29 lipca 2009

Transkulturacja głupoty czyli Chupacabra w Sochaczewie

Bogaty świat naszych przodków mógł poszczycić się posiadaniem prywatnego diabła przez każdą wieś i endemicznego demona dla każdego rozstaju dróg. Stare pokolenia etnografów, które wciąż nie mogą tego odżałować, winą za te masowe demonobójstwo obarcza przeklętą edukacje, prasę i asfaltowe drogi. Zabójcza dla ludowości telewizja, wykasowała parę płanetników i strzyg, miejsce po nich zapychając iniedzielno-południową ofertą "jedynki". Wszystko stało się odrobinę uboższe, ale jak widać po dzisiejszym tytule - nadrabiamy. Jak to w życiu bywa, to co było niezębne, wyszło na światło dziennego dopiero kiedy zanikło. Leśne stwory zawdzięczały swą różnorodność słabej komunikacji. Sama idea takiej postaci rozchodziła się po najmniej pewnym powielaczu - elemencie ludzkim, z jego subiektywną pamięcią i wyobraźnią. Jedna historyjka, jak za sprawą głuchego telefonu, tworzyła wiele odmian, każda zaś odmiana - nie bójmy się trudnych wyrazów - była indygenizowana :) na lokalne warunki.

Prawdziwie kurczący się świat, nie odbija się w cenie biletu lotniczego i ilości ściągnięć Doktora House przez Chińczyków. Prawdziwy majestat globalizacji to prędkość z jaką rozchodzi się największa nawet głupota. Potwory zlazły ze szczytów gór, wypłynęły z jezior i rozpierzchły się po świecie. Z Europy przeczłapały za ocean wampiry, a nas straszy się voodoo. Zresztą już nikogo nie dziwi, że dzielnemu Indianie serce wyrywa kapłanka hinduskiej Kali, a MacGyver siedzi na tej samej łodzi co Yeti. Konkret zdjęć i "jutjubowych" filmów nie daje wielkiej dowolności, za to zapewnia uniwersalną rozpoznawalność. Rekordową hossę na tym rynku przeżywamy właśnie dziś, kiedy nieznany kraj białych niedźwiedzi, leżący gdzieś na końcu świata, nawiedza latynoamerykański potwór-kosmita, chupacabra. Chupacabra teleportowała się wprost do miejscowości Kornelin, na kozią posiadłość Państwa Antoniaków. Narobiła tam niezłego rozgardiaszu, jak policzył Pan Bernatowicz, wypiła "31 litrów koziej krwi" i tradycyjnie rozpłynęła się w powietrzu. Złapanych chupacabr zero, próbek DNA chupacabr zero, zarejestrowanych chupacabr zero - w korespondencyjnym pojedynku chupacabra vs jej tropiciele, wciąż milion do zera do chupacabry. Jedyne to co interesujące to jak zwykle opowieści świadków. Czego to ludzie nie wymyślą.

W czwartek o godzinie 23, dwoje osób wracało z pracy. W światłach samochodu zobaczyli postać, lecz nie mogli stwierdzić czy był to człowiek czy zwierz. Postać miała wysokość około metr dwadzieścia, miała duże kły, parę kłów skierowaną do góry i parę kłów skierowaną w dół. Miała pazury w przednich łapach. To co ich zaskoczyło to oczy które świeciły się na kolor zielony. Zatrzymali się, ponieważ strach ich sparaliżował i nie mogli się poruszać. Poczekali aż postać przejdzie na drugą stronę ulicy i dopiero wtedy ruszyli.
Wystarczyłoby zamienić w tej opowieści samochód na wóz z sianem i bez najmniejszego uszczerbku historyjka mogłaby robić za ozdobę XVII-wiecznej kroniki Bagien Poleskich. Może pachniemy przyjemniej niż tamci ludzi, jednak mentalnie zostaliśmy w tym samym miejscu, szczególnie jeśli redaktor "Expressu Sochaczewskiego" uznał tą historie - uwaga - za wiarygodną. Bernatowicz tak podniecił się samym wydarzeniem, że nie zawraca nawet uwagi, na to co mówi mu prosta, ale jak widać rozsądniejsza od niego kobieta, właścicielka felernych kóz. Biedna powtarza wciąż, "puma, puma", przygotowała się już na opowieść o pumie którą widziała parę dni temu w zbożu, wszytko miało być tak pięknie, "Sensacja - słynna opolska puma w Sochaczewie" - a tu dziad z kamerą wszystko niszczy! Kobiecina pod koniec nie daje już rady, katowana obrazkami z laptopa Nautilusa, szaraków z kolcami na grzbiecie, załamana poddaje się. Choć wciąż bardziej prawdopodobny wydaje jej się pies, niż kolczasty ufo-diabeł z Meksyku, ludzie z mikrofonami wciąż pytają, "a może to on?", "mógł być to on?", "a czemu nie on?" Biedaczyna załamuje się i same już nie wie. Tak właśnie staropolski chłop, Piotr z Bernatowicz zrodził kiedyś topielce, tak rodzi się nasza polska chupacabra!

