20 kwietnia 2009

Arka Noego i materializująca siła wiary

Leszek Kołakowski nazwał to kiedyś dialogiem z tępym manichejczykiem. Wybieramy sobie najbardziej buraczaną twarz, totalnego trepa który będzie naszym dyskutantem. Następnie krzyżujemy z nim szpady, chichocząc przy tym pod nosem, jacy jesteśmy mądrzy i inteligentni. Tak właśnie szydząc sobie z katolików, oddajemy głos moherowej babci, a drżąc łacha z ateistów, pytamy o zdanie zbuntowanych nastolatków. Postanowiłem wejść w ten nurt, znajdując sobie chłopca do bicia w sławetnej Arce Noego. Nie wiem jak dane te wyglądają dla Polski, ale 64% Amerykanów uważa opowieść o potopie i pływającym na jego wodach statku ze zwierzakami, za najprawdziwszą prawdę. Chłopiec nie jest zatem taki słaby. Już nawet nie chce pytać o to o co powinienem zapytać. Całą opowieść o arce owiewa jedno wielkie "jak". Jak na jedną łódkę można zmieścić 1,5 miliona gatunków zwierząt(!), bo tyle szacunkowo musiał zapakować ich Noe, a następnie pływać z nimi przez pól roku? Wraz z ich jedzonkiem ładunek taki ważyłby 150 tysięcy ton, jak wyliczyli wredni sceptycy. Skąd do licha wziął te zwierzęta? Poza kozami i baranami musiał się przecież zaopatrzyć w faunę Tasmanii, Wysp Galapagos i wybrzeży Antarktydy. Ile czasu schodziły się ślimaki ze wszystkich zakątków świata? Jak przeżyły rozchodząc się następnie po świecie, co jadła panda człapiąc z Ararat do Chin? Co z rybami słodkowodnymi, po tym jak poznikały jeziora i rzeki, przykryte oceanem? Co działo się z rybami na różnych głębokościach, kiedy ciśnienie wody windowało się w niemożliwym do wyobrażenia tempie - jak wyglądają opady w wysokości pond 200 metrów na dobę(!) - jakie to musiały padać przez 40 dni i nocy aby zakryć Ziemię wodą. Tak właśnie wyglądałoby kopanie leżącego, jednak nie w tym rzecz.


Dlaczego ludzie wierzą w tą historię? Otóż, pomimo tego że historia ta po prostu nie może być prawdziwa, wielu ludzi arkę widziało. Ba, nawet w niej było, a są i tacy którzy mają jej kawałki. Wgląd w relacje kreacjonistów daje wrażenie, że nie tyle arka została już odkryta, co nigdy nie została zagubiona. W tym miejscu wymienia się starożytnych skrybów donoszących o wielkiej łodzi uwięzionej na szczycie góry. Wydają się to jednak tak prawdopodobne, jak współczesne głosy o istnieniu arki - arka tam jest bo tak mówi Biblia. Berossos (III wiek p.n.e.) i Epifaniusz z Salaminy (II wiek n.e.) nigdy nie widzieli arki, a jedynie powoływali się na tradycje, która ją tam umieszczała. Po drugie, nie wskazywali bynajmniej na górę Ararat, tak jak współcześni jej "odkrywcy". W istocie Biblia wcale nie mówi że arka osiadła na Ararat, ale w górach Ararat, czyli w starożytnym królestwie Urartu. Epifianiusz umiejscawia ją na na przykład na górze Mount Lubar. Nie potrafimy potwierdzić tego co widział Friedrich Parrot w XIX wieku, kiedy donosił o znalezieniu w klasztorze św. Jakuba u stóp Ararat, relikwii pochodzących z arki, ponieważ jak wszystkie dowody w tej sprawie, jak zwykle złym zrządzeniem losy gdzieś przepadły - tym razem klasztor Jakuba miał zapaść się pod ziemie w czasie trzęsienia. Na początku XX wieku, Mikołaja I postanowił nawet wysłać wyprawę na Ararat, jednak nic nie wiadomo o jej skutkach i dziś uważa się, że najprawdopodobniej w ogóle się nie doszła do skutku.

