30 listopada 2009

Bułgarskie centrum ufozy

Kryjące się za zasłoną nauki, zatwardziałe i zamknięte umysły, pozyskały kolejny kamyczek do swego ogródka. Tym razem w postaci byłego wicedyrektora Instytutu Badań Kosmicznych rodem z Bułgarii, profesora Łaczezara Filipowa (Lachezara Filipova). Otóż twierdzi on, że w ramach swoich "badań" skontaktował się z obcą cywilizacją pomieszkującą Ziemie - oczywiście pod warunkiem, że za "badania" uznać można channelingowy przekaz jednej z bułgarskich wróżek. Pewne jest natomiast, że w czasie swych poszukiwań Filipow skontaktował się z badaczką zbożowych piktogramów Marianą Weznewą (Veznevą), która analizując kręgi ustaliła - a jakże - widmo czekającego nas roku 2012 i wiążący się z nim upadek asteroidy. Weznewa odgrywała w całym eksperymencie rolę medium. To ona za pośrednictwem transu zadawała pytania kosmitom, a także to ona była kluczem do odczytania pojawiających się później na całym świecie piktogramów. A dostrzegła w nich cuda niewidy, np. głowę wojownika Majów (jasna konotacja z 2012) i zapłodnienie in-vitro (któremu kosmici są przeciwni). Z całego zamieszania tłumaczył się obecny dyrektor instytutu, przypominając opinii publicznej, iż wszystko co głosi Filipow jest jedynie jego prywatną opinią i nie ma nic wspólnego z samą placówką. Fizyk zapowiada dalsze analizy pszennych zawirowań, dlatego troszeczkę mu pomogę.


Historia kręgów w zbożu sięga swymi korzeniami drugiej połowy XX wieku, zaś za prekursorów tego fachu przyjęło się uważać Douga Bowera i Dave Chorleia, autorów 250 takich formacji. W wielu opracowaniach dzieje kręgów rozpoczyna się od opisu XVII-wiecznej broszury Mowing-Devil, a nawet cofa się ich historie jeszcze dalej, aż do X wieku. Mowing-Devil nie powinien robić na nas wielkiego wrażenia, bo także polski folklor przypisywał odnajdywane w zbożu kształty, tańcującym w nim diabłom. Te zamierzchłe historie nie opowiadają jednak o współczesnych crop circles, lecz o znanym każdemu rolnikowi tzw. "kładzeniu się zboża". Jako że szczycę się chłopsko-robotniczym pochodzenie (z naciskiem na "chłopsko"), setki razy widziałem te cuda na polach i nigdy nie mogłem się nadziwić jak one powstają. Dwa sąsiednie z sobą źdźbła, które rosną przecież w odległości 2 mm, wszystkie na lewo stoją niewzruszone, zaś wszystkie na prawo snują się po ziemi jak sprasowane - i wszystko to za sprawą wiatru! Pierwsze klasyczne kręgi w zbożu, to dopiero koniec lat 60-tych XX wieku, były to zresztą bardzo prymitywne wzory, głownie same koła o średnicy ok 1 metra. Pierwsze kręgi tworzone były w trzcinach, eksperymentowano także z innymi materiałami, m.in. śniegiem i piaskiem. Dziś standardem jest materiał zbożowy. Odnośnie kręgów zaobserwować można dziwną zależność - im tradycje circlemakeringu w danych kraju bogatsze, tym kręgi bardziej skomplikowane - znaczy się, im pasjonaci udeptanych łanów lepsi, tym okoliczne UFO ambitniejsze. Wbrew temu co się słyszy, cerealodzy po dziś dzień nie wypracowali żadnej metody odróżnienia sfałszowanych i ich zdaniem prawdziwych kręgów. Promieniowanie, powyginane łodygi, wszystko to było wykrywane przez "ekspertów" na zmajstrowanych ludzką nogą kręgach, zaś uznany przez nich za niesamowity tzw. "efekt pierzenia" uzyskiwany był przy pomocy deski i sznurka. Obsesyjne trzymanie się opcji z kosmitami doprowadziło do paranoidalnych oskarżeń Johna Wabe, autora słynnego filmu spod Oliver's castle. Wabe przyznał się, iż sfałszował ten film, jednak wielu cerealogów nigdy w to nie uwierzyło, zarzucając mu tajną współprace z rządem! Dziś jednym z głównych elementów ustalenia autentyczności kręgu, jest analiza jego wzoru.

