a więc tuż tuż, a jednak wciąż kroczek od inteligentnego życia. Tak czy owak, SETI wciąż nie dostarczył nam dowodów jakkolwiek inteligentnego życia i jest chyba ostatnim po którym można by się tego spodziewać. Prędzej odlegli następcy teleskopu Jamesa Webba pokażą nam kosmitów, niż SETI puści nam nagranie jakiejś międzygwiezdnej audycji radiowej.

To co już wiemy o potencjalnych obcych, na dzień dzisiejszy studzi naszą wyobraźnie. Dokąd sięgnąć uzbrojonym okiem (a sięgamy naprawdę daleko), żadnych wielkich instalacji, ani wielkich, ani ogromnych, ani olbrzymich. Nie ma energetycznych otoczek takich jak ta która w Star Treku holowała do domu V'Gera, wielkości kilkudziesięciu jednostek astronomicznych. Nie ma wielkich tuneli Kaku otwierających bramy do równoległych wszechświatów długości roku świetlnego. Nie ma potężnych kardaszewowskich cywilizacji, które trzymałyby pod galaktycznym butem wszystko co tylko da się jakkolwiek wykorzystać. Niestety we wszechświecie ni widu takich cywilizacji, cywilizacji pełną gębą, a przynajmniej nie w naszej cześć Drogi Mlecznej. Rzecz rysuje się dziś okrutnie, kiedy co chwile słyszymy o odkryciu następnej z planet, kiedy w własnym Układzie Słonecznym dostrzegamy miejsca gdzie życie mogłoby się wytrącić, zaglądamy coraz dalej i dalej. Tymczasem nasz zawód rośnie wraz z postępem technologii, bo co niegdyś stanowiło ekscytującą niewiadomą dziś przeradza się w gorzką cywilizacyjną pustkę. Kiedyś ten nasz brak sąsiadów zwalić można było na barki nieprzechylnego środowiska. Tymczasem kiedy okazało się, iż życiu towarzyszyć mogą naprawdę ekstremalne warunki, a planet dookoła nas pod dostatkiem, wciąż musimy rewidować ilość cywilizacji w dół. Kolejne obszary nieba odznaczane są krzyżykiem jako puste. Pech chciał, że najbardziej ciekawski gatunek na Ziemi, to akurat gatunek stadny, lubi mieć trochę towarzystwa dookoła. Obawiam się, że w dalekiej przyszłości, kiedy nasz rozwój zbliży się do kresu swych możliwości, poszukiwanie kontaktu stanie się naszą obsesją. Doświadczenie samotności w ciemnym i zimnym wszechświecie zrodzi rodzeństwo SETIego, byle z lepszymi wynikami.

31 maja 2010

Być chrześcijaninem na pół gwizdka

Zainspirowany książką Jacobsa "Rok biblijnego życia" - pochłonąłem się rozmyślaniu, co musiałoby się zmienić w chrześcijaństwie, abym mógł nakleić sobie rybkę na tylną szybę samochodu. Jako że rewolucyjnych zmian na horyzoncie brak, właściwsze pytanie to to, co uznać za metaforę, a co potraktować dosłownie, tak aby wycisnąć z tej religii coś dobrego. Wszyscy buszują w Biblii, wybierając co lepsze kawałki, więc i mi chyba raz wolno oddać się takim czczym spekulacjom. Ureligijnienie mnie wymagałoby radykalnych kroków, ale w tych radykalnych krokach nie byłbym pierwszy. Już słynny Thomas Jefferson postąpił z Biblią jak na prawdziwie światły umysł przystało. Wykreślił z niej wszystkie cudaczności, chodzenia po wodzie, namnażania chleba i zmartwychwstania, wszystko co według niegdysiejszego stanu wiedzy sprzeczne było z prawami przyrody, zostawiwszy w niej jedynie pouczenia na temat miłości do bliźniego i tym podobne rzeczy. Tekst ten, nazywany dziś Biblią Jeffersona jest dziwnym, acz intrygującym przykładem na możliwość zlaicyzowania Pisma Świętego. Czy potraktowanie świętych ksiąg nożyczkami jest jedynym sposobem, aby człowiek słabej wiary ugryzł coś z tej niezapleśniałej strony religijnego tortu?

Jeśli zastępy nadprzyrodzonych zjawisk tak wzdrygają nas przed wypełnioną nimi Biblią, rozwiązanie na to podsuwa ponoć sama Biblia. Otóż Nowy Testament wzmiankuje o Nikodemie, którego historia ma być żartem wymierzonym w tych, którzy Biblię traktować chcą dosłownie. Na słowa Jezusa o narodzeniu się ponownie, Nikodem nie może pojąć tkwiącej w tym metafory. "Jakże może się człowiek narodzić będąc starcem, Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?" (Jan 3, 4). Jeśli przyjąć ten naciągany argument przeciwko literalności, na upartego można posiłkować się nim spoglądając na Genesis, choć sama Księga Rodzajów takich interpretacji nie podsuwa. Po drugie, jeśli tylko decydujemy się na takie intelektualne zmagania, wiele z pozytywów wiary maluczkich ląduje poza naszym zasięgiem. Dobry chrześcijanin ,który w ten sposób godzi swoje mądre i cnotliwe życie, z czasami mało mądrym i cnotliwym Pismem, traci jednak zalety życia na przekór rzeczywistości. Dostrzega to też Jacobs, pisząc jaka piękna perspektywa rozciąga się przed kreacjonistycznymi młodoziemcami, traktującymi biblijny potop dosłownie. Jeśli Ziemia ma około 5 miliardów lat, jestem zaledwie kroplą w oceanie, którym jest wszechświat. "Ale jeżeli ma 6 tysięcy, to moje życie stanowi całkiem przyzwoitą część istnienia świata. Nie gram ogonów. Mam sporą rolę mówioną w filmie zwanym życiem".