W latach 50-tych XX wieku, Ararat szturmował Francuz Fernand Navarr, a o jego odkryciu arki pisał wtenczas sam New York Times. Navarr zażądał bajońskich sum za wskazanie miejsca spoczynku arki, nie mogąc się jednak zdecydować i cztery razy zmieniając przy tym jej położenie. Jak się okazało, drewniana belka którą Navarr zniósł ze szczytu góry jako dowód, została datowana metodą radiowęglową dopiero na VIII wiek naszej ery. Co więcej przewodnik Navarra zwierzył się, że Francuz parę miesięcy wcześniej... sam wtaszczył kłodę na górę. Po opowieściach George Hagopiana, który jak dziecko biegał po dachu arki, podsadzony na nią przez swego wuja, chmary "arceologów" ruszyły na Ararat. Hagopian opowiadał co prawda o jakiś niebotycznych rozmiarach arki, dwa raz większych niż te podane w Biblii, zainspirował jednak wiele osób chętnych zdobycia sławy odkrywcy wszech czasów. W złotym okresie poszukiwań arki, Ararat przeczesywali nawet jasnowidze i różdżkarze. Zupełnym blamażem okazała się wyprawa z roku 1973 roku zorganizowano w oparciu o przedwojenne niemieckie doniesienie o odnalezieniu arki. Jedna z niemieckich gazet donosiła o tym w roku 1933... a dokładnie 1 kwietnia 1933 roku, z okazji Prima Aprilis.

Najsłynniejszym świadkiem obecności arki na Ararat jest Ed Davis, zawsze przywoływany w niezliczonych ilościach artykułów o arce, jako dowód na jej istnienie. Przymknięto oczywiście oczy na fantazyjne opowieści Davisa, który przesiadując w arce miał pić miód i jeść fasole niedokończoną przez Noego! "Dzięki" kompletnemu braku rozeznania Davisa w miejscowych realiach i geografii Ararat, spora cześć badacza powątpiewa czy Davisa w ogóle kiedykolwiek stał u podnóża tej góry! Podobne wątpliwości wysuwa się co do innego świadka, George Jammala, tym razem wątpiąc czy człowiek ten w ogóle był kiedykolwiek w Turcji. Jammal miał już w pewnym momencie nawet fotografię arki... niestety druh towarzyszący mu w wyprawie, Polak Vladimir Sobitchsky (Włodzimierz Sobicki?) spadł z urwiska podczas próby zrobienia zdjęcia. Cóż za historia! Po atakach sceptyków na przywiezione przez niego kawałki drewna wycięte rzekomo z arki, przyznał że spreparował je nad ogniem swojej kuchenki, jednak nawet wtedy nie stracił wiarygodności w oczach kreacjonistów.

Gdybyśmy chcieli dołączyć to tej zacnej grupy odkrywców, nic nie stoi dziś na przeszkodzie. Kilka minut w google wystarczy aby wynaleźć sobie z Polski wycieczkę w tamte okolice. Bez noszenia wielgachnego plecaka, za to pięknie i komfortowo z profesjonalnym biurem podróży. Tymczasem w każdym dokumencie kreacjonistów, okolice Ararat pokazywane są jako niedostępny dla świata teren, gdzie każdy cudzoziemiec straci życie, będąc rozstrzelanym, a w najlepszym wypadku porwanym. W końcu głupio wyglądałyby dowody w postaci zdjęć satelitarnych, jeśli każdy głupi może się tam dostać, a mimo to nikt wiarygodny jeszcze arki nie widział. Nawet jeśli nam się nie uda - spokojnie. Poszukiwacze arki zdążyli stworzyć całą teorie spiskowa, w której miejscowa ludność z premedytacją wprowadza w błąd ekspedycje, od wieków ukrywając ją przed oczami badaczy. Owa tajna organizacja ma nawet swoją nazwę, "The Black Arm of Muhammed" :)

