26 maja 2009

Filipińska moc

Historia kantowania prostego ludu ma długą tradycje pod każdą szerokością geograficzną. Konsultant naukowy ekspedycji Beringa Stiepan Kraszczennikow, nie mógł nadziwić się skali prymitywizmu sztuczek Kamczackich szamanów. Mieli oni przebijać się nożem, nie pozostawiając przy tym żadnych śladów na swoim ciele. Jak pisał, "sztuczki były wykonywane tak nieporadnie, że każdy komu oczy nie zaćmił jeszcze zabobon, mógł z łatwością przejrzeć je na wylot. Trudno było powstrzymać się od śmiechu na widok takiego prostactwa, czegoś czego wstydziłby się najmarniejszy kuglarz". Cytat za "Obserwatorzy nieba, szamani i królowie, Edwina Kruppa":

Widać było, jak wsuwają nóż pod futro, a potem wyciskają krew z pęcherza, który trzymają na piersiach. Po tym wszystkim, szaman chciał nas jeszcze bardziej zadziwić, ukazując zakrwawiony brzuch i udając, że zasklepił ranę, której sobie nie zadał.

Kraszczennikow tłumaczył te marne show, osobliwym audytorium składającym się z prostych myśliwych. Źródła tej naiwności miały kryć się w braku edukacji tubylców z Syberii, tymczasem łudząco podobne sztuczki kierowane są nie tylko w stronę pijących mocz reniferów leśnych autochtonów, lecz również naszego, ponoć cywilizowanego społeczeństwa. Cięcie i przebijanie się jest na tyle atrakcyjnym widowiskiem, iż serwuje się je w wielu odmianach. Mistycy sufi dziurawią się na potęgę przy braku większej ilości krwi. Tu patent wygląda oczywiście inaczej. Ten cud nie jest żadnym cudem. Derwisze przebijają tylko określone miejsca i to w określony sposób, tak że suma summarum nie ma w tym nic niezwykłego. Wielu z nas, przy odrobinie treningu i zaciśniętych zębach, dokonałoby podobnego wyczynu. Tytułowa filipińska moc, czy jak kto woli psychic surgery - jak nieskromnie nazywają swoje kuglarstwa egzotyczni uzdrawiacze - także polega na "kaleczeniu", jednak tym razem na "kaleczeniu" pacjenta. Przez słowo "kaleczenie" rozumiem, wykręcanie swoich rąk w skórę chorego, jakoby zagłębiały się w jego ciało, polewanie to wszystko zwierzęcą krwią, a następnie pokazanie cudownie zaleczonej rany której nigdy nie było - szczyt operacji małoinwazyjnych! Wielu znanych magików demaskowało owe operacje, z Milbournem, Tellerem i Randim na czele. Poniżej próbka filipińskiej medycyny w wykonaniu Criss'a Angela, z wyraźną adnotacjami skierowaną przeciwko oszustom.



Sztuczka ta wydaje się tak przekonywująca, iż nie jedna osoba połknęła bakcyla tej rzekomej magii. Operacją taką przeprowadzono przy pełnej widowni w studiu australijskiej telewizji. Publiczność była zszokowana, jak doktor Barney Daniels usunął nie do końca zidentyfikowany fragment ciała pacjenta, wpychając w jego ciała swoje łapska, nie zostawiając przy tym śladu jakiegokolwiek przecięcia skóry. Po wszystkich oh-ach i ah-ach jakie spłynęły na doktora, ujawnił się jako iluzjonista i sceptyk Danny Varney. W Polsce do głowy nikomu nie przyjdzie, aby zrobić podobny spektakl i w naszej telewizji, tym bardziej że popularnych "Filipińczycy" jest u nas zaskakująco dużo. Do pójścia do Filipińczyka namawiała mają biologiczną matkę, matkę autora bloga który walczy z tym jak może(!), jej koleżanka, zaś pacjentem takiego uzdrowiciela (wstyd się przyznać, ale cóż, rodziny się nie wybiera) był mój wujek. Argumentem wujka w dyskusji ze mną, było "wyciągnął coś ze mnie, ponieważ słyszałem jak wrzucił to do metalowego garnka" - jak widać niektórym niewiele trzeba.