To co opowiada Marianna Weznowa nie jest ani nowe ani odkrywcze (no, może poza tym in-vitro). Upominania naszych kosmicznych braci o pokój na Niebieskiej Planecie to cerealogiczny klasyk. Mówi o tym jedna z moim ulubionych analiz piktogramu z Crabwood, gdzie sam zbożowy twór wygląda po prostu jak żart (to ten obrazek nie będący rysunkiem Marka Raczkowskiego). Fachowcy nie tylko pospadali z krzeseł na widok gęby szaraka, ale rozszyfrowali nawet tekst na płytce CD którą trzyma obcy! Jest oczywiście po angielsku, w końcu od czasów amerykańskich filmów s-f wiadomo, że cały kosmos mówi po angielsku. Jest to długaśny przekaz opowiadający o czekających nas wszystkich torturach jeśli nie powrócimy na ścieżkę dobra - i to wszystko zapisane jest na dysku który trzyma w łapie kosmita! Także zapowiedzi katastrof były udziałem zbożowych kręgów. Na powstałym w 1995 kręgu z Hampshire, dostrzeżono nasz Układ Słoneczny z roku 2003... niestety już bez Ziemi. Weznową wyprzedził choćby nasz kochany Nautilus. Już w zeszłym roku fundacja lansowała analizę crop circle z Avenbury, w której doszukano się ostrzeżeń na temat komety jaka odwiedzi nas w 2012. Wpatrując się w wydeptane łany można doszukać się każdego przekazu wedle uznania. Niektórzy gorliwi chrześcijanie łączą je ze słynnym Kodem Biblii (według którego w 2000 i 2006 miała nas czekać zagłada atomowa), po tym jak na jednym z piktogramów doszukano się kabalistycznego drzewa życia - co zostało zinterpretowane jako upomnienie obcych aby powrócić do analiz Pisma Świętego. Modną ostatnio ideą jest Crop Circle Ship - wedle której wszystkie zbożowe kręgi składają się na instrukcje budowy statku międzygwiezdnego. Pomimo tych ambitnych teorii, wciąż podstawą do analiz piktogramów jest cyrkiel i ekierka. "Badacze" kreślą po piktogramie na wszystkie możliwe sposoby, aż dopatrzą się w nim swojskich dla siebie kształtów. Nic w tym dziwnego, zważywszy że tak właśnie kręgi powstają - jedynie role linijki i cyrkla odgrywa w nich sznurek.

26 listopada 2009

Islamskie cuda

Kiedy jakiś czas temu, na ciele mieszkającego w Dagestanie malucha pojawiły się wersety koranu, postanowiłem o tym nie pisać. Określenie "pojawiły się" jest tu niespecjalnie trafne, bo oparzenia w kształcie arabskich liter nie pojawiają się same. Nie pisałem, bo nie wiedziałem jak zapełnić dwa akapity czymś bardziej konkretnym, niż tylko pogardą dla barbarzyńskich praktyk kaleczenia własnych dzieci. Gros tego co uznane za cudowne w islamie, to święte napisy pojawiające się w zasadzie wszędzie. Wizerunek Mahometa jest nazbyt święty, zatem rolę naszych Jezusów na szybach odgrywają napisy z imieniem Allaha. Tak się składa, że Allah zapisany po arabsku to jeno dwa bardzo proste symbole - coś na kształt litery "w" z laską przypominającą "l". Tylko w ostatnim czasie Allah ukazał się na chmurach, drzewach, skale, ziemniaku, pomidorze, kwiatach, rybach, a także na uszach i rękach swoich wyznawców. Kiedy chwile poszperałem w poszukiwaniu innych dziwadeł, znalazłem jeszcze cudowne wizerunki Allaha na plastrze miodu, Księżycu, na kozie, gołębiu, dłoniach i jajku. Chyba nie ma co tu komentować. Jednak od czasów doniesień o małym Alim Jakubowie, jakby na złość bombardują mnie pretensje pod adresem niewierzących, iż grzebiąc w katolickiej drzazdze, mrużymy oko na muzułmańską belkę. Jak mawia mój przyjaciel, nie ma przypadków, są tylko znaki, zatem krótko - czy te pretensje są słuszne?