18 kwietnia 2009

Uwierz w ducha

Częstym błędem popełnianym przez kapłanów racjonalizmu, niosących dobrą nowinę ateizmu, jest jedynie wyszukiwanie najróżniejszych błędów logicznych w teistycznym myśleniu. Tymczasem to nie filozoficzne rozważania utwierdzają ludzi w ich wierze, ale proste, wręcz prostackie opowiastki i to one dostarczają im dowodów na istnienie "życia po śmierci". Nie kiedy indziej jak wczoraj, Fundacja Nautilus doniosła o kolejnym niezaprzeczalnym fakcie, dowodzącym reinkarnacje. Jest nim osoba Tatti Valo, Rosjanki władającej 120 językami swoich dawnych wcieleń, w tym wieloma językami z grupy tych wymarłych! Byłby to absolutny rekord wywracający naszą wiedzę o funkcjonowaniu mózgu. Zamknięte umysłu naukowców wskazywały do tej pory na liczbę 30-35 języków jako apogeum ludzkich możliwości, bodajże 32 języki znał jeden z wyższych urzędników pracujący w ONZ, ale 120 i to wymarłych! Na szczęście nie muszę kasować swego bloga, ponieważ gorący news okazał się odgrzanym kotletem opublikowanym w Komsomolskaja Prawda 6 lat temu. Na tyle odgrzanym, że rosyjscy bracia sceptycy zajęli się już tą sprawą. Badana przez filologów Tatti Valo (a właściwie Natasha Beketova) okazała się mówić zawrotną liczbą trzech języków, natomiast w innych, które to rzekomo posiadła w spadku po swoich inkarnacjach, nie potrafiła zrozumieć najprostszych zwrotów takich jak "jak masz na imię?". W jednym z akapitów Nautilius szumnie zapowiada sprowadzenie Nataszy do Polski i trzymanie w tej sprawie ręki na pulsie. Trzymamy za słowo

Innym prymitywizmem, już z naszego tradycyjnego podwórka, są doniesienia o duchach. Co druga polska rodzina może się pochwalić historią jak to tuż po śmierci ciotki w kuchni spadła doniczka, zmarły przyszedł w śnie, ewentualnie objawił się któremuś z żyjących. Media ukazują te historie jako realnie dziejące się wydarzenia, których prawdziwość leży na równi z doniesieniami o katastrofach i wydarzeniach politycznym. Moim niedawnym rodzynkiem jest program "Archiwum X Kościoła", realizowany i emitowany na jednym z kanałów tematycznych ekipy TVN "Religia". Kanał ten został niejako wymuszony, pod masońsko-satanistycznymi oskarżeniami, kierowanymi w stronę grupy ITI, z zamiarem stworzenia przeciwwagi dla swojego głównego opluwacza, telewizji "Trwam". Archiwum X Kościoła to odcinkowy dokument, poruszający co bardziej chodliwe i rozpalające wyobraźnie widza tematy. Widać w tym wszystkim niewielki budżet jakim dysponuje ekipa. Atmosferę gnostycznej wiedzy, tworzy stara biblioteka w której co odcinek przesiadują prowadzący, zaś role niezgłębianych tajemnic wypełnia w programie niedoświetlona, odrapana ściana, pod którą przeprowadza się wywiady. Nie komentowałbym tego wszystkiego, gdyby odcinki kościelnego archiwum, nie były dostępne w internecie. Udostępniane są za pośrednictwem telewizji jednego z portali, zaś odcinek który omawiam, "poszukiwanie dowodów obecności duchów", kryje się właśnie pod tym linkiem

Dowody na istnienie duchów są oczywiście równie przekonywujące jak na istnienie reinkarnacji. Żenada goni żenadę. W omawianym odcinku, pojawia się przykładowo taki oto zwrot, dotyczący eksponatów z Muzeum Dusz Czyśćcowych ojca Victora Jouet'a: "eksperci potwierdzili autentyczność zgromadzonych materiałów". To ja się pytam jacy eksperci? Z jakiej konkretnej dziedziny wywodzi się ekspert potrafiący rozpoznać czy zarys dłoni wypalono ogniem czy zostawił je duch? Kryminolodzy, fizycy, konkretnie kto i jaką metodologie do tego zastosował? Jak można potwierdzić coś takiego? Jakie to kryterium pozwala odróżnić znak wykony w sposób naturalny, od tego zrobionego ręką duszy czyśćcowej? Trudno nazwać mi podobne wtrącenia inaczej niż perfidnym matactwem. Podobne odciski łap duchów na Jasnej Górze czy w kościele św Doroty w Licheniu, skądinąd również przedstawiane jako autentyczne, to zwykłe oszustwo, często prostego człowieka, niezastanawiającego się nad tym co słyszy. Tymczasem dowodów na istnienie dusz czyśćcowych jest 0, słownie "zero". Realne natomiast były i są zagrożenia, wynikające z wiary w podobne zabobony.