To, iż przechodząca przez nasz kraj fala uzdrowicieli, rekrutuje się właśnie z tamtych terenów, nie jest przypadkiem Ojczyzny "chirurgii czwartego wymiaru" jak kretyńsko nazwał ją Ormond McGill pod koniec lat 50-tych, Filipiny i Brazylia mają w Polsce konotacje magicznych i dzikich terenów, podobnie jak ma się to z Karpatami w USA. Odstawiający takie szopki Hiszpan nie byłby tak przekonywujący jak Filipińczyk, "Filipiny, gdzie to w ogóle jest, pewnie tam gdzie voodoo". Choć psychic surgery liczy sobie ponad 70 lat, do nas przybyła stąd skąd większość głupot, ze Stanów Zjednoczonych. Tam nauczał i leczył (czyli kantował w żywe oczy), największy guru filipińskich mocy uzdrawiania Tony Agpaoa, twórca niezliczonych szkół, ostatecznie aresztowany za swe oszustwa. Skala chirurgi czwartego wymiaru urosła w USA do rozmiarów, w których swoją opinie o tych zabiegach wydać musiała największa amerykańska instytucja ochrony konsumentów, nazywając psychic surgery "czystym kuglarstwem". Niezłą reklamą dla filipińskich naciągaczy były zabiegi którym poddał się Andy Kaufman. Po serii "operacji", zapewniany przez uzdrawiaczy Kaufaman ogłosił powrót do zdrowia i całkowite usunięcie nowotworu... następnie parę miesięcy później zmarł. Mimo że mamy do czynienia z absolutnym oszustwem chorych i potrzebujących, a przez to i naiwnych ludzi, nasza ojczysta litera prawa nie kiwnęła nawet palcem aby przepędzić tych ludzi. Następnym etapem, jako że zapotrzebowanie sprzyja rozszerzeniu usługi, zdaje się psychic dentistry - tym razem wkłada się świństwa wprost do gęby pacjentów, następnie wyciąga je, jakoby z bólem zębów Szczerze mówiąc nie słyszałem jeszcze o takich praktykach w naszym kraju, ale wynalazłem opisy tego czegoś na zachodnich stronach, zatem czekamy z niecierpliwością.

16 maja 2009

Malowana lala

Nie wiem czy to widać, ale staram się jak mogę poruszać dotychczas raczej nie zgłębiane tematy, przynajmniej w polskim internecie. Czasami wyprzedzają mnie inni koledzy sceptycy, innym razem nawet nie zabieram się za tematy o których wiem, że inni są w stanie zaprezentować je lepiej. Dziś parę słów o Matce Bożej z Guadalupe, właśnie dlatego, że nie łatwo znaleźć jest coś co rzucałoby trochę światła na ten rzekomy cud. Sprawa nie jest bynajmniej trywialna, w końcu mówimy o największym katolickim sanktuarium, ustępującym w licznie wiernych jedynie Watykanowi. Bez trudy wynajdziemy wszelkie informacje o dziwach związanych z obrazem Meksykańskiej Maryi i niczego co by je podważało. Począwszy od Wojtka Cejrowskiego po "Nie do wiary" kończąc, od lat nabija się nam głowy głupotami o tym obrazie, skąpiąc choćby jednego słowa zdrowego krytycyzmu. Czy rzeczywiście na obrazie wiszącym w Guadalupe "nie znaleziono żadnych farb, żadnych barwników, ani pozostałości szkicu (nasza-arka.pl)" a "wielu sceptyków i racjonalistów w konfrontacji z faktami, które odkryli, badając święty obraz, odrzuciło swój sceptycyzm i nie wiarę, klękając przed tajemnicą niewidzialnego Boga (opoka.org.pl)"?