26 lipca 2009

Implanty obcych, a jak swoje...

Wychodzisz ze sklepu z pustymi rękoma, a ta pieprzona bramka zaczyna piszczeć - takie błahe pomyłki sklepowych zabezpieczeń to pierwsze symptomy wszczepionego w nas chipów - przynajmniej na filmach. W życiu wygląda to troszku inaczej, co postaram się pokazać, w dalszym ciągu męcząc rzekome dowody UFO, tym razem implanty. Chyba każdy zainteresowany zagadnieniem widział chirurgiczne obcęgi, wyciągające jakieś drobne metalowe skrawki, z komentarzem lektora odnośnie implantów - zostawianych przez obcych w ciałach porwanych. Bardzo ładnie prezentują się one na filmach w momencie czyszczenia ich z narosłych wokół nich tkanek, ewentualnie brzęcząc na dnie próbówki. Tu ich kariera dobiega końca, jakoś nigdy nie widzimy ich pod mikroskopem, nie czytamy o nich w Nature i Scienc'ie. Jedyny problem z implantami obcych jest taki, że ich nie ma i choćby nie wiem jak wielu ludzi mówiło i chciało by istniały, nie zmieni to faktu, że jeszcze nigdy nie wyciągnięto z rzekomych porwanych, czegokolwiek co można by jakkolwiek uznać za twór obcej technologii.

Pierwszy szeroko znany przypadek uprowadzeń to opowieści Betty i Barneya Hill w roku 1961, zaś pierwszy donos o implantach zawdzięczamy najprawdopodobniej Betty Andreasson datowany na 1967. Opowieść Andreasson nie była powszechnienie znana aż do roku 1979, kiedy Raymond Fowler opublikował książce „Sprawa Andreasson” ("The Andreasson Affair"), jednak już od połowy lat 70-tych, opowieści o eksperymentach medycznych obcych stały się dość popularne. Od tej pory domniemany wygląd implantów przeszedł całą ewolucje - o dziwo podążającej zgodnie z ziemską technologią i tego co na dany moment uważane jest w niej za krzyk nowoczesności: od pierwszych implantów krzemowych po dzisiejsze implanty organiczne. Ważne aby implanty składały się z nieznanych nam pierwiastków. Nie miałoby to żadnego sensu, gdyż świat izotopów jaki pozostał nam do spenetrowania, żyje w granicach tysięcznych części sekundy - jak zatem z takiego materiału stworzyć implant, mający siedzieć w człowieku przez lata? Sens takiego materiału tkwi głęboko w amerykańskiej kulturze, kulturze „naj”, gdzie coś obcego nie może być po prostu obce, musi być „super obce”. Kiedy w filmie „Gwiezdne Wrota” Daniel Jackson ogląda tytułowy eksponat, wrota nie mogą być z aluminium czy z miedzi, są oczywiście z „nieznanych na Ziemi pierwiastków”. Widz s-f czy audytorium historii o implantach nie może mieć wątpliwości, że ma do czynienia z czymś naprawdę kosmicznym, nawet jeśli czyni to całe opowiadanie jeszcze mniej wiarygodnym. To z filmów s-f wykradziono sam pomysł implantów. Przedmioty umieszczane w naszych ciałach w celu ich kontroli to motyw niezwykle stary, wręcz mitologiczny. Jednak tuż przed samym pojawieniem się historii o implantach obcych, na ekranach kin święciły swoje triumfy dwa inspirujące tu dzieła – Inwazja Porywaczy Ciał (1956) oraz Star Trek – w tym drugim Klingoni posługiwali się bliźniaczo podobnymi do implantów sondami – które wszczepiali swoim więźniom aby kontrolować ich umysły.