Chrześcijaństwo z zasady powątpiewające w nadprzyrodzoność to oczywiście żadne tam chrześcijaństwo. Mając zapasem świętą księgę można jednak skupić się na czymś pożyteczniejszym niż liczenie aniołów na łebku szpilki. Przy odrobinie chęci wynajdziemy w głowie trochę obrazków osób, które poświęciły swoje życie zarówno swoim bogom jak i pomocy innym. Lansowanym przez Jacoba przykładem jest organizacja Red-Letter Christian, chrześcijańska wspólnota skupiająca się nie na aborcji i antykoncepcji, a na działalności charytatywnej. To, że nie jest to niestety normą widać choćby w retoryce prominentnych wierzących tego kraju, dla których największym problemem ludzkości są geje i in vitro. Swoje piętno czerwonoliterowcy odcisnęli już w Polsce i to w dodatku na mnie! Spokojnie, pełny skruchy nie pogoniłem do konfesjonału, nie spędzam też niedzieli na rytualnym siadaniu, wstawaniu, klęczeniu i siadaniu. Od niedawna w dyskusjach nadużywam jednak zwrotu "per bracie", lansowanego przez Toniego Campolo, twórcę całego ruchu. Początek jest zatem skromny, ale zawsze lepsze to niż nic.

15 maja 2010

Słowo kluczowe: "Syjon"

Przynajmniej z punktu widzenia psychologii, teorie spiskowe podzielić można na obiektywne i subiektywne. Te obiektywne to po prostu akty historyczne, knowania i skrytobójstwa, wynikające z wrednej i przebiegłej natury ludzkiej. Natomiast subiektywne teorie spiskowe więcej mówią o wierzących w nie ludziach niż o samej rzeczywistości, o tym co się tym ludziom nie udało i kogo za to obwinili. Z punktu widzenia zabawy w odkłamywanie świata, teorie spiskowe podzieliłbym na takie które jednak mają jakieś osadzenie w faktach i takie które są całkowitą i dowiedzioną głupotą. Kilka lat temu na bazie Project Lucifer (poglądu, iż sonda Cassini ma zainicjować na Saturnie reakcje jądrowe zamieniając tą planetę w gwiazdę) stworzyłem komplementarny projekt Ded Moroz. Opierał się na wymyślonej historii o Norweskich wielorybnikach, którzy odkryli tajemnice kurczącej się czapy lodowej, widząc ogromne roboty wykrawające lód na Arktyce. Sonda STEREO wystrzelona wtenczas w celu badania Słońca, miała cisnąć tym wykradzionym i wcześniej skompresowanym lodem w naszą gwiazdę bezpowrotnie ją gasząc. Problem globalne ocieplenie zostałoby rozwiązany, a za rogiem wciąż przyświecałby nam Saturn. Podobnie jak w Projekcie Lucyfer dowodem na prawdziwość Dziadka Mroza miał być fakt, iż nigdzie nic o nim nie znajdziemy - w domyśle, komuś zależy na tym abyśmy o nim nie wiedzieli - klasyczny argument szemranych teorii spiskowych. Co prawda mój spisek na moment pożył własnym życiem, ale nigdy nie wypłynął na szerokie wody teorii spiskowych, dziś żałuję że nie wplotłem w to wszystko modnych obecnie Masonów. Spiski o Masonach zdetronizowały dziś nawet Jezusa, na temat którego fantazyjne teorie rządziły do niedawna na paranoicznym firmamencie.

Mimo że większość z tych teorii wzajemnie się wyklucza, począwszy od "dokumentów" Zeitgeist i "Bóg, którego nie było" Briana Flemminga - dwóch filmów kwestionujących w ogóle możliwość istnienie historycznego Jezusa - moda na Chrystusa oznaczać zaczęła spore pieniądze. Cześć "badaczy" gdzie by tylko nie spojrzeli, wszędzie dostrzegali rozrzucone dookoła po nim artefakty. Na takim ogniu swą pieczeń chcieli upiec dwaj reżyserzy, cenione w Świecie autorytety archeologiczne Simcha Jacobovici i specjalista od niebieskich ludzi - James Cameron. Ich "Zaginiony grobowiec Jezusa" to półtoragodzinne gwałcenie rozumu, brutalna penetracja metod naukowych i elementarnego krytycyzmu. Jednak największy sukces na tym polu to oczywiście Dan Brown - i w tym miejscu Syjon pojawia się po raz pierwszy. Twórcą Zakonu Syjonu (Prieure de Sion) nie był niestety żaden średniowieczny rycerz, a Philippe Plantier, megaloman i oszust. Według Plantiera zakon miał być tajnym stowarzyszeniem chroniącym Świętego Graala (prawdziwego losu rodziny Jezusa), do którego w ciągu wieków należeć miały same znakomitości. Wmieszano w to znane i mniej znane w Polsce nazwiska, wplątując w to oczywiście Leonarda da Vinci, bez którego żadna tajemnica dziejąca się w jego czasach obejść się nie może, czy to dotycząca Całunu Turyńskiego, czy Zakonu Syjonu. Lista mistrzów Zakonu Syjonu na której widniał między innymi Leonardo, pochodzi z tajemniczej księgi Les Dossiers Secrets. Jest to jeden z tych tajemnic, którą opatrza się tytułem "Sekretne akta" i umieszcza w bibliotece - niezawodny sposób tuszowania afer wszech-czasów. Przypomina mi to różnego rodzaju akta dowodzące tuszowania przez rząd USA prawdy o latających spodkach, z klasycznym wielgachnym napisem "ściśle tajne". Kilka sekretów z cyklu Dossiers Secrets rzeczywiście nosiły znamiona tajemnicy, w sensie ujrzały światło dzienne dopiero po przeszukaniu przez policje domu Plantiera, niektóre z ledwo zaschniętym atramentem. Plantier przyznał się do oszustwa, iż to on spreparował i podłożył dokumenty do biblioteki, aby następnie samemu je odnaleźć.