Matka Boża z Guadalupe jest XVI wiecznym obrazem, który został przez nią zesłany za pośrednictwem Juan Diego. Jak głosi legenda, prosty chłop Juan Diego Cuauhtlatoatzin miał dostarczyć go w postaci worka kwiatów, aby owe kwiaty same w nadnaturalny sposób utworzyły na tkaninie wizerunek Maryi. Z racji tego iż autorką obrazu jest Matka Boska, żadne katolickie oczy nie potrafią dostrzec w nim zwykłego malowidła. Tęgie umysły patrzą i patrzą i nic, nie wiadomo jak powstał, wszystko co z nim związane jest niezwykłe, tylko boska siła stworzyć mogła takie dzieło. Wiem, iż poczucie czy coś jest narysowane jest subiektywne, twierdzę jednak że średnio inteligentne dziecko przy odrobienie chęci dostrzeże, że Guadalupe to najzwyklejszy obraz. Spójrzmy jedynie na górę obrazu. Ponadczasowa Matka Boska namalowała się w konwencji typowej dla okresu i zawiera w sobie rysy XVI wiecznego Meksyku. Postać jest w rzeczywistości zbiorem atrybutów chrześcijańskich i azteckich (bogini matki Tonantzin) namalowanym w typowej kolorystyce (zieleń, błękit) Niepokalanej. Matka Boska albo nie ma talentu do rysowania, albo nie była tak piękna jak o niej mówią, ponieważ jej twarz nie znajduje się na środku głowy (A), lecz jest dość mocna przesunięta w prawo. U góry (B) widać zamalowaną koronę, zaś oczy zawierają ordynarnie namalowane kontury (znane na malowidłach, nieznane w naturze) (C). Na lewym policzku Marii widać ewidentnie grubszą warstwę farby tworzącą cień (D). Ciekawym argumentem, iż jest to najzwyklejsze i to nie najlepsze malowidło, są złote pasy biegnące po ubraniu Matki Bożej z Guadalupe (E). Perspektywa czy jakiekolwiek zagięcia zdają się nie dotyczyć biegnących od głowy do stóp ozdobnych pasów, w konsekwencji wyglądają tak jak wyglądać nie mogą - otóż na całej wysokości mają tą samą szerokość. Cała zaś Najświętsza Panienka pokryte jest gwiazdami (F) i trzeba złej woli, aby nie dostrzec dziecinnej konwencji w której zostały namalowane. Takich demaskujących niedociągnięć jest na obrazie wiele, polecam zapoznać się z analizą całości postaci w książce "The mystery chronicles" (rozdział: Image of Guadalupe, Myth-perception). Wyniki badań upublicznione 2002 roku przez konserwatora obrazu Jose Rosalesa potwierdziły tylko, iż to nie różami wyręczyła się Maria, lecz niestety musiała zakasać rękawy i wziąć pędzel do ręki. Cały materiał zagruntowany jest siarczanem wapnia i zostało namalowane z użyciem materiałów i metod popularnych w XVI wieku. Zdjęcia w podczerwieni ujawniły również szkic obrazu, wykonany sadzą. Stąd też wiemy, że dłonie Matki Bożej z Guadalupe zostały przy malowaniu zmodyfikowane w stosunku do pierwotnych założeń. Odkrycia te nie dla wszystkich byłyby zaskoczeniem. Na namalowanie ludzką ręką wskazywano już w czasie pierwszych szczegółowych oględzin obrazu w 1556 roku, wymieniając nawet potencjalnego autora, indiańskiego malarza Marcos'a Cipaca.

Jeśli istnieją zatem tak przekonujące dowody przeciwko niebiańskiemu pochodzeniu obrazu, dlaczego skądinąd wykształceni ludzie trwają przy jego cudowności podnosząc coraz nowsze i dziwniejsze argumenty (zaczynając od tego że jest niezniszczalny, po odpychanie przez niego komary). Wszystko tłumaczy jeszcze jeden dowód na jego nadnaturalność. W latach 20-tych XX wieku w źrenicach Madonny z Guadalupe dostrzeżona postacie. Jak widać po lewej, nawet w plamowym teście rorschacha widać rzeczy wyraźniej. Przypomnę tylko że ludzki mózg jest w posiadaniu specjalnego obszar zwącego się "fusiform face area" zadaniem którego jest wyszukiwanie i rozpoznawanie ludzkich twarzy. Bez wątpienia ludzki mózg posiadać musi takie moduły, gdyż wyłonienie twarzy z niewyraźnego tła nie raz w naszej historii stanowiło kwestie życia lub śmierci. Mały psikus w postaci dostrzegania ludzkich zarysów w liściach, korze drzewa i chmurach jest małą ceną w porównaniu z dostrzeżeniem poszukiwanego przez nas dziecka czy zobaczenia w porę przeciwnika. Jednak poważny naukowiec nie może pozwolić sobie na takie błądzenia, a w przypadku Guadalupe sprawa wygląda wręcz kuriozalnie. Z załączonego obrazka "eksperci" nie tylko wychwycili 5 ludzkich sylwetek, potrafią nawet odróżnić ich płeć, podać kolor skóry, a nawet wskazać te postacie z imienia i nazwiska? I to wszystko z plam u góry! Nasza pragnienia i oczekiwania nie mogą nas zaślepiać, pomimo wiary jaką pokładamy, nie możemy oddać się we władanie manipulacji i domysłów. Jeśli w najzwyklejszych plamach widzimy rozmyślnie utrwalone obrazy, znaczy się przekroczyliśmy granice racjonalnej oceny zjawiska które badamy.