Jeśli zatem implanty w całości mieszczą się w sferze fantazji, czym są kawałki metalu, z dumą pokazywane przez ufologów? Prawda jest prozaiczna. Podczas naszych upadków, chodzenia boso, otarć, rożnego rodzaju śmierci niezauważenie lądują w naszych dłoniach, stopach, plecach... i nie zawsze z nich wychodzą. Najbardziej znanym entuzjastą implantów jest dr Roger Leir, chirurg stóp, ale jeśli trzeba wyciągnie implant nawet z oka. Nie tak dawno odział discovery science wynajął jedno z największych laboratoriów materiałoznawstwa na świecie, laboratorium Uniwersytetu w Toronto, zaś badania przed kamerami przeprowadził sam szef instytutu Doug Perovic. Wszystko to tylko po to, aby Leir przytaszczył ze sobą najlepsze swoje smaczki, obce ciała wydobyte przez niego z ciał uprowadzanych osób. Miała być nanotechnologia, regulatory ludzkiej gospodarki hormonalnej, mikronadajniki i mikrosondy. Tymczasem wszystko to okazało się odpryskiem najzwyklejszego młotka, innym razem odłamkiem ostrza kuchennego noży. Widzę tylko dwa rozwiązania - albo implanty to jedna wielka bujda, albo - zważywszy jakie narzędzia reprezentowały - kosmiczne technologie obcych nie są wcale aż tak kosmiczne.

17 lipca 2009

Przychodzi kosmita do lekarza...

Kiedy ktoś pokazuje mi zdjęcia rzekomych statków kosmicznych, w ostateczności mogę zawsze powiedzieć, że nie wyraźne, że rozmazane, że coś tam. Aby coś miało jakaś wartość, fajnie jakby było cokolwiek widać. Na takich zaślepionych sceptyków jak ja, istnieje prawdziwy młot - eleganckie, długie i nie zostawiające interpretacji nagranie - słynna autopsja kosmity rozbitego w Roswell w 1947. Film wyciekł do mediów w połowie lat 90-tych, dostarczony przez sędziwego weterana wojennego, ponoć świadka tamtych wydarzeń - to wszystko ponoć bo oficjalnie nikt do tej kichy się nie przyznał. Film jest dość obrzydliwy, obejrzeć go można między innymi tutaj - rzecz raczej znana i mocno eksploatowana w różnych sekwencjach na temat ufo. Nagranie to, a dokładnie "dokument" na jego temat, dystrybuował w Polsce "Faktor X" - oglądałem go na kasecie wideo, strach pomyśleć, już jakieś 10 lat temu.

Jedni, ufolodzy, nazywają ten film prawie namacalnym dowodem. Inni, "prymitywnym gumowym gościem" (Phil Tippett, Oscar za efekty specjalne do "Powrót Jedi"), czy "absolutnym oszustwem" (Stan Winston, jeden z najbardziej utytułowanych ludzi w branży FX, 9 nominacji do Oscarów, w tym 3 zdobyte za efekty do "Jurassic Park", "Terminatora 2" i "Obcego"). Prawdę mówiąc nie każdy samozwańczy ekspert od latających spodków, pieje z zachwytu na tym filmem, nie mniej rzućmy rękawicę tym którzy mają jeszcze wątpliwości. Zaczynając od ludzi widniejących na filmie. Trochę ich mało jak na historyczny moment w dziejach naszej cywilizacji. Czy naprawdę nikt nie chciał zobaczyć sekcji zwłok istoty pozaziemskiej? Jeśli zwłoki wyjmowane z UFO nie są trywialną codziennością, zdają się w ogóle nie wzbudzać zainteresowania. Szczególnie, że w obliczu braku świadków, dokumentacją zajmuje się filmowiec amator, któremu nie udaje się utrzymać ostrości na dłużej niż 30 sekund. Chirurdzy którzy kroją naszego bidaka, również nie zaliczają się do elity swego fachu. Kiedy patolodzy na całym święcie trzymają nożyczki wkładając w ich oczka kciuk i palec środkowy, ci z filmów trzymają je jak "zwykły człowiek" przymierzający się do obcięcia paznokci - przy pomocy kciuka i palca wskazującego. Swego fechtunku uczyli się widocznie na Doktor Quinn,, pierwsze cięcie jest nienaturalnie ostrożne, zamiast mocne i zdecydowane. Kim w rzeczywistości mogą być panowie ze skalpelami? Całe ich głowy spowijają białe ochronne chusty, nie zabezpieczają one ani przed promieniowaniem, ani przed zabójczymi wirusami jakich można by spodziewać się po obcym. Wydaje się, że jedyną ich funkcją, jest ukrycie personaliów "lekarzy". Wiemy natomiast że są oszustami - dosłownie. Jak się okazało, plakietki dostępu jakie noszą na fartuch są fałszywe - albo największą operacje w dziejach przeprowadzało dwóch amatorów podszywających się pod lekarzy i robiących w konia wojsko - albo film nie jest do końca prawdziwy.