Rozpropagowany przez Browna Zakon Syjonu jest zjawiskiem raczej nieszkodliwym. Parę miejsc wspominanych przez Browna w książce przeżyło najazd turystów, a kaplica w Szkockim Rosslyn uznana została za wrota do innego wymiaru, gdzie kosmici zakodowali klucz do otwarcia portalu - generalnie skutki raczej zabawne niż wiejące grozą. Inaczej ma się to z inną teorią spiskową, niestety rzadko już omawianej - a szkoda. Protokoły Mędrców Syjonu miały być rzekomą relacja zebrania sanhedrynu, magnaterii żydowskiej z całego Świata, chcącej przejąć władze nad światem. Bardzo modny dokument szczególnie na początku XX wieku, opisujący jak zły Żyd mącąc i kłócąc ludzie chce zapanować nad narodami, doprowadził do masowych czystek na ludności wyznania mojżeszowego, szczególnie w Rosji. Adolf Hitler nie ukrywał, iż pisząc Mein Kampf inspirował się Protokołami Mędrców Syjonu, zresztą Protokoły wielokrotnie wracały wtenczas na łono życia publicznego, wydawane pod patronem Alfreda Rosenberga. Do lat 70-tych w podręcznikach szkolnych w Egipcie, Protokoły były przedstawiane jako prawdziwy dokument, dowód ogólnoświatowego syjonistycznego spisku. Tymczasem już w latach 20-tych dowiedziono, że owi Mędrcy Syjonu to fałszerstwo. Doszukiwano się najróżniejszego autorstwa Protokołów, począwszy od Watykanu, jednak najprawdopodobniej napisane zostały na zlecenie Ochrany, rosyjskiej tajnej policji politycznej, według Polskiego historyka Janusza Tazbira - Protokoły są autorstwem Mathieu Gołowinskiego. Protokoły były plagiatem innego fałszerstwa, wymierzonego tym razem w Napoleona "Rozmowy między Machiavellim i Monteskiuszem". Autor Protokołów wzorował się także na dziele byłego jezuity, naszego rodaka Hieronima Zahorowskiego, który po tym jak zakonnicy wyrzucili go z zakonu, napisał oczerniający ich tekst, rzekomo ich własnego autorstwa "Poufne rady Towarzystwa Jezusowego". Jak widać tradycja, iż każde tajne akta muszą z daleka obwieszczać iż są tajne, jest dłuższa niż Les Dossiers Secrets. Morał z tego może taki, iż tworząc chwytliwą teorie spiskową warto pograć kartą Syjonu. Jak widać uważać trzeba nawet pisząc fikcje, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto fikcje potraktuje jak prawdę.

15 kwietnia 2010

Ranking fałszywego prorokowania

Jest w naszym kraju ogólnoparanormalna organizacja, która jest dla mnie większą zagadką, niż tajemnice do których została powołana. Grupę INFRA wyrosłą jako gałąź bodajże "Na Progu Nieznanego" cechuje szalony miszmasz światopoglądowy. Mamy tu garść przedruków ze Skeptical Inquiry, a jednocześnie partnerstwo z forum Davida Icke. Klika dni temu na ich łamach wyszperałem sondę "najdziwniejsza postać ostatnich lat w paranormalnym światku". Edycja krajowa, same rodzime nazwiska. Siksowata Angela Hayes z filmu "American Beauty" mawiała, że najgorsze co można w życiu zrobić to być nijakim. O personach z owej listy można powiedzieć wiele, ale trudno odmówić im kolorytu, jaki by on nie był. Bo kiedy my tu gadu gadu o panach pokroju Roberta Tekieli, pod nosem powyrastały nam prawdziwe kwiaty myśli paranoidalnej. Owoce schizofrenicznej ziemi tym mniej sympatyczne, że wymierzone w kieszenie prostych i naiwnych ludzi.

Pierwsze miejsce w tej niecodziennej ankiecie zajął Romuald Statkiewicz, który kilka lat temu odkrył, iż jest najprawdziwszym Jezusem Chrystusem. Czy zatem potrafi szusować po wodzie i zmieniać wodę w winno, jak robił to 2 tysiące lat temu? Otóż nie, ponieważ jak mówi, historie te przekłamano, zarówno dziś jak i u początku naszej ery Jezus nie odstawia tak efektownych sztuczek. Ma za to brodę, długie włosy, w swoim sposobie wysławiania się naśladuje ten znany z kościelnych ambon, występuje najczęściej na tle namalowanej za nim aureoli i jak sam twierdzi ma dar uzdrawiania. Specjalizuje się w leczeniu chorób wszelakich, szczególnie tych których jeszcze nie ma, a pojawią się w naszym organizmie dopiero za 10 lat (to niestety nie żart). Robi to oczywiście na przekór medycynie akademickiej, która jak mówi, "nie potrafi wykryć choroby danego organu, dopóki nie utracimy go w 60 procentach". Chrystus nie kryje tego, iż za boską posługę należy się ziemska należność, bez żadnego zażenowania zamieszczając swój cennik w internecie. Jego czołową wyznawczynią jest Elżbieta Gas i przyznam się, że właśnie na tą panią oddałem swój głos. Dzięki jej wizjom znamy przyszłą linie brzegową Polski po przejściu już niebawem oczyszczającej Ziemie fali tsunami. Dzięki jej wizjom wiem także, ze pisze z miejsca przyszłego oceanu. Cała grupa jest niezwykle płodna i praktycznie codziennie zamieszcza na youtube swoje wystąpienia, klasyczny przykład tego, ileż można mówić nie mając nic do powiedzenia. Elżbieta Gas została wyznawczynią opolskiego Chrystusa, po tym jak poczuła bijącą od niego energie, przyjmując następnie swoje apostolskie imię Tyara. Pomysł aby z uzdrowiciela upgradować się na Chrystusa - no cóż jak spadać to z wysokiego konia - został przez nich zaczerpnięty najprawdopodobniej od wrocławianki Haliny Tas (pierwowzór sztuki "Pani Bóg Halina" wstawionej w Krakowie). Ta właścicielka księgarni ezoterycznej już 10 lat temu ogłosiła, iż jest Bogiem, następnie jej sława troszkę przygasła, jednak wydaje się że Statkieiwcz i jego świta zawsze krążyli gdzieś wokół niej. Wszystkie te przypadki podsumowują słowa Statkiewicza, który twierdzi iż migreny są wynikiem nadmiaru myślenia. Myślenie jest tu rzeczywiście szkodliwe.