Legenda o Juan Diego, przesycona motywami ze Starego i Nowego Testamentu, jest w rzeczywistości inną wersją wcześniejszej hiszpańskiej legendy o pastuchu i cudownym posągu Matki Bożej. Z historycznego punktu widzenia wątpliwe jest aby Juan Diego kiedykolwiek istniał. Wątpią w niego nie tyle zatwardziali ateiści, ale i miejscowe kościelne władze i to już od wieków! Pierwsze opowieści o Juan Diego pojawiają się dopiero sto lat po wydarzeniach w których brał udział, a cała historia wygląda na tyle naiwnie, że w XIX wieku, zarówno wśród Meksykańskich historyków jak i biskupów był on postacią czysto mitologiczną. Pod presją wiernych coraz potężniejszych kościołów Ameryki Środkowej, w 1999 roku ta wpół mityczna postać została podniesiona do rangi błogosławionych, aby w 2002 zostać pełnoprawnym świętym. Burze wywołał wówczas sam opat bazyliki w Guadalupe Guillermo Schulenburg, oświadczając iż Juan Diego jest tylko symbolem i nie wierzy aby mógł kiedykolwiek istnieć. Tym samym, jak wciąż się podkreśla, niezwykle ostry i krytyczny proces kanonizacji, znów (patrz św Jerzy od smoka) dopuścił do grona świętych najpewniej nieistniejącą nigdy postać.

10 maja 2009

Co czeka nas 18 września?


Nie wiem jak innym, ale mi wciąż nie znudziły się przepowiednie końca świata. Tym razem, pod lupę wezmę przypadkiem znalezione proroctwo, pochodzące ze strony "nie tylko kontrowersje", węszące zejście na Ziemię antychrysta. Temat tak poważny jak niebezpieczny jest antychryst, szczególnie jeśli ktoś w niego wierzy. Grunt wiary w proroctwo oparty jest na Biblii i snach, czyli dla sceptyków nie najbardziej wiarygodnych filarach, niemniej łatwo rozłożyć jest tą przepowiednie na czynniki pierwsze i pokazać pewne uniwersalne cechy podobnych proroctw. Wybrane fragmenty, ale przydałoby się przeczytać całość (pod likiem u góry):

Mój znajomy, chrześcijanin i brat w Chrystusie, miał sen z 21 na 22.listopada 2008r., w którym słyszał głos, że "za 300 dni" coś ważnego ma się wydarzyć. W międzyczasie podobne sny miały inne osoby z jego otoczenia. Między innymi 11-letnia dziewczynka. Wszystkie sny skrupulatnie odnotowywano i analizowano je. Ostatni sen z tego cyklu miał miejsce w pierwszej połowie grudnia 2008r. Wniosek, jaki płynie z tych wszystkich snów, jest taki, że o tym czasie miałby ukazać się antychryst...

Co do tej daty to powiem jeszcze tyle, że nie chodzi o jakąś konkretną datę, ale raczej o cykl wydarzeń, które zapoczątkuje najprawdopodobniej ten dzień 18.września 2009r. (...)

Po wyliczeniach otrzymano datę 18.września 2009r. Data jak każda inna. Nic nie mówiąca. Ale gdy zajrzymy do kalendarza luni-solarnego, jakim Bóg chce, by Jego lud się posługiwał, to zobaczymy, że tego dnia ma miejsce nów. Astronomiczny nów Księżyca. Otóż w symbolice biblijnej Księżyc jest nazwany Wiernym Świadkiem, a tak samo określony jest Jezus w Apokalipsie. Jezus, jak wiemy, ukazał nam charakter Ojca. Obrazowo to wygląda tak, że Księżyc (Jezus) odbijał na swojej powierzchni charakter Słońca (Swojego Ojca). Zatem symbolem antychrysta jest nów astronomiczny. (...)

Chciałbym wam jeszcze o jednej rzeczy napisać. Mój znajomy nie miał żadnego pojęcia o praktycznym wykorzystaniu kalendarza luni-solarnego (księżycowo-słonecznego). Zatem o jakiejś manipulacji tu nie może być mowy.