Choć raz nie będę się rozwlekać i przynajmniej w swoim imieniu napiszę - tak. Rzeczywiście, często omijamy w swojej antyreligijnej pasji czcicieli Allaha, mimo że prymitywna brutalność islamu deklasuje każdy znany mi odłam chrześcijaństwa (konkurować mogłyby kościoły poskramiaczy węży). Kajam się jednak z paroma "ale". Problem islamu jest na naszym gruncie trochę nietutejszy. W państwie z deficytem proroków, trzeba czuć oddech zagrożenia na plecach aby znaleźć w sobie ochotę do trąbienia.
Musimy przestać w końcu udawać, bo właśnie to robimy - udajemy - że wszystkie kultury są równe, w sytuacji kiedy jasno widać że tak nie jest. Islamska kultura nie jest równoważna kulturze zachodu. Zachęca do przemocy względem kobiet, Żydów i homoseksualistów. Sankcjonuj poligamie oraz małżeństwo starych mężczyzn z małymi dziećmi, co jest obrzydliwą parodią ludzkich relacji. Ktokolwiek na zachodzie broniący tego rodzaju wartości znalazłby się szybko w więzieniu. A więc jest czas aby odezwać się Europo i pokazać odrobinę kręgosłupa. Chyba że chcemy spędzić resztę naszych żyć kryjąc się niczym przestraszone myszy przed garstką brutalnych bigotów, którzy myślą, że mają prawo wciskać palec w twoją pierś i mówić nam, jak powinniśmy żyć.
Zapewniam, że to nie najbardziej zgryźliwy cytat Pata Condella jaki mogłem tu umieścić. Od jakiegoś czasu, bijące w religie frazesy Condella koncentrują się prawie wyłącznie na islamie. Brytyjscy koraniści to nie swojscy Tatarzy, ale nie przywiązujące się do obecnego stanu rzeczy wielkie masy ludzi. W takich warunkach ateistyczny tumult ma i powinien mieć miejsce, a spoglądanie na żyjących za siedmioma górami niewierzących z ich biernością, jest nie do końca uczciwe. Poza tym przyznaje się do grzebania w mrowisku tym cytatem z Condella, ale z racji braku czasu ucichłem trochę pisarsko, tak że ominęła mnie dyskusja o postmodernizmie pod ostatnim wpisie. Chciałem się tylko dookreślić, tak by nie było wątpliwości (choć przez całe studia uważałem się za relatywistę, jakoś łącząc to ze swoim ateizmem). Takie już uroki sceptycyzmu, że nie można przyzwyczajając się do swojego zdania. Aby nikt nie oskarżał mnie o lansowanie tez jedynie białych, heteroseksualnych mężczyzn, kapitalny filmik poniżej. W ogóle polecam cały kanał Adama Brożyńskiego, racjonalny a przy tym z klasą (czyli nie zapchany filmami z Dawkinsem).



