27 czerwca 2009

Chrystus i kosmici

Nie kiedy indziej jak wczoraj dowiedziałem się o nowym projekcie znanego ufologa Igora Witkowskiego, tym razem raczącego nas nie zdjęciami, a obrazami kosmitów. Okazuje się że UFO jest wszędzie, wystarczy tylko poszukać. Czasami przymrużyć przy tym oczy, wiele się nie zastanawiać - i voila - UFO na każdym obrazie. Oczywiście, UFO absolutnie wszędzie byłoby głupie, należy zatem wybrać takie obrazy które już przedstawiają jakieś dziwy. W końcu UFO nie leciało do nas 100 tysięcy lat tylko po to aby zawisnąć między bocianami Chełmońskiego. Co innego ukrzyżowanie Chrystusa - po to już warto wsiąść do spodka. Mniej więcej takie myślenie przyświeca ludziom łączącym pasje Chrystusa z latającymi spodkami. Nie wiem jakie obrazy w formie dowodów zamierza zaprezentować Witkowski, mamy natomiast na youtubie krótki film zapowiadający jego książkę "UFO i Chrystus". Materiały są, jak mówi autor, "nieznane" a ich zebranie zajęło mu "dużo czasu". Mi zajęło 2 sekundy - wszystkie pokazane na klipie obrazy mieszczą się w pierwszej 10-tce grafik jakie wyskakują w google po wpisaniu frazy "ufo christ"

Pierwszy obraz jaki widzimy w tle, a także jedyny który powtarza się dwa razy, to Madonna z dzieckiem i małym świętym Janem, autorstwa najprawdopodobniej Sebastiano Mainardi. W prawym górnym rogu widać świecący obiekt, na który spogląda pasterz wraz ze swoim psem. Obiekt przypomina gwiazdę, często towarzyszącą przedstawieniom Maryjnym, zwłaszcza w malarstwie Bizantyjskim. To na co spogląda pastuch nie jest oczywiście statkiem obcych. Jest to nawiązanie do Ewangelii Łukasza, na temat objawienia się pastuchom anioła zapowiadającego przyjście mesjasza. Na obrazie z rzekomym UFO nie ma jednak anioła, ponieważ inspiracją dla artysty była Protoewangelia Jakuba, opisująca nie aniołów a właśnie świecącą chmurę. Gest zasłonięcia oczu przez pasterza jest charakterystycznym elementem tego wydarzenia i odwołuje się do słów, iż światło była tak intensywne że oczy nie mogły znieść tego widoku.

Klikamy aby powiększyć

Drugi obraz na filmie Witkowskiego to absolutny klasyk. Jest to XIV wieczne malowidło z Kosowa, które widniało niegdyś w szablonie mojego bloga. Dla ufologów odkrył je Alexandar Paunovitch w 1964 roku, natomiast pierwsze pomysły wiążące widoczne na nim dwa obiekty z UFO to zasługa francuskiego czasopisma "Sputnik". Fresk przedstawiać ma dwa statki kosmiczne i ich pilotów czy coś w ten deseń. W rzeczywistości jest to niezwykle popularne w malarstwie wczesnego średniowiecza, antropomorficzny obraz Słońca i Księżyca. Wyobrażenie te sięga korzeniami starożytnej Grecji i Persji. W Rzymie bito nawet monety z wizerunkiem cesarzy w towarzystwie Słońca i Księżyca po bokach. W obrazach ukrzyżowania, Słońce przedstawiano jako mężczyznę, zaś Księżyc jako kobietę. Słońce przedstawiano po prawej stronie Jezusa, zaś księżyc po lewej. Można oczywiście tłumaczyć te nieporozumienia brakiem specjalistycznej wiedzy z zakresu historii sztuki, o który trudno winić pasjonatów latających spodków. Są jednak przykłady które bazują na zwykłym oszustwie, w którym nie tyle odsłania się prawdziwszy sens malowidła, a tuszuje jego rzeczywistą wymowę. Igor Witkowski zachwyca się obrazem "Chrzest Chrystusa", sugerując iż latający spodek wiruje nad jego głową oświetla go słupem światła.