Podsumowując, mamy do czynienia z czterema niezaprzeczalnymi faktami:
1/ datą, jaka pojawia się po wyliczeniu "za trzysta dni" jest data 18.września 2009r. i jest to nów astronomiczny
2/ w tym też okresie ma miejsce bardzo ważne święto w judaizmie: Rosz HaSzana i nów siódmego miesiąca (dzień trąbienia)
3/ w tym też okresie ma miejsce bardzo ważne święto dla muzułmanów kończących szczególny okres liturgiczny - koniec Ramadanu
4/ w tym okresie ma miejsce święto dla wyznawców hinduizmu (Nawratri)

Mój komentarz do tego snu jest taki: pożyjemy - zobaczymy.
Dostrzegam tu pewne schizofreniczne podejście do całej sprawy. Z jednej strony zdystansowanie się i nutka sceptycyzmu, z drugiej, stworzenie krótkiego filmu na youtubie i dzielenie się tym publicznie. Rozjechanie te jest jedna z immanentnych cech prorokowanie. Po jednej stronie stawiamy, jak pisze autor, "niezaprzeczalne fakty" (określenie fakty było za słabe, te fakty są niezaprzeczalne), po przeciwnej dosypując zapobiegawcze sformowania, gdyby jednak proroctwo okazało się niewypałem. Co by się nie stało trafiamy. Zauważmy, że analizujemy jedną konkretną datę - 18 września, mimo to autor przypomina nam, iż "nie chodzi o jakąś konkretną datę". Każda wróżka z namiotu ustawionego w wesołym miasteczku zna tą technikę asekuracji - wróżba czy proroctwo działa na zasadzie sprzężenia zwrotnego - z jednej strony musimy umiejscowić je czasowo aby w ogóle kogoś interesowały, z drugiej "odczasowić je", rozmazać je. Podawanie dat jest mało popularnym elementem jasnowidzenia, już samo nakreślenie roku przynosi opłakane skutki, a co dopiero daty dziennej. Dlatego przepowiednie muszą być rozmyte a zarazem konkretne, przez co staja się nieweryfikowalne. Bo cóż znaczy, że 18 września może być jedynie początkiem? Kiedy w takim razie będzie można ostatecznie potwierdzić lub wykluczyć ten proroczy sen? Nie wiadomo. Trend ten jest coraz bardziej obecny w słynnym proroctwie 2012 i jak "wróżę", im bliżej tej daty, tym będzie się on nasilał. Od kliku lat zaczęto mówić, że 21 grudnia 2012 to również będzie jedynie początek zmian i być może nie dostrzeżmy ich od razu. Dziwnie zapomniano już o proroctwach Terrenca Mckenny, opartych o księgę I CHING, kiedy w samej kulminacji 2012, liczba innowacji na świecie podwajać miała się co sekundę, z telepatią, nieśmiertelnością i kosmitami włącznie.

U samej góry dostrzeżemy nie mniej klasyczny motyw potwierdzenia. Bardzo lakonicznie pojawia się coś bardzo ważnego. "W międzyczasie podobne sny miały inne osoby z jego otoczenia". Jeśli tym osobom przyśniło się to samo ,w tą samą noc, byłoby to rzeczywiście niesamowite. Byłby to dowód o wiele bardziej przekonujący niż wszystkie te astronomiczno-biblijne wyliczenia. Tymczasem jest to jedynie krótka wzmianka, a myślę że wszyscy chwielibyśmy dowiedzieć się, co takiego i kiedy im się śniło, że sformułowanie te przedostało się do tekstu. Często takie drobne wzmianki, o wiele bardziej sensacyjne niż sama sensacja którą mają ubogacać, kiedy mocniej się w nie zagłębić, okazują się (delikatnie mówiąc) lekko przesadzone. Przypomnę tu tylko, że według Pisma Świętego po ukrzyżowaniu Jezusa, zmarli mieli wstać z grobów i wejść do miasta. Epizod tak krótki że ledwo zauważalny w tekscie, a pomyślmy o czym jest w nim mowa! Nie bez znaczenia jest, że takowy sen miała również 11-letnia dziewczynka. Jest to jedyna osoba wymieniona wśród wszytki tych, którzy mieli podobny sen, zatem coś zadecydowało aby uwypuklić akurat ją. Dzieci jako synonimy niewinności są szczególnie przywoływane w takich wypadkach, "kto jak kto ale dziecko by nie oszukiwało". Dodatkowo dziecko nie zawsze rozumie w czym dokładnie uczestniczy, jest łatwe do zmanipulowania przez dorosłych, a przy tym chętne do tego typu inicjatyw, ponieważ ściąga na siebie uwagę dorosłych. Przypomnę tylko że wielkie objawienia maryjne przekazywane były najczęściej przez dzieci... i to dzieci były głównymi świadkami tysięcy procesów o czary w XVII wieku. Trudno powiedzieć kto jest tu bardziej naiwny, dzieci uczestniczące w tych całych zabawach, czy wierzący im dorośli.