Kilka lat temu, spędziłem troszku czasu na rozmowach z gryfianami, społecznością skupionej wokół swego mentora Andrzeja S., kolejnej osoby uważającej się za Mesjasza. Pan Andrzej dostrzegł w sobie Pana Zastępów w wieku trzydziestu paru lat, po tym jak odczytał swoją tożsamość w ozdobach w kościele Rennes le Chateau (argument w dyskusji, czy fikcyjno-prawdziwe książki spod szyldu Dana Browna są rzeczywiście nieszkodliwe). Rozmowy z jego orędownikami, mimo iż intelektualnie jałowe, uzmysławiają jak wielki może być zakres podporządkowania się i utraty krytycyzmu wobec autorytetu. Swój kamyczek dokładają do tego ci wszyscy, którzy lansują różnego rodzaju paranormalne farmazony, ponieważ mamienie ludzi bazami obcych na księżycu czy budową egipskich piramid kilkanaście tysięcy tal temu, może odbyć się jedynie przy brak wiedzy słuchaczy. Mniej więcej takimi opowieściami Pan Andrzej zgromadził dookoła siebie kilkanaście nowo-nawróconych, tworzących aktywną i niestety agresywną grupę. Nie do końca ogarniam jak mają się sprawy obecnie. W necie można znaleźć teksty pisane przez byłych gryfian, i gryfian obecnych podszywających się pod byłych gryfian. Wiem, iż formułowany był wniosek do prokuratury, ale co z tego wynikło?

Historia Lucyny Łobos, ścisłej czołówki niechlubnego rankingu, zaczyna się klasycznie dla przyszłych paranormalnych emanacji. Tak jak u wielu innych osób z tego środowiska i tu śmierć kliniczna przynosi ze sobą impuls objawionej prawdy. Jeśli chodzi o zjawiska paranormalne jakie są w zasięgu pani Lucyny, są mniej więcej takie jak u Padre Pio, co skrzętnie wykorzystuje świadcząc usługi lecznicze zarówno dla ciała jak i duszy. Łobos i Pio różnią się w osobach głównych bohaterów ich wizji, którym zawdzięczają te niecodzienne umiejętności. Lucyna Łobos-Brown jest na "ty" z opiekunem ludzkości, kosmitą z Oriona, niejakim En-kim. En-ki jest bratem En-Li, znanego nam jako Jezus Chrystus i przy pomocy Pani Lucyny bardzo chętnie odpowie na nasze pytania, oczywiście jeśli przy okazji sypniemy trochę groszem. Jest prawie wszechwiedzący, a jednak udzielane przez niego odpowiedzi brzmią jakby był... prostą kobietą. Doradza jak znaleźć prace, czy iść na randkę, jak troszczyć się o zdrowie. Kosmiczne wytyczne przestrzegają przed szczepionkami, a kiedy dramat ten stanie się faktem, należy czym prędzej usunąć szczepionkę z organizmu "terapią cytrynową". Nasz niebiański opiekun odradza operacja, polecając w zamian homeopatie, ziołolecznictwo i przykładanie rąk do głowy. Lekami uniwersalnymi jest sok z cebuli i przeczyszczenie jelita grubego. Pytania przy których wypadałoby mieć coś więcej niż bujną wyobraźnie, jakąś elementarną wiedzę, Wielki En-ki kwituje "I w ten sposób oto chcesz się wymądrzać istoto ludzka?". Zamiast pilnie uczyć się w swojej galaktycznej szkole En-ki łaził na wagary, ponieważ w jednej z sesji channelingowych gdzie opisać miał położenie planety Nibiru, okazało się, iż nie zna kolejności planet w Układzie Słonecznym. Łobos znana jest jednak przede wszystkim jako spiritus movens Projektu Cheops. Jej wizje i namiary En-kiego mają doprowadzić do odnalezienia w piskach Sahary labiryntu, który ocalić ma cześć ludzkości przed zgubnymi skutkami roku 2012. Ktoś to musi sfinansować, więc jeśli chcesz żyć to płać. Kończąc już, przerażający jest rozmiar tego wszystkiego. Sale sympozjów na których występuje Łobos pękają w szwach, przy czym zarówno w Polsce jak i w Stanach ma tysiące swoich "wyznawców". Tak właśnie wygląda nieszkodliwa działalność marginalnych odszczepieńców.

5 kwietnia 2010

Co (też) widzą ludzie po śmierci

Pierwszą relacje z pośmiertnej podróży poza ciało, znamy za pośrednictwem Platona, który w "Państwie' opisuje dziwną przygodę żołnierza o imieniu Er. Dziś dzięki rozwojowi medycyny przypadki wskrzeszenia ludzi są coraz powszechniejsze, tak że do dziś opisano już około 3 tysięcy wizji zaświatów, jakie przekazały nam osoby które powróciły do świata żywych. W zachodnim świecie jedynie 15% ożywionych może pochwalić się takimi wspomnieniami, zaś badania Christophera Frencha dowiodły, że ilość takich wspomnień rośnie wraz z czasem od owego "prawie śmiertelnego" wypadku. Wiele z ich z nich jest zatem dokooptowywane do naszej pamięci już post factum. Wśród wizji w czasie NDE są oczywiście i takie, które wydają się potwierdzać obraz pośmiertnej rzeczywistość jaką promują niektóre religie. Przeważa tu wizja chrześcijańskich zaświatów, zapewne dlatego, iż badania prowadzone są głownie w Stanach i w Europie, zatem historie z tego kręgu kulturowego stanowią większość opisanych przypadków. W polskim jarmarcznym katolicyzmie, religii pustych form nie opartej na przemyśleniach teologicznych, a na cudach, opowieści takie mają wzięcie. Kościół oficjalnie nie przyznaje wizjom towarzyszącym śmierci klinicznej jakiegoś statusu dowodowego, jako że sam w żaden sposób nad nimi nie panuje. Spotykany po śmierci Jezus potrafi chlapnąć coś o UFO, czy sprzedać kilka przepowiedni które się nie spełnią, zatem dystans kościoła do tych historii jest zrozumiały. Nie mniej ludzie wierzący lubią posługiwać się co zgrabniejszymi historiami o rozmowach z Aniołem Stróżem i to raczej tylko te, stworzone na chrześcijańską modlę opowieści przedostają się do opinii publicznej - a szkoda, bo ludzie widzą naprawdę ciekawe rzeczy.