Może być to latający spodek, jeśli tylko kosmici jako swojego emblematu używają gołębicy - obecnej prawie na każdym obrazie na temat chrztu Jezusa. Oczywiście zbliżenie na rzekomy statek byłoby tu nie na miejscu. Poza tym obraz ten pochodzi dopiero z XVIII wieku, więc nie może odwoływać się do naocznych świadków ukrzyżowania czy jakiś starożytnych źródeł o których nic nie wiemy. Kolejnym matactwem są "promienie lasera skierowane w głowę Matki Boskiej", jakie na obrazie "Zwiastowanie ze św. Emidiuszem" widzi Witkowski. Jednak gdy zrobimy zbliżenie odpowiednich miejsc, których dam głowę że w książce Witkowskiego nie zobaczymy, owe UFO okazuje się otwierającym się niebem pełnym aniołów, a owy laser to promyk po którym zlatująca z nieba gołębica - chyba że jest to super-gołębica z laserem w oczach.

14 czerwca 2009

Gwiezdne dziecko nie takie gwiezdne

Warszawa zbliżyła się wczoraj do od wieków tuszowanej tajemnicy, skrywanej przez naukę i podsycanej przez takich ludzi jak ja, prawdy o pochodzeniu człowieka. Do stolicy przybył, znany w świecie ufolog Lloyd Pye - agitator na rzecz czaszki gwiezdnego dziecka - efektu zakazanej miłości przystojnego kosmity z piękną ziemską kobietą. Mnóstwo tego na rożnych portal, ja polecam link do tvn-warszawa, z kilkuminutowym wywiadem z Pye'em.

Ludzie opętani wizją której inni nie podzielają, są w stanie wiele dać i połknąć każdy haczyk, aby zdobyć dla siebie akceptacje. Perfidnie wykorzystali to szczwani Meksykanie, podsuwając Pye'owi zdeformowaną czaszkę i rozpętując całą tą historie. Samo znalezienie czaszki ma swoją piękną, romantyczną i zapewne nieprawdziwą historie - czaszka była znaleziona przez mała dziewczynkę która ukrywała ją aż do chwili swojej śmierci, przekazując ją na koniec parze Amerykanów. Pye wydawał się dla nich odbiorca idealnym - poszukiwacz Yeti, zafascynowany Sitchinem kwestionującym naturalną ewolucje człowieka, Pye twierdzi że homo sapiens jest efektem eksperymentu genetycznego obcych - stąd czaszka bezpośrednio dowodząca tej tezy, byłaby dla niego prawdziwym graalem. Starchild skull odnaleziona ponoć już w latach 30-tych, zainteresowanie wzbudziła dopiero wiele lat później. Czaszka musiała poczekać na obraz obcego do którego mogłaby przypasować. Przedwojenne wyobrażenie istot pozaziemskich znacznie różniło się od dzisiejszych "szaraków", którzy swą popularność zawdzięczają książce "Wspólnota" Whitleia Strieberga. Jej specyficzne oczy musiały poczekać na inną modę co do wyglądu obcego. Pye wziął czaszkę w ciemno, ze względu na sam jej wygląd i do tej pory jego główne argumenty na jej kosmiczne pochodzą bierze z jej morfologii. Tymczasem w budowie czaszki nie ma niczego co odbiegałoby od znanych nam patologii. Większość tych deformacji tłumaczyłoby wodogłowie dziecka, jednak są co do tego spory - wśród antropologów nie ma natomiast sporów co do tego, że jest to czaszka człowieka. Na zlecenie Discovery oryginał czaszki badał profesor Bill Rodriguez z Forensic Anthropology Facility orzekając, "że nie ma w niej niczego pozaziemskiego, a anomalie które w niej widzimy nie są niczym niezwykłym dla czaszek człowieka".