Ostatecznie, czy 18 września jest rzeczywiście tak niezwykłą datą. Czy chrześcijański Bóg rzeczywiście wybrał tak ważną datę spoglądając na święta w intencji hinduskich bóstw? Czy to, że 18 kwietnia trwały misteria eleuzyjskie ku czci Demeter, jakkolwiek uwiarygadnia datę proroctwa? Oczywiście że nie. Nie ma takiej daty do której nie dałoby się nadbudować teoretycznej otoczki, przedstawiającej ją jako niezwykłą i niecodzienną. Załóżmy jednak że data ta jest rzeczywiście niezwykła, czy właśnie z tego powodu nie mogłaby pojawić się we śnie znajomego? Autor strony podkreśla, iż osoba ta "nie miał żadnego pojęcia o praktycznym wykorzystaniu kalendarza luni-solarnego (księżycowo-słonecznego). Zatem o jakiejś manipulacji tu nie może być mowy." Czy rzeczywiście? Nie mam powodów aby sądzić, że nie jest to prawdą i że osoba ta rzeczywiście nie interesuje się tą tematyką. Jednak wcale nie musi się nią interesować. Multi takich przykładów opisałKrzysztof Broń przez 20 lat swojego pisarstwa o zjawiskach paranormalnych i mają one czysto naturalne wyjaśnienie. Klasycznym przykładem jest historia wielkiej wizjonerki z przełomu XIX i XX wieku, Catherine Mulle (znanej jako Helena Smith, tej samej o której pisałem w kontekście pisma automatycznego). Potrafiła pisać w sanskrycie i w języku arabskim, mimo że wcześniej nie spotkała się z tymi językami. Jak się okazało, zdania których używała zostały odnalezione w w genewskiej bibliotece publicznej, na jednej ze stron książki którą Smith wertowała wiele lat temu. Nie czytała, wertowała! Nie trzeba się niczym interesować, wystarczy jedno zdanie, gdzieś zasłyszane na ulicy, w radiu, gdziekolwiek, w zaskakujący sposób wydobyte następnie po latach z nieświadomości. Podobne przypadki przedstawione są jako dowód reinkarnacji - władanie i posiadanie wiedzą, z którą określeni ludzie nigdy się nie zetknęli - kiedy tymczasem mają dokładnie analogiczne wyjaśnienia.

7 maja 2009

Krowie cudaczności

Postanowiłem podkarmić to grona chrześcijańskich prześmiewców, których śmieszy cześć z jaką hindusi traktują mućkę. Co prawda ci sami ludzi, po chwili klęczą przed dwoma patykami zbitymi pod katem 90 stopni, ale to już oczywiście takie śmieszne nie jest. Kilkanaście dni temu, z któregoś z zagranicznych serwisów dowiedziałem się o wielkim, nieplanowym święcie jakie trwa teraz w Indiach. W jednej z miejscowości na świat przyszedł cielak o trzech pyskach. Prosty lud zinterpretował to tak jak potrafił, czyli jako inkarnację Trimurti, najwyższej szychy hinduskiego panteonu (połączenie Brahmy- twórcy świata, Wisznu - podtrzymującego go w istnieniu i Śiwy - jego niszczyciela). Przedsiębiorczy ludzie zajęli się już nowym nabytkiem, cielak siedzi sobie w zagrodzie pięknie przystrojony, przed nim leży taca z darami do składania pieniędzy, a nieskończenie długa kolejka chętnych dotknięcia Trimurti zasila sakiewki świętych pomysłodawców. Tłumaczenia, iż potrójna krowa jest "dziełem" wywrotnych genów lub defektu płodu nic oczywiście nie daje - co tylko dowodzi, że świat biologii jest bardziej fascynujący i nieprawdopodobny niż jakakolwiek religia. Ja oczywiście, mimo że przeczesałem historie przeglądarki wzdłuż i wszerz, za nic w świecie nie mogę znaleźć tego przeklętego filmu ze zmutowaną krową...