Sam kosmita wygląda mało kosmitowo. Szaraki przedstawia się na ogół nie z 5 a z 4 palcami, nie wspominając o uszach, chyba że wyrastają pośmiertnie. Argument, iż wyobrażenie kosmity jednych ludzi nie zgadza się z wizją kosmity drugich, nie jest oczywiście żadnym gwoździem do trumny dla teorii sfałszowanej autopsji. Lepsze mogą być urazy jakie wysłannik z innej planety, doznał przy rozbiciu się swą maszyną - nie odpowiadają obrażeniom charakterystycznym dla katastrof lotniczych. Większość prób dowiedzenia oszustwa, dotyczą jednak nie wyglądu kosmity a tego co ma w środku - w końcu nagranie utrwalać ma sekcje zwłok. Otóż kosmity w środku nie ma zasadniczo niczego. Pomimo, że do złudzenia przypomina człowieka, pomimo wszystkich rąk i nóg, brzucha, głowy i nadgarstków - w środku nie ma żadnych odrębnych organów. Zupełnie jakby ktoś poszedł do hipermarketu, kupił 10 kilo mięsa, a następnie wepchał je do gumowej postaci, aby wyciągnąć je w towarzystwie kamery - i być może właśnie tak to wyglądało. Chłopakom upychającym mięcho w gumowy kombinezon zapomniało się jeszcze o jednym - to wszystko wcześniej połączyć. Choć każdy z nas to nic więcej jak taki konglomerat mięsiwa, nasze mięsiwo jest ze sobą dość mocno połączone. Taka konstrukcja przekraczała możliwości filmowców, co widać na filmie. Części ciała kosmity wydobywane ze środka wyglądają tak, że musiały latać w nim na wszystkie strony już za życia, zero tkanki łącznej czy jej odpowiednika. Najwyraźniej widać to w momencie operacji oka, kolejne części gałki odchodzą od niej tak łatwo, że oko rozpadłoby się ufoludkowi kiedy tylko schyliłby się nad kokpitem. Odpowiedź na te nieścisłości wydaje się prosta - mięcho w kosmicie zostało najpierw pocięta a następnie w nim upchane, co tłumaczyłoby czemu wydaje się latać w jego ciele luzem. Konsekwencją upchania w nim trzewi jest niewyważenie ciała - kiedy kosmita jest ruszany, widać że jest nieprawidłowo obciążony, przez co porusza się nienaturalnie. Jeśli kosmici widzieli ten film z orbity, nie mają co się spieszyć z kontaktem, widząc że nawet nie potrafimy dobrze udać iż mamy ich na widelcu - dosłownie i w przenośni.

Kilka fajnych rzeczy na ten temat to "Alien Autopsy. Show-and-Tell", strona "Alien Autopsy, Faked or Fiction?" i "Alien Autopsy Hoax".

12 lipca 2009

Glosolalia

"Gdybym mówił językami ludzi i aniołów..." mawiał jeden z największych świętych. 2 tysiące lat później, katechetka w mojej prowincjonalnej podstawówce, opowiadała jak jej koleżanka po bierzmowaniu zaczęła mówić nieznanym dla siebie językiem. Dla kogoś z takim antytalentem do niemieckiego jak ja, propozycja nie w kij dmuchał. Jedno machnięcie biskupiego palca i lata nauki z głowy - a raczej w głowie. Jak się okazuje, sam nie wiedziałem że taki dar już kiedyś posiadałem! Jako pólpiśmienne, analfabetyczne dziecko, rysowanym przez siebie postaciom doprawiałem chmurki z czymś, co wyglądało mniej więcej jak "uiuiui". Jeśli ktoś zapytał mnie co mówią moje rysunkowe postacie, rzecz jasna wchodziłem w zaparte że wszystko to rozumiem i jest to najprawdziwszy, wymyślony przeze mnie język. Kiedy nauczyłem się pisać i czytać, oczywiście porzuciłem ten zapis, jednak jak się okazuje, nie wszyscy wyrośli z etapu "uiuiui".