Pye wie jednak swoje. Atakuje ekspertów ze swej amatorskiej pozycji, twierdząc nawet, że nie można było stwierdzić wieku zmarłej osoby po wyglądzie czaszki! Zęby wskazały na wiek 4-5 lat, a nie jak chciał Pye, widząc w niej dorosłego acz małego (jak to szarak) osobnika. Nasz gość używa innego, zaskakującego argumentu - otóż twierdzi, że badania DNA wykazały jej potencjalną pozaziemskość. Czaszka była aż 6-krotnie poddawana testom DNA zawsze z tym samym, niepochlebnym dla Pye wynikiem. Obecność chromosomu Y dowiodła, że dziecko było chłopcem z "ludzkim ojcem" - chyba że kosmici również posiadają chromosom Y, jeśli w ogóle posiadają DNA. Specjalistyczne badania ustaliły nawet pokrewieństwo zmarłego dziecka, jak można było słusznie zakładać, do pobliskich Indian. O co w takim razie chodzi Pye'owi z tym, że matką dziecka był kobietą, a ojcem pozaziemska istota? W czasie pierwszego badania DNA udało się wyseparować tylko DNA mitochondrialne, dziedziczone wyłącznie po matce, co jest czymś normalnym dla tak starych, blisko tysiącletnich próbek. Fiasko wyekstrahowania DNA nuklearnego, było dla Pye'a równoznaczne z dowiedzeniem jego pozaziemskości. Niestety inne badania dotarły także do DNA jądra komórkowego - jak podważył i te opinie? Otóż doszukał się we wstępie do raportu zdania, że czaszkę odnaleziono w jaskini, kiedy w rzeczywistości odnaleziono ją w kopalni. Ni z to z gruszki ni z pietruszki, było to dla niego tożsame z podważeniem chemicznej analizy DNA, które nie miała z tym przecież nic wspólnego. Nie wiem na jakie badania czeka Lloyd Pye, ale ewidentnie wpadł w sidła swojej własnej paranoi. Od niedawna twierdzi już, że materiał genetyczny obcego który jest udziałem czaszki gwiezdnego dziecka, jest niewykrywalny dla naszych przyrządów, Znów podważać będzie każdy nieprzychylny dla siebie wynik, w oczekiwaniu na coś niemożliwego, zdanie "tak, badania wykazały że ojcem był Marsjanin".

13 czerwca 2009

Klątwa dziesiątkuje Wawrowice

Dziś już bez kpin, w końcu poważny temat. Dzisiejszy Fakt donosi o nieciekawej sytuacji mieszkańców Wawrowic na Mazurach, gdzie "klątwa zabija wszystkich 33-latków". Śmierć jest o tyle uciążliwa, że wykasza mężczyzn w wieku rozpłodowym, co przy starzejących się mazurskich wsiach, jest dodatkowym problemem. Wieś jest naprawdę mroczna szczególnie, że jak pisze autor:

Gdy słońce chowa się za chmurami, świst wiatru złowrogo gra na sztachetach płotów...
Jako samozwańczy ekspert od zjawisk paranormalnych mogę jedynie potwierdzić, że taki wiatr zawsze znamionuje coś złego. Cała historia ma nie mniej mrożący krew w żyłach początek:

Wszystko zaczęło się pod koniec lat 80. Ciągnik, którym jechał Kazimierz Otręba (†33 l.), nagle podskoczył na wyboju i się wywrócił. To było dziwne, bo okolica jest równinną.
Co prawda nie do końca rozumiem co w tym wszystkim dziwnego, to że na równej okolicy natrafiły się wyboje, czy to że ciągnik wywrócił się na równej powierzchni (zapominając przy tym wcześniejsze zdanie, że wywrócił się na wyboju). Czymś dziwnym byłoby dopiero gdyby pagórek ścigał rolnika po polu, rzucając mu się pod koła (scena niczym "Oszukać przeznaczenie 5"), o tym jednak nic nam nie wiadomo. Na ogół kiedy dopatrujemy się zjawisk nadprzyrodzonych każda błahostka nabiera sensu, którego na co dzień nie posiada. Kiedy w wietrzny dzień okno zamyka się z hukiem, to po prostu się zamyka. Niech jednak dzień wcześniej opuści ten dom jeden z domowników - wtedy okno trzaska już "dziwnie". Suma sumarum rolnik został przygnieciony i zmarł. Nie inaczej miało się z paroma innymi chłopami z wioski, wszystkich łączył ten sam felerny wiek.