7 listopada 2009

Fizyka niemożliwego

Każdy kto sięgnął po którąś z książek Lawrence Kraussa, raczej nie liczy na odwiedziny przybyszów z pobliskich gwiazd. Czas lot, ilość potrzebnej energii, plus multum innym niesprzyjających elementów raczej wyklucza inwazję obcych cywilizacja. Tymczasem, kto czytał wydaną przed miesiącem "Fizykę rzeczy niemożliwych" Michio Kaku, wie że lot, nie do pobliskich gwiazd, ale na krańce wszechświata, jest możliwy za życia jednego człowieka. Jak możliwe, że ta sama fizyka przynosi tak różne wyniki? Kaku nie ładuje na statek, tak jak Krauss, 100 milionów ton paliwa. Woli żagiel słoneczny rozpędzany siłą wycelowanych w niego laserów usytuowanych na Księżycu. Problem z obładowaniem statku paliwem, Kaku obchodzi także czerpiąc paliwo z mijanej przez siebie przestrzeni. Termojądrowy silnik pobierałby wodór z kosmosu i na bieżąco syntezował go niczym koń napędzany w czasie podróży, zżeraną dokoła siebie trawą. Czy inni fizycy nie wiedzieli o takich rozwiązaniach? Problem, że księżycowe lasery musiałby dysponować energią tysiąckroć większą niż ta produkowana na Ziemi, a termojądrowy silnik strumieniowy pobierałby wodór w promieniu setek kilometrów i syntezował go na bazie technologii o której nie mamy dziś pojęcia. Wadą, lub jak kto woli zaletą, jest niczym nieskrepowana wyobraźnia Kaku, dla którego wszystko czemu teoretycznie nie zaprzecza dzisiejsza fizyka jest realne, zgodnie z zasadą Terence White: "wszystko co nie jest zabronione, jest obowiązkowe". Przyznaje się, że cywilizacje typu III skali Kardaszewa (mająca do dyspozycji bilion bilionów energii więcej niż my), na które często powołuje się Michio, są poza zasięgiem mojej wyobraźni. Gwoli sprawiedliwości, pomyślałem że warto byłoby napisać co myśli o wyśmiewanych tutaj przeze mnie zjawiskach, mniej skrępowany od mojego umysł.

Kaku dzieli zjawiska uznane dziś za nadnaturalne, na klika rodzajów. Jeden z nich stanowią dziwy które pojawią się w naszym zasięgu w przeciągu kilkuset lat, takie jak telepatia i telekineza. Okres ten nie jest potrzebny na odblokowanie rzekomych 90% mózgu który leży odłogiem niczym popegeerowskie pola. Nie spożytkujemy tego tysiąca lat nawet na to, aby łyżka w którą tak się wpatrujemy, zardzewiała i w końcu sama się przełamała. Czas ten przeznaczony jest na żmudne odkrywanie kolejnych części mapy mózgu, ustalenie funkcji kolejnych jego obszarów. Dziś siedzimy na etapie namierzania niektórych emocji, zatem droga do tego aby rozpoznać kiedy nasz mózg myśli o zielonym jabłuszku jeszcze daleka. Kaku naśmiewa się przy tym ze współczesnych, absurdalnych prób czytania w myślach, przywołując kilku naszych dobrych znajomych. Twórca, działającego przy Uniwersytecie Duke'a Rhine Research Center, dr Joseph Rhine dawał się niemiłosiernie ogrywać klaczy Lady Wonder i jej pani, myśląc, iż koń układa klocki z literami dzięki telepatii. Podważyło to kompetencje Rhine, który najwidoczniej nie wiedział ani o słynnym Mądrym Hansie, ani o wcześniejszych przypadkach, począwszy od "umiejącego" liczyć, XVI-wiecznego konia Marocco, przez superinteligentne świnie, psy i gęsi (w rzeczywistości reagujące jedynie na subtelne wskazówki swoich treserów). Następce Rhine na stanowisku kierownika instytutu, Waltera Levy, przyłapano jak fałszował wyniki mające wskazywać, iż myszy potrafią telepatycznie wpływać na generator liczb losowych. Kaku wspomina także o Projekcie Stargate - finansowanej przez CIA aż do 1995 komórki paranormalnych szpiegów. Na zlecenie CIA American Institute for Research ocenił 30 lat działalności tego projektu, pisząc w raporcie, "iż nie ma jakichkolwiek dowodów, że informacje podawane przez telepatów miały jakąkolwiek wartość dla wywiadu".