Pierwszym etapem doświadczenie pośmiertnego absolutu są deathbed visions (DBVs), a więc omamy zamykające się wokół miejsc w których dokańczamy naszego żywota. Rzadko co ludzi wybierają się w tą podróż sami. Jak przyznaje badaczka DBVs Carla Wills-Brandon, to kto pofatyguje się aby zaprowadzić nas w świetlisty tunel, zależy od wyznawanego przez nas światopoglądu. Chrześcijanie widzą postać ze skrzydłami i w fartuchy, przedstawiającą się jako Anioł Stróż. Buddystów z pierwszymi chwilami po śmierci oswajać może Budda, innych ponętna kobieta, a jeszcze innych kapłan druidów. Zasadą jest to, iż widzimy to co chcemy zobaczyć. Najświętsi ludzi, jak gwiazda literatury NDE (Near Death Experience), Dannion Brinkley, po tym jak uderzył w niego piorun, był holowany do nieba w asyście aż 13 aniołów. Po wyznawców hinduizmy, w ich momencie śmieci przybywa boski urzędnik wraz ze stertą papierów - księgą życia akaśą. Niektórzy relacjonowali, iż byli łapani przez niebiańskich strażników i siłą przyprowadzani przed oblicze owego biurokraty. Hindusi spotykają wtenczas boga zmarłych Jame, zaś jego funkcjonariusze odczytują ich życiowy dorobek, od którego zależy ich przyszła inkarnacja. Niestety nie mamy przekazów, jak się to wszystko kończy kiedy wszystko formalności zostają dopięte, jako że zawsze przytrafia się jakiś problem. 'A nie przepraszamy, błąd w papierach, nie ma jeszcze pana na liście"; "k..a kogoście mi tu przyprowadzili, miał być garncarz Chhajju Kumhar, a nie kupiec Chhajju Bania, odprowadzić" (wszystko to autentyczne fragmenty, no może poza słowem "k...a"). Osobiście moimi ulubionymi przykładami posłańców są gadające zwierzęta, widuje się je też w wizjach nieba, a nawet widywano psa siedzącego na kolanach Jezusa.

Mówiąc o gadających zwierzętach mam na myśli nie tylko psy i koty, ale też gadającą pszczołę z która rozmawiał 4-latek, który wpadł do przerębli, oraz motyle i jelenie jakie pojawiły się w wizji 8-letniej dziewczynki. Dzieci potrafię spotkać w niebie św. Mikołaja, ale i parę mniej oczywistych na tą okoliczność postaci, jak bohaterów gier Nintendo. komiksów czy bajek. Także dorośli potrafią widywać fantastyczne stwory, takie jak elfy, olbrzymy i centaury. Peter Fenwick, opisał przypadek studenta reanimowanego tuz po wypadku samochodowym, który w zaświatach spotkał... Drakulę. Sam opis podróży w zaświaty, podobnie jak DBVs, jest obarczony potężnym bagażem kulturowym. W swoim NDE Indianie Lakota gnali na koniu galopując pośród chmur, aby przez drzwi w tęczy spotkać się z 6 starcami, którzy na nowo odsyłali ich do świata żywych. Z badań Nsama Mumbwe z Uniwersytetu Zambijskiego w Lusace, który zbierał przypadki NDE w Afryce wiemy, że funkcje indiańskich starców wypełniać mogą ciała niebieskie. Mumbwe zrelacjonował przypadek pacjenta który w swej wizji podążał do nieba, kiedy nagle drogę zagrodziły mu gwiazdy, zmuszając go do powrotu. Oczywiście można twierdzić, iż to Jezus wciela się w te wszystkie składowe wizji, nie mnij równie prawdopodobne jest, iż to w Jezusa wcielają się bóstwa Dalekiego Wschodu, a już najbardziej prawdopodobne jest to, że w momentach niedotlenienia mózgu widzisz wizje podsuwane przez religie jaką wyznajesz. Jeśli NDE chrześcijan dowodzić ma istnienia Boga, to czy NDE mieszkańców wysp Pacyfiku dowodzi istnienia ich przedziwnego dla nas raju, a NDE Paleoazjatów istnienia wielkich duchów łowów? Jeszcze innym dowodem prawdziwości NDE mają być szczegóły otoczenia jakie podają szybujące nad łóżkiem dusze (zjawisko typowe praktycznie jednie dla "chrześcijańskich NDE). Mamy takich przypadków kilkadziesiąt, najsłynniejsze z nich, takie jak Maria's Shoe (o którym dyskutowano już na tym blogu) zostały przekonująco sfalsyfikowane, a o większości trudno powiedzieć cokolwiek. Najwięcej z tych wizji okazało się po prostu błędne, a opisywane szczegóły widziane przez unoszące się ciało astralne nie odpowiadały rzeczywistości. Przeprowadzono także kilka eksperymentów, w których w szpitalach podwieszano w trudno dostępnych miejscach, tuż pod sufitem napisy - jak się można domyśleć żadna osoba doświadczająca NDE nigdy ich nie zobaczyła. Wpis miał być o różnorodności samych wizji, o rzekomych szczegółach z otoczenia jakie widzą dusze może kiedy indziej.