Najsłynniejsza klątwa sprowadzająca śmierć na grupę określonych ludzi, to oczywiście klątwa Tutanchamona. Wejściu do jego grobu przez Howada Cartera zapoczątkowało prawdziwą fale śmierci, która przelała się przez osoby (ale jak się zaraz okaże, nie tylko osoby) związane z tym wydarzeniem. Pierwszą ofiara klątwy okazał się kanarek Cartera zabity przez kobrę, kilka miesięcy później zmarł Lord Carnarvon, a następnie jego pies. Wtenczas przedwojenne "Fakty" zwietrzyły okazję do sensacji, głosząc treść straszliwej klątwy, którą w większości same wymyśliły. Przypadki śmierci w ekipie Cartera tłumaczono zabójczymi oparami które mogły znajdować się w grobowcu. Jest to bardzo mało prawdopodobne, pobierano już próbki powietrza z zamkniętych sarkofagów i pomimo odnalezienia w nich pewnych ilości amoniaku i siarkowodoru, nie były to stężenia groźne dla człowieka. Kto był zatem protoplastą mumii mszczącej się na odkrywcach? Otóż nikt. Nie ma żadnej statystycznej różnicy pomiędzy długością życia ludzi z otoczenia odkrywców Tutanchamona, a innymi ekipami archeologicznymi tamtych czasów. Carter zmarł w roku 1939 w wieku 64 lat, a główny winowajca, Douglas Derry który rozwinął mumie faraona z bandaży, aż 87.

Jeśli opisana sytuacja w Wawrowicach nie jest (a zapewne jest) wyssaną z palca fikcją, to właśnie ametetamtyczny umysł człowieka jest winnym całej sytuacji. Błędy w ocenie prawdopodobieństwa są jedną z najliczniejszych grup błędów poznawczych, błędów charakteryzujących poczynania każdego z nas. Pomijanie i zapominanie niepasujących do teorii faktów, naciąganie pozostałych i interpretowanie według pasującego wzorca, to absolutny standard naszego mózgu. Korelacje przypadkowych zdarzeń, dopatrywanie się zależności tam gdzie ich nie ma i składanie w logiczna całości nie dających się połączyć elementów - oto najbardziej prawdopodobne rozwiązanie każdej klątwy. Ewentualnie racje leży po stronie redakcji Faktu:

Chrystus umarł, jak miał 33 lata, to to coś znaczy... Ta wieś powoli umrze...

11 czerwca 2009

Top sceptycznego umysłu

Wiele osób którym na sercu racjonalność tego świata, w jakimś tam stopniu utożsamia się ze znanymi postaciami tej sprawy. Na polskich ateistycznych forach dominują avatary z Richardem Dawkinsem, lub do obrzydzenia eksploatowana sentencja Douglasa Adamsa na temat wróżek w ogrodzie. Mam wątpliwości czy przeciętny zjadacz chleba potrafiłby skojarzyć twarz Dawkinsa. W zbiorowej świadomości, owy archetyp sceptyka jest zupełnie inny. Człowiek z zewnątrz widzi okołosceptyczny ruch jako zbiorowisko ludzi w okularach i białych fartuchach, bo tak kultura popularna przedstawia dziś "niedowiarków". Ateista to natomiast człowiek do szpiku zły, nie ma dla niego przykazania "nie zabijaj" więc jest potencjalnie niebezpieczny. Trochę dla zabawy, oto moja skromna lista ulubionych sceptyków, znanych nie nie tylko garstce ludzi biegłych w temacie, ale i przeciętnemu Kowalskiemu.

5. Odstraszający wygląd o którym wspominał reprezentuje pierwsza bohaterka tej krótkiej listy Velma. Fikcyjna postać z konkurującego w ilości odcinków z "Moda na sukces" serialu animowanego "Scooby Doo". Pozbawiona histerycznych emocji charakteryzujących jej przyjaciół, z góry zakładająca racjonalne wyjaśnienie, być może piąte koło u wozu dla chcących zostać sami , Freda i Daphne. Jako że samochód psiej ekipy przemierza drogi Stanów Zjednoczonych, jak ognia unika się w fabule paraleli religijnych, stawiając na historie o duchach i potworach. W swej pracy Velma przypomina sceptyków z początków XX wieku takich jak Harry Price, kiedy walka z naiwną wiara w kryjące się pod prześcieradłem duchy, należała do głównych zajęć wątpiących z natury.