W czasach mojej większej aktywności w przeciąganiu innych na stronę normalności, napisałem nawet FAQ dla osób doświadczających kontaktów ze zmarłymi. Ta i inne moje inicjatywy nic tu jednak nie zmieniły, śmiem nawet twierdzić, że nic nie jest w stanie przekonać ludzi czujących obecność swoich zmarłych bliskich. Kwestionowanie takich zjawisk, potrafi wręcz umocnić ich w tym paranormalnym przekonaniu. Gustaw Jahoda, w swojej książce "Psychologia Przesądu" opisywał przypadek jaki zdarzył się wśród jego znajomych. Uczestnicząc w seansie spirytystycznym, niechcący kopnął w nogę stołu i kiedy już miał przeprosić za ten hałas, wywołał nim cała lawinę "mgieł" i "niewyraźnych postaci siedzących w rogu pokoju". Kiedy po latach opowiedział całą prawdę swoim znajomym, nie tylko nie uwierzono mu, że hałas był jego zasługą, a wręcz oskarżono go o trwanie przy swoim obłędnie sceptycznym stanowisku i zaprzeczane ewidentnym dowodom. Tak ceptyk staje się duchotwórcą.

11 kwietnia 2009

Kosmiczny wabik

Okres przedświąteczny, a dziś to już nawet świąteczny, sprzyja zapychaniu gazet spreparowanymi wcześniej artykułami na tematy religijne. Jak wyglądał Jezus, co jadł Jezus, którędy szedł i oczywiście - katujący się Filipińczycy - coroczny Wielkanocny zestaw. Ostatni numery Polityki, oczywiście poza wątkami okołojezusowymi, przynosi nam artykuł Karola Jałochowskiego "Zabobon ma wielką przyszłość". Wymowne wpleciony w wypełniającą cały numer "chrześcijańską literaturę", powtarza bardziej znane przykłady zabobonności, bez wątpienia warte poznania przez osoby dopiero "zapadające" się w ten temat. Mimo że oczywiście cieszę się z takich tekstów i zasadniczo nie mogę się z nimi nie zgodzić, tym razem przyczepię się małego acz ważnego szczegółu, dość bezmyślnie powtarzanego przez sceptyków. Jest to niejako pretekst, aby pokazać, że nie warto optować za nie do końca prawdziwymi tezami, choćby stanowiły wielce wygodne i zgrabne wyjaśnienie. Najcenniejsza jest prawda, jaka by nie była, zresztą posiłkowanie się nie do końca sprawdzonymi informacjami, pomaga tylko pozornie, a jak zaraz postaram się wykazać, głównie szkodzi.
Swoją drogą ciekawe, co byśmy zrobili, gdyby naprawdę odwiedzili nas Obcy z odległego zakątka kosmosu? Czy w obliczu ich niewyobrażalnej wręcz wyższości cywilizacyjnej zachowywalibyśmy się inaczej niż wyznawcy kultów cargo? Mieszkańcy wysp Tanna w Republice Vanuatu na Oceanie Spokojnym (i innych), które podczas II wojny światowej służyły jako bazy wojska amerykańskiego, obserwowali lądujące samoloty wyładowane mnóstwem wspaniałych rzeczy. Uznali, że przysłali je bogowie. „Po wojnie też chcieli, żeby tak było. Zrobili więc coś, co wygląda jak pasy startowe, rozmieścili ogniska wzdłuż tych pasów, wybudowali drewnianą chatę dla człowieka, który siedzi tam z dwoma kawałkami drewna imitującymi słuchawki i pędami bambusa sterczącymi jak antena”, opowiadał (podczas wykładu na Caltechu w 1974 r.) genialny fizyk Richard Feynman. Może się to wydać zabawne, ale zapytajmy, co my, dysponujący prostym, wręcz prostackim w kontekście wiedzy kosmitów, modelem rzeczywistości zdołalibyśmy zrozumieć z ich obyczajów, techniki i opowieści? W jaki sposób zachęcalibyśmy ich do powrotu? Rozsypując przynętę z cukierków, jak mały bohater filmu „E.T.” Spielberga?
Oczywiście pytanie o nasze zachowanie w sytuacji kontaktu z inna cywilizacją to czysta licentia poetica, i jest bezzasadne z co najmniej kilku powodów. W przeciwieństwie do autora, nie widzę jednak absolutnie żadnych podstaw, aby uważać że zachowalibyśmy się na wzór egzotycznych kultów cargo. Tłumaczenie, że w obliczu latających spodków mieszkańcy Ziemi zaczęliby budować dla nich lotniska jest nonsensem. Więcej, nawet doszukiwanie się podobnych działań w naszej odległej przeszłości, w społeczeństwach jeszcze prostszych niż XIX-wieczni Nowogwinejczycy, również nie ma najmniejszych podstaw. Słowa te w szczególności adresuje do zwolenników Jamesa Moseley, autora teorii "kosmicznego pochodzenia" linii na płaskowyżu Nazca, mających być pasami lotniczymi statków pozaziemskich. Choć teoria Moseleia liczy już przeszło 50 lat, na znaną dziś skale rozpropagował ją dopiero Erich von Daniken, który poszedł w tym jeszcze dalej, doszukując się podobnej genezy w projektach większości dawnych cywilizacji. Kult cargo stał się uniwersalnym wytłumaczeniem dla każdej budowli co do której nie istniało jednoznaczne wytłumaczenie co jej funkcji. Dla Szwajcara, praktycznie wszystko jest wzniesione na zasadach obserwowanych na wyspach Pacyfiku, przy czym Japońskich i Amerykańskich żołnierzy zastąpił on przybyszami z innych planet. Również dla ateistów, nierzadko tych z górnej półki, ruchy cargo stanowią bardzo obrazowy przykład naturalnej genezy religijności, religii wyrosłych nie na podstawie nadprzyrodzonych mocy proroków, ale najzwyklejszej ludzkiej naiwności.