Glossolalia, a więc mówienie niewyuczonymi językami należy do palety wielu religii, od hinduizmu po szamanizm, jednak pałeczkę pierwszeństwa dzierżą tu bez wątpienia zielonoświątkowcy. Jeśli ktoś widział gdzieś rozhisteryzowanych wiernych, z uniesionymi rękoma krzyczącymi coś w stylu "szodera kabare szintewa!" zapewne byli to właśnie zielonoświątkowcy. Nie ma co bagatelizować tego widoku, "napisane jest bowiem w Prawie: Przez ludzi obcych języków i ust obcych będę przemawiał do tego ludu, ale i tak Mnie nie usłuchają - Tak więc dar języków jest znakiem nie dla wierzących, lecz dla pogan, (1 Kor 14, 21-22). Tłumacząc - glossolalia, podobnie jak stygmaty, ma być namacalnym dowodem, znakiem dla niewierzących, aby i oni mogli uwierzyć. Na szczęście, jest też chyba najlepiej przebadanym zjawiskiem paranormalnym na świecie, wliczając w to zapis aktywności mózgu, szalejących w boskim uniesieniu wiernych. Przebadano tysiące, dziesiątki tysięcy zapisów i nagrań pod wszystkimi szerokościami geograficznymi - nigdy nie zdarzyło się, aby ten euforyczny bełkot zawierał choćby ślady jakiegoś języka.

Skąd w ogóle wiadomo, że "uiuiui" i "dabalahtin namokaresa szibialahti" nie są nieznanymi, wymarłymi językami? Otóż o ile języki różnią się nazewnictwem kota, nieba czy pudełka, o tyle w każdym języku spotkać możemy praktykę nazywania zwierząt, rzeczowniki, czy głoski wybuchowe. Kwestie związane z językiem stanowią 30% wszystkich uniwersaliów Donalda Browna i jego następców - cech występujących w każdej ludzkiej społeczności znanej nam na Ziemi. Tak jak w każdej kulturze dostrzeżemy narzędzia służące do cięcia, tak i nie spotkano się z językiem który nie posiadałby odpowiednika naszego spójnika "i" lub onomatopei. Odlegle od siebie języki, z pozoru zupełnie różne, są w swoich strukturach często wręcz identyczne. Noam Chomski nazwał to universal grammar - funkcjonowanie i uczenie się wszystkich ludzkich języków, to jedynie odmiany pewnych wyższych, nieprzekraczalnych reguł. Dla przykładu, przyimek występuje, tak jak w angielskim, przed rzeczownikiem ("w domu)", albo tak jak w japońskim po rzeczowniku ("domu do"). Jak wyliczono istnieje 128 sposobów ułożenia tzw rdzeni i dopełnień, jednak w 95% z 6 tysięcy znanych nam języków, odbywa się to tak jak w języku angielskim (a także w Polskim), albo w lustrzanym odbiciu tego sposobu - w języku japońskim. Tak daleko idące podobieństwo wydawać się mogą większym cudem niż sama glosolalia. Jak wyjaśnia lingwista i neurolog Steven Pinker, wszystkie języki są w gruncie rzeczy takie same, ponieważ wszyscy ludzie posiadają tak samo zbudowany mózg, zaś język jest odbiciem jego ograniczeń i możliwości. Analizując słowa wyśpiewywane przez zielonoświątkowców, nawet bez ich zrozumienia potrafimy ocenić czy jest to język czy tylko bełkot. Ludzie przekonani o darze obcych języków jaki na nich spłyną, wykradają po prostu sylaby ze swojej ojczystej mowy, łącząc je w nonsensowny, lecz fajnie brzmiący sposób. Cytując największego badacza glosolalii, Williama Samarina "nigdy nie znaleziona jakiegokolwiek przesłanek, aby glosolalie uznać za coś choćby przypominające język. Jakkolwiek nie definiując jej pochodzenia, bez wątpienia nie zawiera ona żadnej treści i żadnego sensownego przekazu".