Każda religia ma swoje naiwności, nazywane przez jej świętych mężów "cudami" i nie inaczej jest w hinduizmie. Najsłynniejszy krowi cud, w ogóle najsłynniejszy cud rodem z Indii ostatnich lat, to "hindu milk miracle". Chrześcijanie mają swoje figurki Matki Boskiej płaczące krwią i łzami, statuetki Jezusa mrugające oczami i zmieniające kolory, a nasi wschodni bracia skrywają nie mniej ciekawe zjawisko - figurki pijące mleko. Wykonane głównie z gliny statuetki, piły przyłożone do ich ust mleko. W tym miejscu myślę głównie o krowopodobnej Nandin, ale należałoby dołożyć do tego boga-słonia Ganesa czy figurki samego Śiwy. Sprawa nie jest czymś niesamowitym zważywszy na materiał z których je wykonano. Nie trzeba posążku w kształcie krowy aby "wypić" mleko - wystarczy kawałek doniczki, aby w styku z wodą wydawała się nie mniej spragniona. Na pomalowanej czy polakierowanej figurce wystarczy drobna rysa, aby zadziwiła podających jej płyny swoją mleczną pazernością. Nie byłoby o czym pisać, gdyby podobny efekt nie był udziałem posążków wykonanych z marmuru, czy z metalu. Indyjscy sceptycy wyciągnęli najcięższe działa w postaci "Indian Rationalists' Society" i "Federal Department of Science and Technology" w Delhi. Wielka w tym zasługa Vikas'a Gora, który sporządził wierne kopie bożków do eksperymentów. Znam tylko dwóch Indyjskich sceptyków, nie licząc Sorcara, pogromcy Sai Baby, którego narodowość nie jestem pewien Tak naprawdę, to nim zainteresowałem się cudem mleka, znałem tylko jednego Indyjskiego sceptyka , Prabir'a Ghosha. Tego samego na którego wielki Hinduski mistyk Acharya Satyananda wydał wyrok śmierci, po tym jak przy kamerach National Geographic zdemaskował jego prymitywne sztuczki. Wracając jednak do tematu...

Jak można było się domyślać, figurki które mleka pić nie mogły, w rzeczy samej go nie piły. Kiedy przed podaniem mleka cudownym wyobrażeniom bogów, spreparowano mleko barwnikiem, picie okazało się ledwo widoczną stróżką płynącą po brodach posążków. Mimo barwnika, na jasnym tle posążków mleko była praktycznie niewidoczne, a ujawniło się dopiero wokół dna figurki. W ten sposób potwierdzono donosy wiernych, o zbierającym się pod figurkami mleku. Płyn taki można było łatwo wyjaśnić jako rozlany przez wiernych. Gorzej było wytłumaczyć się z ukrytych rynien które odprowadzały mleko "wypite" przez bogów do puszek ustawionych na tyłach świątyni Bengali - które to wyczaili reporterzy "India Abroad". Ostatecznie głos zabrał sam Nature, publikując oświadczenie podpisane przez naukowców z Madrasu, wzywających do wali z "pierwotnym przesądem". Dla zainteresowanych warto zaglądnąć do "Real-life X-files" Nickell'a (rozdział "Milk-Drinking Idols", do znalezienia na Google Book Search) który żywo zainteresował się wówczas całą sprawą i opisuje ją niejako od środka.

1 maja 2009

Modne grafologiczne bzdury

Nie ma co ukrywać, że nawet sceptycy nie zawsze są dość sceptyczni i także ulegają modom i zakłamaniom. Na różnych etap mojego życia i mnie zaślepiały intrygujące "dowody" i niezwykłe "fakty". Z ręką na sercu przyznaje się do fascynacji Danikenem, pożyczania od kolegi Faktora X i wczytywaniem się w interpretacje pojazdu Jozuego. Wychowany na Star Treku, tematykę UFO miałem w małym paluszku. O 1 w nocy budziłem się i włączałem telewizor aby obejrzeć na TVP1 dokument o równaniu Drake. Telewizor był jeszcze czarno-biały (z domieszką zielonego), nie przeszkadzało mi to jednak trzymać kartkę z długopisem aby robić sobie notatki. Czasy internetu miały jeszcze nadejść i nie każdą informacje dało się sprawdzić dwoma kliknięciami. Najświeższe moje błądzenia to klimatyczne zawieruchy nad znaczeniem człowieka w tych zmianach, gdzie, o zgrozo, skłaniałem się ku opcji "to wulkany". Oczywiście co jakiś czas odkrywam swoje mniejsze i większe głupoty i zapewne nigdy ich nie wyczerpię. Jest w tym jednak jakaś perwersyjna przyjemność, odkrycia swojej naiwności.