Tymczasem kulty cargo nie tyle tłumaczą powstanie religii, co istnienie religii jest niezbędnym warunkiem dla ich powstania! Nieprzypadkowo ruchów cargo doświadczaliśmy jedynie na terenach Oceanii i nic nie wskazuje, aby występowały gdziekolwiek indziej i gdziekolwiek wcześniej. Nawet kiedy próbuje się wyjść z tym zjawisko poza owe tereny, co robi się niezwykle rzadko, nawet wtedy nie wykraczają dalej, niż poza aspekt polityczny - religijny rdzeń kultów cargo ma wyłącznie mentalność oceaniczną. Już w czasach historycznych, centra cywilizacyjne otoczone były przez szereg Barbarian, a mimo to ościenne plemiona nie uległy złudzeniu kargijczyków. Dzieje się tak dlatego, ponieważ to nie szok kulturowy zetknięcia się z wyższą cywilizacją tworzy kurioza kultów cargo, lecz kluczową rolę odgrywa tu zespół specyficznych wierzeń ludów, które doświadczają tej nagłej przemiany. W języku antropologii mówi się, że pierwotna religia jaką wyznawali Melanezyjczycy przed przybyciem Europejczyków były przyczyną kargizmu, zaś zderzenie z cywilizacją Zachodu - jego warunkiem. Według dawnych wierzeń wyspiarzy, wszystkie dobra materialne nie były dziełem technologii, lecz zostały stworzone przez bóstwa, wraz ze stworzeniem świata. Wszystkie przedmioty który są i będą, zostały już stworzone. Ten przedziwny warunek wynikał ze specyficznego pojmowania czasów, przyszli kargijczycy uważali, że świat jest niezmienny, a teraźniejszość jest jednocześnie przeszłością i przyszłością. Religia ta miała rzadki, materialistyczny charakter. Tubylcy uważali, ze religia bez składników materialnych nie ma żadnego sensu i jest bezużyteczna. Naśladowanie maszerujących żołnierzy i słynne radia budowane z kokosów, miały charakter stricte religijny, bazujący na specyfice społeczno-ekonomiczno-religijnej Melanezji. Mówienie o innych kulturach i ich artefaktach, z perspektywy kultów cargo jest nonsensem, a dokładając do tego UFO, podwójnym nonsensem.