29 marca 2010

Diabeł tkwi w gitarze

Na Świecie zawsze nieźle miał się typ pewnej mentalności, który we wszystkich działaniach swych oponentów widział moce piekielne. Pomijając już czasy zamierzchłe i zamierzchłe zamierzchłe, także w czasach współczesnych diabeł za pazuchą ma się nieźle - i bynajmniej nie mówię tu jedynie o buszyzmowej "osi zła". W latach 80-tych część amerykańskich protestantów znamię na czole Gorbaczowa uznawało za "znak bestii", w czym wtórował sam wielki Billy Graham (jeśli nie kojarzymy, warto kliknąć na link i poznać tą wszechpotężną postać), stwierdziwszy iż "komunizm kierowany jest przez samego diabła".W tym czasie kolega Grahama po fachu, Richard Wurmbrand, spłodził fascynujące dzieło "Czy Karol Marks był satanistą?", gdzie jego satanizmu dowodzić miała m.in jego broda. Jako że tematyka polityczna bardziej mnie brzydzi niż fascynuje, o wiele ciekawszy są dla mnie typowo kulturowy nośnik rozkazów Pana Ciemności - a w tym można już przebierać. 2/3 Uczonego dzieła franciszkanina Antoniego Nowaka, "Satanizm, rock, narkomania i seks" (wymowne zestawienie), zajmuje to drugie. Jako diabelskiemu pomiotowi tej muzyki, nie pozostawiono mi chyba wyboru.

Utożsamianie muzyki rockowej z diabłem, w pewnym sensie daleko wyprzedza jej powstanie. Cudownie ciężkie brzmienie opiera się na interwale zwanym tryton, który od XI wieku uważano w kościele za obsceniczny na tyle, iż przywoływać miał diabła. Ukucie dla niego fajowsko brzmiącej nazwy diabolus in musica, jedynie przypieczętowało jego późniejszą karierę. To, że na starych rycinach diabeł dzierży w swoich włochatych łapach skrzypce, należy zwalić na barki słabego muzycznego wizjonerstwa, który nie przewidziało istnienia gitary elektrycznej, bo bez wątpienia to jej dźwięk rozbrzmiewa w czasie fajrantu w piekle. Do dziś gitara w czasie katolickiego nabożeństwa jest instrumentem niedozwolonym, acz zakaz ten nie jest powszechnie przestrzegany. Poza gitarą na zakazanej liście są i inne instrumenty... a w zasadzie to wszystkie - z wyjątkiem organów. Inną ideą zaczerpniętą wprost z mroków średniowiecza są pakty i cyrografy, jakie rzekomo muzycy zawierają z diabłem. Pierwszym dobrze udokumentowanym przypadkiem jest pakt jaki podpisał z szatanem John Lennon 27 grudnia 1960, co ustalił, bez cienia wątpliwości, niejaki Józef Niezgoda. Siarką pachną i nasi artyści. o czym pisze Andrzej Dudziński w "Sataniści i czciciele Szatana". Swoją główną uwagę skupił na wrocławskiej grupie Kreon, zaś przez całą książkę Roman Kostrzewski, wokalista zespołu Kat, występuje w niej jako Roman K. Najwidoczniej przyszłość kryminalna u czcicieli szatana jest nieunikniona, tak że lepiej zawczasu przyzwyczajać się u nich do przestępczej nomenklatury

Wszyscy wymienieni panowie, kulą jednak ogony i chowają raciczki, przy prawdziwym znawcy jakim jest Krystian Piasta ("Elementy demoniczne w muzyce rockowej"). Piasta nie idzie na łatwiznę i nie poprzestaje na wpływie okultysty Kennetha Angera na Rolling Stonesów, co jest akurat prawdą. Piasta jest typem odkrywcy-dekodera. Nazwa AC/DC nie pochodzi, tak jak wszyscy wiedzą, od zwrotu alternating current/direct current, ale jest rozwinięciem diabelskiego skrótu Anti Christ Death to Christ, zaś KISS to Kids in Satan Service. Na nic zaprzeczenia członków tych zespołów, zresztą zaprzeczanie antychrześcijańskim tajnym przekazom tylko dowodzą ich faktyczności - tylko winny się tłumaczy, a więc widocznie jest coś na rzeczy. Prawdziwy popis tajnych znaczeń w muzyce rockowej, znajdziemy oczywiście w tym na co wszyscy czekamy - przekazie podprogowym. Ojciec nie ogranicza się jednak do znanych klasyków, ale puszcza od tyłu i polską muzykę. Tym razem tak przebiegłymi satanistami nie są ani "Trubadurzy", ani "Czerwone gitary', a "Proletaryat" W przeciwieństwie do tego co wydaje się autorowi, nie dowodzi to jego tezy "iż to co wydawało się zbyt odległe by mogło być prawdziwe, naraz okazało się faktem". Jeśli tym faktem jest żartowanie sobie z fanatyków słuchających nagrania od tyłu i szukających w słyszanym bełkocie antyreligijnych przekazów, no to rzeczywiście okazuje się to faktem. Proletaryat ukradł ten żart od "Pink Floyd", którzy w utworze Empty Spaces, zamieścili podobny, wyraźnie nagrany od tyłu fragment, który po odkręceniu brzmi Hello hunters, congratulations! You've just discovered the secret message! Natas eva!