4 lipca 2009

Biblijna Astronomia

Płaskoziemcy i geocentryści to ponoć najniższa półka zagorzałych czytelników Biblii. Ci którzy śledzą blog Marka natknęli się pewnie na wpis "Ziemia jest płaska", a z zakamarków pamięci wygrzebałem jeszcze wpis Macieja na ten sam temat. Ja niestety przyznaje się do pewnej fascynacji i jakiegoś tam szacunku dla poglądów tych ludzi. Jeśli chodzi o zachodnich wyznawców tej szalonej teorii, praktycznie w całości bierze się z literalnego czytania Biblii. Jego nowożytny obraz zapoczątkowało na nowo odkrycie Biblii przez badaczy i krytyków w wieku XIX, a w konsekwencji nowe dane na temat przedstawionej w niej rzeczywistości. Masa ludzi na świecie uważająca Pismo Święte za swój autorytet, mimo to naśmiewa się z plaskoziemcow - czy słusznie? I tak i nie. Nasze dzisiejsza wiedza czynią starożytne przesądy o kopułach i dyskach rzeczywiście zabawnymi. Ten jednak najbardziej prymitywny kreacjonizm jest choć na tyle konsekwentny, że arbitralnie nie wykreśla niewygodnych dla siebie biblijnych wersetów. W przeciwieństwie do innych chrześcijan, plaskoziemcy swoją świętą księgę przyswajają z całym jej inwentarzem. Jeśli uważają Pismo Święte za słowa Boga, mogę jeszcze uszanować ich przedziwne poglądy i to, że stawiają je na przekór dostępnym im dowodom. Nie rozumiem natomiast ludzi, którzy widzą w Biblii objawioną prawdę, a pomijają w niej niewygodne dla siebie fragmenty. Albo akceptujemy, że Testament to słowa omylnych kapłanów a nie słowa jakiegoś wszechwiedzącego boga i w konsekwencji przymykami czasami oko - albo traktujmy Biblie tak rygorystycznie jakby rzeczywiście była niezwykła i na zawsze prawdziwa. Pośredni pogląd wydaje mi się fałszerstwem i oszukiwaniem samego siebie. Jak mocne są argumenty na płaski i geocentryczny świat w Piśmie Świętym ocenić możemy sami. Poniższy tekst to moje krótkie tłumaczenie obszernego artykułu Roberta Schadewalda "The Flat-Earth Bible" będącego wykładnią argumentów biblijnych płaskoziemców.
..........................

Z nielicznymi wyjątkami, większość badaczy Pisma Świętego zgadza się, iż Biblia opisuje nieruchomą w przestrzeni Ziemię. Istnieje około 100 fragmentów potwierdzających tą tezę, przy czym najbardziej znane pochodzą z Psalmów: Pan przywdział potęgę i nią się przepasał, tak utwierdził świat, że się nie zachwieje (Ps 93, 1); Mówcie wśród pogan: Pan jest królem, umocnił świat, by się nie poruszył (Ps 96, 10); Umocniłeś ziemię w jej podstawach, na wieki wieków się nie zachwieje (Ps 104, 5); a także Księgi Kronik: Umocnił On świat, by się nie poruszył (1 Krn 16, 30); i Księgi Izajasza: Stworzyciel nieba, On Bóg, który ukształtował i wykończył ziemię, który ją mocno osadził (Iz 45, 18). Teksty te były podstawą średniowiecznego geocentryzmu, rozpatrującego Ziemię jako nieruchomy punkt z krążącymi dookoła niej ciałami niebieskimi.

Z powyższych cytatów korzystają również plaskoziemcy, dla których geocentryzm stanowi jedynie preludium, teoria płaskiej Ziemi to w zasadzie geocentryzm z dalszymi ograniczeniami. W Piśmie Świętym nie znajdziemy wyłożonej w jednym miejscu biblijnej kosmologii, jednak z porozrzucanych w niej fragmentów możemy odtworzyć jakie wyobrażenie świata mieli jej autorzy. Zapewne oddziaływały na nich wyobrażenia Wszechświata ludów ościennych, Egipcjan na południowych zachodzie i Babilończyków na północnym wschodzie. Obie cywilizacje wyobrażały sobie Ziemię płaską. Na terenach Mezopotamii widziano ją jako dysk z kontynentami i otaczającym je oceanem. Na oceanie, być może również na filarach, spoczywało sklepienie niebieskie, mające być fizycznym przedmiotem, kopułą przykrywającą Ziemię. Egipskie wyobrażenie wszechświata różniło się między innymi tym, że w przeciwieństwie do babilońskiego świata, nie był okrągły a prostokątny. Czy również takie było wyobrażenie Ziemi wśród Izraelitów?