Dla przykładu, nie najlepszym pomysłem było przesiadywanie na podłodze w EMPIK-u i czytanie podstaw grafologii. Może jeszcze nie u nas, ale w Stanach Zjednoczonych zatrudnia się grafologów do sprawdzania ręcznie pisanych CV kandydatów (w szczycie, na początku lat 80-tych było to aż 80% dużych firm), w Polsce jesteśmy jak na razie na etapie zapraszania podobnych "ekspertów" na łono "pytania na śniadanie". Ważne jest tu rozgraniczenie grafologii - jako analizy cech osobowości na podstawie pisma - i grafologii w rozumieniu ekspertyzy potwierdzającej autentyczności podpisu. Jeden z największych kryminologów na świecie zajmujących się pismem Randy Gibson, uważa że jedna do drugiej, ma się jak astrologia do astronomii. Grafologia w dużej mierze bazuje na dorobku profesjonalnej analizy pisma, w pewien sposób karykaturując ją, jednak w swoim sensie, celu i wynikach, nie ma z nią nic wspólnego. Do grona pseudonauki grafologię zaliczył Pat Linse w wydanej w 2002 roku "The Skeptic Encyclopedia of Pseudoscience". Grafologii poświęcono cały rozdział autorstwa Johna Bergera, co raczej nie wystawia jej najwyższej noty

W rzeczy samej - opisy charakteru badanych przez grafologów są tak ścisłe, jak centurie Nostradamusa, tak wiarygodne jak przepowiednie wróżki Semiramidy i tak sprawdzalne jak wizje Jackowskiego. Ile można wyczytać z człowieka z szerokości odstępu pomiędzy liniami tekstu, pokazał w roku 1991 James Randi, zapraszając do swego programu znanego wówczas w USA grafologa, Duncana McIntosha. Dancan miał na podstawie pisma przyporządkować je do wymienione mu wcześniej zawodów, tak różnych jak artysta, żeglarz, sekretarka, czy rolnik. Jak można przypuszczać wszystko skończyło się telewizyjnym blamażem, a trafień było mniej, niż wskazywać mógłby na to czysty rachunek prawdopodobieństwa! Podobne tortury zapodał Michael Shermer autorce wielu książek o grafologii Sheili Lowe. Posłużył się przy tym znaną sztuczką demistyfikatorów, a więc podmianą wyników i przedstawienia ich jako prawdziwych wytypowanym wcześniej ludziom. Pomimo, że były to analizy ustalone przez Lowe na podstawie pisma Shermera, osoby którym zasugerowano, że mowa w nich o próbkach dostarczonego przez nich pisma, w pełni potwierdziły prawdziwość zawartych w nich informacji. Opis charakteru sporządzony przez grafologa był zatem tak ogólny, iż utożsamiać mógł się z nim każdy. W bliźniaczy sposób działają oczywiście horoskopy - odpowiednio spreparowany tekst może zostać uznany jako tyczący się właśnie akurat nas, kiedy tymczasem dotyczyć może prawie każdego czytającego.

Pomimo że grafologia liczy sobie kilkaset lat, swoje skrzydła rozwinęła dopiero pod płaszczem XX-wiecznej psychologii, zagarniając od niej terminy i fachowy język opisu osobowości. Każdy z nas, na chłopski rozum, doszukałby się jakiś wskazówek w piśmie odręcznym. Błędy ortograficzne, pośpiech w pisaniu czy zabrudzenie kartki oczywiście mogą coś mówić, jednak nie sposób wyrokować z nich o całokształcie danej osoby. Może pisała w pośpiechu bo jest pełna energii i wigoru... a może śpieszyła się na autobus. Wiele z założeń grafologii można obalić na miejscu. Nachylenie pisma które wskazywać ma na naszą intra lub ekstrawertyczność, można zmienić poprzez obrócenie kartki o 90 stopni. Co grafologia powie o piśmie chińskim które nie przystaje do jej reguł - czy ruch ręki Azjatów nie zdradza ich osobowości, tak jak zdradza to alfabet łaciński? Czymś jeszcze ciekawszym jest grafoterapia - oparta na pomyśle, że zmiana charakteru pisma pociągnie za sobą zmiany w charakterze piszącego. Moje pismo charakteryzuje się nie łączeniem ze sobą liter w wyrazach, tymczasem grafologia zalecała łączenie liter w sylaby, co rzekomo ubogaca wewnętrznie. Dobrze jest eksponować literę "f" (talent organizacyjny) i raczej nie podkreślać litery "r" (skłonność do agresji). Tym podobne przekonania kwitną w najlepsze - oczywiście przy zerowym stanie dowodów potwierdzających ich skuteczność i maksymalnej, ślepej aprobacie opinii publicznej.