4. John Proctor, to jak najbardziej prawdziwa postać, przeniesiona z mroków XVII wieku, na sceny teatrów, książek i filmów. Proctor był główną postacią afery sądowej "Czarownice z Salem", kiedy grupa nastolatek sterroryzowała protestancie miasteczko, pod pozorem opętania skazując na śmierć niewinnych ludzi. Proctorma zadenuncjowała jedna z nieszczęśliwie zakochanych w nim dziewcząt, co skończyło się powieszeniem go 19 sierpnia 1692. Dla wszystkich którzy nie mogli zasnąć po filmie "Egzorcysta" polecam przejmujący film Nicholasa Hytnera, gdzie grany przez Daniela Lewisa Proctor, widząc ciemną stronę wiary, staje w rzece niczym Jezus, wykrzykuje "Bóg nie istnieje". O wiele straszniejsza strona opętań niż słynny horror z lat 70-tych, straszniejsza bo prawdziwa. John Proctor i inni wtenczas skazani doczekał się rehabilitacji i uznania niewinnym, w specjalnym rozporządzeniu sądu Massachusetts jesienią roku 2001.


3. Lisa Simpsons, najbystrzejsza z rodziny Simpsonów, bohaterka kontrowersyjnego serialu nadawanego przez telewizje FOX. Sceptycyzm Lisy jest czymś więcej niż nie uleganiem iluzji jaka czyha na nas na co dzień (w wielu scenach które widziałem, trzymała w rękach magazyn Junior Skeptic). Lisa częstokroć nie tylko przedstawia zagadnienia z punktu widzenia współczesnej nauki, ale próbuje wcielać je w życie na gruncie moralnym. Jest wegetarianką i buddystką. W swojej fascynacji buddyzmem przypomina tu czołową postać dzisiejszego ateizmu, Sama Harrisa. Laicki buddyzm istnieje w zmodyfikowanej wersji zen, jednak jest tylko pozornie mniej religijny od swoich typowo religijnych konkurentów. Wracając jednak do tematu - miejsce 3 za dziesięć lat i wielkie perspektywy.

2. Bezbłędnie najseksowniejsza twarz tej strony, Dana Scully, koleżanka słynnego Foxa Muldera. W Archiwum X tworzyli arcysceptyczno-arcynaiwną parę agentów - jak głosi plotka pierwotnie mieli mieć racje z tą samą częstotliwością, jednak szybko zniechęciło to widzów, stąd to paranormalne wyjaśnienie Foxa okazało się zawsze słuszne. Jedynym wyjątkiem są tu zagadnienia natury chrześcijańskiej, co do których sceptyczny Mulder przegrywał z wierzącą w nie Scully. Gdyby nie jej przejścia z porwaniem przez UFO w dalszych sezonach, za jej zimne antyparonrmalne podejścia należałby się jej numer 1. Jeśli Dawkinsowy avatar uznałem za popularny, to absolutnie najpopularniejszą obrazkową wizytówką "poszukiwaczy prawdy" na świecie, jest logotyp "I Want to Believe" - chyba, że przebija go jakiś chiński o którym nie wiem.


1. Trochę z przekory - brat William z Baskerville, główny bohater powieści "Imię róży" autorstwa Umberto Eco. Osoba duchowna jako sceptyk to prawdziwy rodzynek, zatem nie wypadało jej tu nie wyróżnić. "Osoba duchowa" może troszeczkę na wyrost, gdyż rożne wypowiedzi Williama sieją w nas zwątpienie czy w ogóle wierzy on w Boga. Konkurencją dla niego był ksiądz z filmu "Eryk wiking" którego niewiara w istnienie nordyckich bogów uodparnia go na ich moc i ratuje całą ekipę Eryka. Wieść niesie że William z Baskerville to alter ego samego Umberta Eco, zapomnianego, niegdyś znanego Włoskiego sceptyka. Ostatni raz w tej roli widziałem go w filmie dokumentalnym o "Kodzie Leonardo da Vinci" gdzie chwalił się swoją "biblioteką fałszywych idei" - tysiącami książek odpisujących rzeczy które nie istnieją. Interesująca jest sama historia powstania Brata Williama - Eco zebrał wszystkie znane sobie powieści które odniosły sukces, następnie sporządził listę powtarzających się w nich elementów i z nich ułożył fabułę książki - jak widać z sukcesem.