Historia stworzenia świata zawarta w Księdze Rodzajów dostarcza pierwszego klucza do zrozumienia starożytnej, hebrajskiej kosmologii. Co prawda trudno doszukać się w Genesis sensu z naukowej perspektywy, jednak stworzenie te jest doskonale logiczne z punktu widzenia płaskiej ziemi. Decydującym słowem w tym opisie jest "sklepienie niebieskie" które w Starym Testamencie pojawia się kilkukrotnie i w każdym przypadku jest tłumaczeniem hebrajskiego słowa raqiya pochodzącego od riqqua (wyklepać). W czasach starożytnych przedmioty z mosiądzu były albo wylewane w formach o docelowym kształcie, albo "wyklepywane", rozbijane na kowadle tak, że z niekształtnej bryły powstawała cienka blacha np. na misę. W Księdze Hioba czytamy: Potrafisz z Nim niebiosa rozciągać, twarde jak lustro z metalu? (Hi 37, 18), który dowodzi, że Izraelici rozpatrywali sklepienie niebieskie jak fizyczny przedmiot, ogromna kopułę która wyklepać mógł jedynie sam Bóg niczym wszechmocny kowal: To Ja uczyniłem ziemię i na niej stworzyłem człowieka, Ja własnoręcznie rozpiąłem niebo i rozkazuję wszystkim jego zastępom (Iz 45, 12); Moja to ręka założyła ziemię i moja prawica rozciągnęła niebo (Iz 48, 13).

Czy jednak wersy te nie dotyczą zwykłego złudzenia sklepienia, jakiego doświadczamy przecież wszyscy? Otóż nie. Słowa niebiosa i niebo mają swój pierwowzór w słowie shamayim (od shameh - wysoki). Ten, co mieszka nad kręgiem ziemi, której mieszkańcy są jak szarańcza, On rozciągnął niebiosa jak tkaninę i rozpiął je jak namiot mieszkalny (Iz 40, 22). Pod słowami "kręgiem ziemi" kryje się w oryginale słowo chuwg (dosłownie koło, otaczać), co znów sugeruje namacalną kopułę. U Hioba Bóg chodzi po sferach niebieskich (Hi 22, 14), są one zatem czymś po czym da się spacerować i na czym można usiąść. Obiekty widoczne na firmamencie, takie jak Słońce, Księżyc czy gwiazdy, wyobrażano sobie jako bardzo małe, tak że mieściły się wewnątrz niebiańskiej kopuły. Dla starożytnych były to żywe istoty.

Niebo jako kopula przykrywająca Ziemię wskazuje na jej płaski kształt, jednak w Piśmie Świętym znaleźć można fragmenty, które nie sposób wyjaśnić inaczej, niż przez płaskość naszej planety. W Księdze Daniela widzimy drzewo w środku ziemi, a jego wysokość ogromna. Drzewo wzrastało potężnie, wysokością swą nieba sięgało, widać je było aż po krańce ziemi (Dn 4, 7-8); zaś u Mateusza diabeł zabrał Jezusa na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata (Mt 4, 8). Opisy te nie mogły mieć miejsca gdyby Ziemia była okrągła. Prawdziwym skarbem dla zrozumienia hebrajskiej kosmologii jest uznawana w katolicyzmie za apokryf, Pierwsza Księga Henocha (zwana Księgą Henocha etiopską) powstała w II w. p.n.e. Nie należy ona do pism kanonicznych, dzięki czemu nie była poprawiana ani redagowana przez katolickich kopistów. Kompletną Księgę odnalazł w Etiopii Szkot James Bruce dopiero w roku 1773, od tej pory odnajdywano jej liczne rękopisy w etiopskich klasztorach, a nawet wśród tekstów z Qumran. Ziemia u Henocha jest oczywiście plaska. W jednym z fragmentów anioł Uriel zabiera Henocha na kraniec kopuły: stamtąd poszedłem na krańce ziemi i ujrzałem olbrzymie różniące się od siebie zwierzęta, jak również ptaki, które różniły się kształtem, wyglądem i głosem. Każdy z nich różnił się jeden od drugiego. Na wschód od tych zwierząt ujrzałem krańce ziemi, na których spoczywa niebo oraz otwarte bramy nieba. (1 Henoch 33, 1-2).