14 marca 2010

Freuda wywoływanie duchów

Co by nie mówić, wielu wielkich myślicieli flitowało z mistyką. Alchemikiem był Kepler, który uważał, że planety pchają aniołowie. Zainteresowanie alchemią przejawiał Newton i Jung. przy czym ten drugi był chyba po prostu szaleńcem, jako że zainteresowanie hokus-pokus i gotującym się kotłem, pokrywa się z wariactwem wraz ze zbliżaniem się do naszych czasów. Zainteresowania paranauką innej zacnej postaci są po części znane, krytycy Freuda nigdy nie omieszkają wypomnieć mu stosowania szalonych praktyk Wilhelma Fliessa, jednak ezoteryczna strona psychoanalityka jest już mniej znana. Pomysł na notkę podsunął aleister w dyskusji o postmodernizmie (która przerodziła się w dyskusje o freudyzmie), zwracając uwagę na podobieństwo z okultystyczną terminologią egregorów i myślokształtów. Nie wiem jak z postmodernizmem, ale psychoanaliza wydaje się niestety stać tą jedną nogą, a przynajmniej piętą, w ezoterycznych fascynacjach. Tak też wczesny etap psychoanalizy widzi historyk psychologii Henri Ellenberger, według którego zainteresowanie zjawiskami parapsychologicznymi i spirytyzmem działały stymulująca na rozwój tych idei. Według niego duża rolę odegrali tu pierwsi hipnotyzerzy, obserwacje transów i religijnych ekstaz, ludzi opętanych. a nawet takich zjawisk jak wirujące stoliki.

Freud który sam określał się jako "bezbożny żyd" i raczej nie pałał miłością do zinstytucjonalizowanych religii, odczuwał (mówiąc jego językiem) ciągoty w stronę ezoteryki, magii i dawnych kultów. Mimo, iż za początek parapsychologicznej działalności Freuda uważa się rok 1905, jego fascynacja gnostyczną stroną starożytnych cywilizacji istniała chyba od zawsze. Jego zbiór artefaktów z tego tematu liczył ponad 2 tysiące eksponatów, fragmentów papirusów, posążków bogów, pierścieni i relikwii. Już w czasie jego studiów we Wiedniu, ilość zgromadzonych rzeczy prawie uniemożliwiała poruszanie się mu po pokoju. Wpływ tych zainteresowań na jego późniejsze interpretacje snów, poetycko ujęła Janine Burke, autorka The Gods of Freud, mawiając, iż kiedy tylko Freud zagłębiał się w morze snów, nieodzownie towarzyszyli mu w tym bogowie Egiptu, Grecji i Rzymu. Zainteresowanie Freuda snami nie kończyło się na powszechnych przypadkach, ale obejmowało także sny prorocze. Głównym powiernikiem jego zainteresowań był oczywiście Carl Jung, któremu opisywał w listach dziwy nie z tego świata, jak choćby przypadek swego pacjenta homoseksualisty potrafiącego czytać w myślach. Telepatie wiązał z innym zjawiskiem którym żywo się interesował - przekazywaniem myśli na odległość, nad którym eksperymentował wraz z Węgrem Sandorem Ferenczi. W obu zjawiskach widział nową praktyczną metodę psychoanalizy, polegającej na czytaniu w myślach pacjenta, który zgłosił się do nas po pomoc. Teoria telepatii Freuda wykrystalizowała się po jego wizytach u wróżbiarzy, gdzie telepatia miała być fizyczną falą odbieraną przez wysokorozwinięty umysł. Dziś wiemy o jego zainteresowaniach tarotem i numerologią. Najprawdopodobniej wierzył iż pozorne przypadki mają ukryty sens i mogą przepowiadać przyszłość. Był przekonany, iż cyfry w jego numerze telefonu "14362" oznaczają datę jego śmierci.

Formalny dorobek Freuda na tym polu jest stosunkowo niewielki, wiemy jednak, iż nie oddają skali jego fascynacji. Po latach pisząc list do Herewarda Carringtona stwierdził, iż gdyby mógł ponownie stanąć na progu swej kariery, wybrałby psychologie z przedrostkiem para (co z dumą odnotowuje Encyclopedia of Occultism and Parapsychology, pod hasłem Freud). Obraz jaki się z tego rysuje, w zależności od naszych zapatrywań na freudyzm, możemy interpretować sobie co najmniej dwojako. Możemy spoglądać na niego oczami Ernesta Jonesa, przyjaciela i współpracownika Freuda, autora jego pierwszej wielkiej biografii The life and work of Sigmund Freud, zawierającej wiele mówiący rozdział Occultism, przedstawiającej Freuda jako człowieka jednak naiwnego i łatwowiernego. Te same fakty można jednak nazwać inaczej, w stylu James Hammond, wedle którego tylko dowodzą, iż "Freud był wielkim myślicielem, a wielcy myśliciele mają skłonność do podróży poza widoczny świat, w królestwo niewidzialnego i tajemniczego"

9 marca 2010

Jak bardzo jesteś w stanie zdziczeć?

Pamiętam uczucie wielkiego odkrycia, kiedy w zapomnianej przez Boga bibliotece, natrafiłem na zakurzoną przedwojenną broszurkę niejakiego Romana Stopy, na temat dzikich dzieci. Temat wydawał mi się fascynujący, śmiałem nawet poruszać ten argument w dyskusjach z innymi. Dziś nie jestem tego aż tak pewien. Moje namiętne przekonanie co do istnienia tego zjawiska przerodziło się nie tyle w niewiarę, co w dozę wątpliwości. Jest to jeden z tych przypadków, kiedy coś wydaje się bezsprzecznie istnieć, o czym słyszymy w mediach i uczymy się z historii, jednak kiedy tylko bliżej przysunąć do tego oko nagle znika. W ostatnich latach kilku badaczy mierzyło się z tym tematem, mozolnie zbierając i weryfikując te przypadki, m.in Serge Aroles autor "The Enigma of wolf-children", psycholog Douglas Candland "Feral children and clever animals", czy historyk Adriana Benzaquen i jej "Encounters with wild children" - po czym najczęściej stawali się sceptykami. Zatem jak to jest z tymi dzieciakami wychowywanymi przez zwierzaki?