Zupełnie inną gałąź zjawisk paranormalnych stanowią te, które według Kaku istnieć nie mogą, ponieważ łamałyby podstawowe prawa fizyki. Pisze to człowiek, który dopuszcza poruszanie się z prędkość w pewnym sensie przekraczającą prędkość światła, poprzez ściśniecie przed i rozciągnięcie za statkiem przestrzeni - statkiem napędzanym nieodkrytą jeszcze ujemną materią - zatem jeśli coś jest niemożliwe u Kaku, to już naprawdę musi być niemożliwe. Do grona "twardo nieistniejącego" popularny fizyk zalicza prekognicje - przewidywanie przeszłości bez jakichkolwiek na nią przesłanek. Prekognicją byłoby seryjne typowanie prawidłowych numerów w loterii - jak łatwo sprawdzić na świecie nie ma takich osób, a mimo to profesja zaglądacza w karty przyszłości kwitnie w najlepsze. Prekognicje wyklucza zasada przyczyny i skutku, mimo to wyciąganie z kapelusza kolejnych dat końca świata ma się w nieodmiennie świetnej kondycji. Nie ma granicy ludzkiej głupoty u tych którzy wierzą w 2012, po setkach, dosłownie setkach nietrafionych dat końca naszej ery. Okazuje się, że nie ma takiej liczby spudłowanych strzałów, po której ludzie przestaną w nie wierzyć. Przewidziana przez astrologów i duchownych, koniunkcja planet z 20 lutego 1524, także miała znamionować koniec świata, a że przypadała na tle gwiazdozbioru ryb, oznaczała wielki potop. 1/4 Mieszkańców Londynu uciekła w ten dzień na pobliskie wzgórza, zaś w Europie masowo produkowano arki. Największa z nich, 3-piętrowa arka Niemieckiego hrabiego Counta von Iggleheima zgromadziła bogatszych mieszkańców całego regionu, zaś plebs zgromadzony wtenczas pod arką, na widok padającej akurat mżawki zaczął się masowo tratować. Warto przypomnieć kilka równie świetnych zapowiedzi Sądu Ostatecznego, które nie tylko nie ośmieszyły ich proroków, ale w perspektywie doprowadziły do powstania całych Kościołów. Między innymi 1843 typowany przez Williama Millera, protoplastę Adwentystów Dnia Siódmego, oraz mój ulubiony Charles Taze Russell, założyciel świadków Jehowy. Kiedy jego przepowiednia na rok 1874 nie sprawdziła się, po dokładniejszej analizie Wielkiej Piramidy w Gizie przebookował tą datę na 1914. Kiedy i w 1914 zmarli nie powstali z grobu, uaktualnił ją na 1915, a jeszcze później na 1918. Tej ostatniej niestety nie doczekał, a szkoda, tak usłyszelibyśmy kolejne równie trafne daty. Ostatnim chłopcem do bicia, jest dla Kaku Free Energy. Jak wiadomo spisek koncernów naftowo-gazowo-węglowo-atomowych dwoi się i troi, aby odciąć ludzkość od nieskończonej, darmowej energii z niczego. Pomimo, iż wyklucza ją zasada zachowania energii, pokolenia domorosłych wynalazców wciąż tworzą takie urządzenia, bywa że fałszując ich wyniki, jednak najczęściej po prostu nie dostrzegając zewnętrznego źródła energii. Kaku wchodzi nawet w dyskusje ze zwolennikami Tesli, lecz nawet przy podziwie dla Serbskiego uczonego i wpleceniu w to wszystko ciemnej energii, takiego cudactwa istnieć nie może. Szkoda, że książki tej nie doczekał działający kilka lat temu youtubowy kanał, autorstwa wielkiego orędownika Free Energy. Pana który, jak sam o sobie mówił, skończył nawet jaką parapsychologiczną szkołę, bodajże w Krakowie, tak w ogóle to pozdrawiam, jeśli teraz to czyta.