3 czerwca 2009

Mediumiczne sztuczki

Myślę że nie ma osoby zainteresowanej sceptycyzmem która nie wiedziałaby czym jest cold reading. Pokrótce, jest przede wszystkim szermierką słowną mającą na celu wyciągnięcie od ludzi informacji, a następnie zwrócenie ich w lekko zmodyfikowanej formie. Na tej prostej zasadzie opiera się znaczna cześć psychotroniki, wróżb w cyrkowych namiotach, a przede wszystkim zawodowej pracy medium. Sporo jest informacji na ten temat w sieci więc nie ma sensu się zbytnio rozwodzić. Z łatwością znajdziemy artykuły o ogólnych zasadach cold reading, zatem moją ambicją jest pokazanie czegoś czego nie znalazłem (być może słabo szukałem) - praktycznej analizy zimnego odczyty. Na zalinkowanym filmie zobaczymy swego rodzaju seans spirytystycznym, a w nim cold reading w najlepszym wydaniu. Owym medium jest znany sceptyk Darren Brown, pokazujący jak przekonywająco można markować rozmowę z obecnym na sali duchem. O ile w filmie wyraźnie podkreśla się ową iluzje, nie usłyszymy na czym one polega. Jako że jestem świeżo po ostatnim rozdziale książki Browna "Ticks of the mind", jeśli cokolwiek z niej zrozumiałem, powinienem poradzić sobie z rozszyfrowaniem jej autora. Wpierw jednak krótki seans (z napisami pl - jeszcze raz link). Na początek polecam samemu spróbować zdemaskować sztuczki.

Owy poradnik "pisany przez jawnych hochsztaplerów" o których wspomina Brown to zapewne dzieło "Pages from a Medium's Notebook", bez zażenowania uczący przyszłych spirytystów stosowania zimnego odczytu. Jest to niezmiernie istotne - nie jest to żadna gnostyczna wiedza, dokładnie tak wygląda praca profesjonalnego medium. Brown zaczyna od rzucenia w stronę sali dość konkretnej informacji, iż przemawiająca przez niego osoba zmarła w swoje urodziny lub rocznice. Tym właśnie rożni się sztuka cold reading'u od horoskopu pisanego przez studenta praktykanta w gazecie - że wbrew temu co pisze polska wikipedia, jak ognia unika się tu ogólnikowych sformułowań. Całą tajemnicą zimnego odczytu jest obranie tych ogólników w bardzo konkretną wiedzę. Brown pozwala sobie na tak ostry początek z paru względów: 1) nie zwraca się do konkretnej osoby lecz do ogółu, zwielokrotniając prawdopodobieństwo znalezienia osoby zmarłej przy tak osobliwej dacie 2) w żaden sposób nie precyzuje kim jest ta osoba, ojcem, kolegą, a może znanym nazwiskiem z telewizji 3) używa sformułowania "lub rocznice" - rocznice czego, ślubu, oświadczyn, pierwszego pocałunku, rocznice wybuchu II Wojny Światowej? Gdyby zwracał się do pojedynczej osoby zapewne nie obwarzyłby się na taką informacje, jednak w tak wielkim gronie prawie na pewno znajdzie się osoba o takiej historii. Dla niej dla takie trafienie wyda się oczywiście czymś nieprawdopodobnym.