Dzikość ma tu kilka wymiarów i przez to kilka stopni prawdopodobieństwa. Faktem są dzieci żyjące w karygodnym zaniedbaniu, jak przypadek sześcioletniej Marty M, przetrzymywanej w skrzyni bez kontaktu z ludźmi, głośna sprawa z 2003. Nie ma wątpliwości, iż od pewnego wieku dziecko może przez pewien czas przeżyć samotnie w dżungli. Takim przykładem pochodzącym z naszego kraju była żydowska dziewczynka o imieniu Tzila, który uciekając z getta w Równe (dzisiejsza zachodnia Ukraina) przez 6 tygodni żyła w lesie chowając się przed ludźmi. Z dystansem podchodziłbym do przekazów, iż po odnalezieniu była porośnięta mchem, wydaje się jednak możliwe aby kilkuletnie dziecko mogło przeżyć z tego co odnajdzie w lesie. Zupełnie inną bajką są dzieci wychowywane przez zwierzęta, z podkreśleniem pod słowem wychowane. Nie przez nie tolerowane, nie żywiące się resztkami które zostawiają, a wychowane. Teoria ta opiera się na znanym w przyrodzie zjawisku, w którym samica po utracie młodych wciąż odczuwa silną potrzebę realizacji swego instynktu macierzyńskiego. Obserwowano przypadki, kiedy samica myszy opiekowała się kłaczkiem futra czy kawałkiem tkaniny jakby było jej własnym potomstwem. Czy jednak pies wychowywany przez kangura zacznie skakać na dwóch łapach, a kociak wychowywany przez sukę szczekać, a niestety tak wyglądałaby ta analogia jeśli chodzi o historie dzieci wychowane przez zwierzęta? Z punktu widzenia etologii brzydko tu pachnie. Sama taka idea byłaby realizacją człowieka jako tabula rasy, modeliny przybierającej dowolne formy, moim zdaniem już obalonej przez kognitywistykę i neuropsychologię.

Wiele z historii o dzikich dzieciach, było nawet nie tyle ubarwione, co okazywało się zwyczajnym oszustwem. Dziki chłopiec z Burundi nigdy nie żył z małpami, lecz był chory na autyzm, podobnie jak Lucas mający być wychowankiem pawianów, w rzeczywistości upośledzony chłopiec, któremu mentalność epoki widzącej chore, czarne dziecko przypisało małpich rodziców. Mamy tu historie które nigdy nie wyrosły choćby centymetr poza zwykłą dziecięcą wyobraźnie, jak słynna Misha, która w czasie II Wojny Światowej miała przemierzać Europę wraz ze stadem wilków. Jeszcze inne dzikie dzieci są jak Wielkie Stopy - wszyscy je widzieli, a nikt nie potrafi udowodnić że istnieją - jak dzika dziewczynka z Kansas. Bardzo wiele opowieści o dzikich dzieciach wydają się niewiarygodne, za sprawą opisów które, o ironio, miały dowodzić iż są naprawdę dziećmi wychowywanymi przez zwierzęta. Pochodzący z Fidżi Sujit Kumar, który w latach 70-tych swoje dzieciństwo spędził w kurniku, według przekazów zachowywać się miał jak kura - nosił ręce złożone jak skrzydła, dziobał, drapał w ziemi w poszukiwaniu robaków i spal siedząc na grzędzie. Słynna Amala i Kamala, według ich wybawiciela Josepha Singha, który miał wyszarpać je wilkom z ich nory, posiadały nieludzki, wilczy węch, a także podobnie jak wilki widziały w ciemnościach! Taka charakterystyka jest po prostu niemożliwa, choćby wychowało nas stado najlepiej pedagogicznie usposobionych nietoperzy, nie nauczymy się echolokacji, czy czegokolwiek innego co jest poza naszym biologicznym zasięgiem.

Opowieści w których zwierzęta wychowywały dzieci, jako mity czy jako fajny sensacyjny materiał, wydają się istnieć od zawsze. Przez wieki moda na to jakie zwierzaki będą nas wychowywać ewoluowała. Dziś na pierwszym miejscu plasują się zwierzęta domowe jak psy i koty, jednak w historii tego zjawiska można zaobserwować fale opiekuńczych małp, kilkuwiekową dominacje wilków, a także mniej popularna acz notowane zwierzęta jak krowy, owce, gazele, czy leopardy. We wczesnych odmianach tego typu historii popularne były niedźwiedzie, czym pochwalić się może także Polska. W XVII wieku nasz dziki kraj z dumą donosił o kilku niedźwiedzich chłopcach, nie mniej było ich co najwyżej dwóch, a najprawdopodobniej tylko jeden. Został znaleziony w lasach w okolicach Grodna, po czym został przewieziony na dwór króla Kazimierza do Warszawy, gdzie został ochrzczony pod imieniem Józef. Nie umiał mówić, a jedynie wydawał pomruki podobne do niedźwiedzia. Resztę swego żywota Józef spędził na dworze Piotra Adama Opalińskiego, gdzie przydzielono go do prostych prac fizycznych. Poza brzmiącymi nonsensownie opowiastkami, jak to ukradkiem wymykał się do lasu gdzie dotrzymywał towarzystwa niedźwiedziom, nie ma tak naprawdę żadnych dowodów, że miał coś z nimi wspólnego. Współczesny interes medialny na dzikich dzieciach wciąż kwitnie, choć historie o niemowlakach w zwierzęcych rodzinach powoli odchodzą w zapomnienie. Opowieści są mniej efektowne, lecz jest ich więcej, między 2001 a 2009 naliczyłem ich 32, a więc tyle ile było ich od tej pierwszej daty, aż do początku lat 60-tych. Najsłynniejszym takim przykładem ostatnich lat, który wnosi coś do wątpliwości odnośnie wymiaru w jakim zwierzęta wychowują dzieci, jest Ukrainka Oxana Malaya. Po kilku sekundach z google możemy zobaczyć jak wychowana w budzie z psem Oxana biega na czworakach i szczeka. Jak sama twierdzi wycie do księżyca i drapanie się tylną nogą za uchem sprawia jej przyjemność. Zachowanie te, nazwane w latach 90-tych syndromem Mowgliego, nie figuruje jeszcze w najnowszym wykazie DSM-IV-TR, sporządzanym przez Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Wciąż nie wiele na ten temat wiadomo, sprawa dzikich dzieci jest wciąż otwarta, ważne aby wiedzieć, iż nic nie jest tu jeszcze rozstrzygnięte.