Brown spogląda na kobietę i dostosowuje "jej zmarłego" do jej wieku. Gdyby ofiarą był nastolatek, statystycznie na zmarłego typowano by babcie lub dziadka. Medium rzutem oka sprawdza czy pani ma obrączkę, z dumą stwierdzając "był to mężczyzna z którym byłaś blisko". "Blisko", nie mówi że był jej partnerem, blisko może oznaczać także brata ale i przyjaciela. Charakterystyka zmarłego, iż miał wiele sekretów jest pustosłowiem, zwanym zabiegiem barnuma - o każdym można tak powiedzieć. Są to przygotowane wcześniej zdania, wykorzystywane niezależnie od okazji, słowa wytrychy. Tym bardziej, że określa zmarłego jako nieotwartego, a jednocześnie pogodnego, ukrywając przeciwstawne cechy, w wypadku których coś zawsze będzie prawdziwe (z ang rainbow ruse - tęczowy fortel). Mówiąc to wszystko ,Brown bacznie obserwuje kobietę i jej reakcje. W czasie recytacji kolejnych cech, potakiwanie kobiety rozwija i dopełnia opisywaną wątek, zaś brak aprobaty wnet wyczerpuje opis.

Osobną sztuką jest poznanie imienia zmarłego. Absolutnie genialnym zabiegiem Derrena jest "Mówi imię, które chyba nie jest jego". Jeśli trafi, a podane imię należeć będzie do zmarłego, wszyscy zapomną o przedrostku, iż miało być "chyba nie jego". Jeśli nie trafi, będzie mógł przypomnieć, jak zresztą zrobi "tak, tak, mówiłem że to nie on". Podając imiona Brown stosuje technikę shotgunning'u, wyrzuca pewną ilość imion w nadziei że którymś trafi. Nie są bynajmniej przypadkowe: 1) podaje najpopularniejsze imiona, dające największą szanse 2) łączy je w pary o podobnym brzmieniu np Tom i Thomas, co w domyśle sugeruje inne niewypowiedziane odmiany, np Tori czy Tobias 3) wszystkie para w znaczny sposób różnią się od siebie, jeden bazuje na przedrostku "Cha" drugi na "To", ich ewentualne podobieństwo zawęziłoby potencjalną liczbę odmian. Pomimo zdawkowych wskazań Browna, ostatecznie mamy całkiem spory przekrój imion, które w razie czego będą trafieniem medium.

Medium pyta znajomej zmarłego czy ma dziwnego zwierzaka. Nie słysząc twierdzącej odpowiedzi, zmienia je na pytanie "czy masz zwierzaka". Tzw "płynny zwrot" to klasyczny przykład wyjścia z tej niezręcznej sytuacji. Dziwnego zwierzaka można rzekomo doprecyzować jako zwierzaka, a gdyby i to nie pomogło w zanadrzu mamy "statuetkę dziwnego zwierzaka", "a może ten zwierzak jest na jakimś obrazku w twoim domu" i tak dalej. Jak widać na koniec wywiadu, wypytywanie o zwierzęta zostało policzone medium jako sukces, mimo iż w istocie było wpadką. A gdyby okazało się, że nie znajdziemy skojarzenia ze zwierzętami na żadnej płaszczyźnie? No cóż, jak mówi Brown, powtarza tylko myśli przybyłego ducha, nie musi wiedzieć o co w nich chodzi. "Szczegółowe domniemania" to ostatnie koło ratunkowe dla takich showman'ów - sugestia, iż wizje mogą dotyczyć zarówno przyszłości jak i przeszłości - i nawet jeśli się nie sprawdzą tu i teraz, ich sens odnajdziemy w przyszłości (co zapewne nie będzie specjalnie trudne).

Nawet kiedy spoglądamy na listę prostych sztuczek jakimi posłużył się Brytyjski magik, wciąż wydają się nam czymś niewystarczającym dla osiągnięcia tych spektakularnych efektów. I nie są! Na ekranach monitorów oglądamy wyłącznie "trafienia", większość scen poza kadrem to "pudła" - jak pisze sam Brown, dobre medium w 2-godzinnym spektaklu notuje zaledwie 20 pozytywnych trafień. Szczytowym matactwem jest jednak nie cold, a hot reading - umieszczanie wśród publiczności podstawionych osób. One same często nie wiedzą iż zagrają w tej obrzydliwej grze, są zapraszane przez asystentów psychotroników za pośrednictwem lokalnych gazet w związku z przybyłymi przez nie tragediami. Medium recytuje wtenczas całą tragedie zrelacjonowaną z artykułu, oświadczając iż czuje bliską duchowi osobę na sali - przy zażenowaniu zainteresowanego i zachwycie reszty zgromadzonych.