5 kwietnia 2009

Teodycea autorstwa ewolucji

Istnienie zła pod nadzorem wszechdobrego stwórcy, od zawsze stanowiło twardy orzech do zgryzienia dla teologii. Także ateiści podnoszą to kwestie, wytykając Bogu, w którego przecież nie wierzą, jaskrawe przypadki okrucieństwa i karnie unicestwiając go za te zło. Problem teodycei jest konsekwencją przesłodzenia obrazu Boga, dopisania mu tyleż przedrostków "wszech", że dało to prace na tysiąc lat rozważań, lepszych bądź gorszych, generalnie gorszych, pogodzenia boskich epitetów z rzeczywistością. Kiepskich bo wymyślonych, nie tykających się dowodów, przykładów i danych. Na szczęście dla ateistów spod znaku "gdzie był wtedy bóg" i na nieszczęście teistów pogrążonych w metafizyce, pytaniem o istnienie zła od 50 lat zajmuje się nauka. Trudno nazwać tą prace ukończoną, jednak przy karygodnie niepłodnej poznawczo teologii i tak odwaliła już kawał dobrej roboty. Większość zapewne słyszała o teodycei św. Augustyna, jednak co na temat istnienia zła mówi genetyka behawioralna, psychologia ewolucyjna czy antropologia, jakoś nie przebiło się do popularnych rozważań.

Ugryzione naukowo zło, jest złem jedynie człowieka. Natura nie może być zła, zawalenie się drzewa, poślizg samochodu, wybuch wulkany czy tsunami nie są złem. Nie pamiętam czyje to słowa, jednak widnieją one w cytacie na tylnej okładce "Biblii w ręku ateisty" Heleny Einstein, "wszechświat nie jest dobry ani zły, wszechświat nie wie że nim jesteśmy". Zły uczynek został w nas niejako zaprogramowany w drodze ewolucji. W zależności od kontekstu, te same czynności mogą zostać uznane raz to jako zło wcielone, innym razem jako szczyt chwalebności godny naśladowania. Całkowite wyeliminowanie z naszego życia agresji, uniemożliwiłoby naszym przodkom polowanie czy obrone siebie i swoich bliskich. W pewnych warunkach "bycie złym" jest po prostu wskazane dla naszego przetrwania. Niestety, kiedy agresja nie ma już tak logicznych pobudek, zaprogramowane przez naturę zachowania wciąż dają o sobie znak, a nasze wrodzone skłonności szukają jedynie pretekstu do działania. Nie jest to w przyrodzie czymś niezwykłym począwszy od Wallace Craiga zwykliśmy nazywać to zachowaniem apetytywnym. Jeszcze innym przykładem na adaptacyjną funkcje okrucieństwa jest teoria "kultury honoru" wysunieta przez atropologów Richarda Nisbetta i Davida Cohena w roku 1996. Udowodnili oni, że wśród społeczeństw żyjących w dużym rozproszeniu, takich jak pastrze, mściwość zakorzeniona jest mocniej, ponieważ spełnia funkcje odstraszania. Człowiek musi być okrutny, aby prewencyjnie zniechęcić do siebie potencjalnych przeciwników. Dlaczego ewolucja wyposażyła nas w tak niszczycielskie instynkty, które sieją dziś zniszczenie? Dobór naturalny dopuścił agresje ponieważ czlowiek jest gatunkiem slabym fizycznie. Gdyby wielkie drapieżniki uzbrojone w potężne narzędzie do zabijania, takie jak pazury dzioby i kły, była tak agresywne jak człowiek, mogłyby pozabijać się nawzajem jednym ruchem. Człowiek nie ma takich możliwości, stąd podobnie jak inne mniej uposażone zwierzęta, pozwolić sobie może na większą doze agresji. Wpadliśmy w sidła własnej wynalazczości i narzędzia którym zawdzięczamy swój sukces zredefiniowały nasze możliwości we wzajemnym zabijaniu się. Te "oszukanie" ewolucji widoczne jest w naszej odrazie na myśl o zadrapaniu kogoś na śmierć przy łatwości w pociaganiu spustu karabinu.

Powyższy opis może stwarzać iluzje całkowitego determinizmu i niemożliwości uwolnienia się człowieka z macek zła. Człowiek jest jednak wypadową nie tylko tego z czym się urodził, lecz także środowiska. Kontrowersyjny etyk Peter Singer zauważył, że jeśli tylko uda się rozszerzyć grono naszych współplemieńców dalej niż nasze blokowisko i kibicowanie temu samemu drugoligowemu klubowi piłkarskiemu, nasza zdolność do empatii jest przekladana na grono coraz odleglejszych nam osób. Zachowania empatyczne ograniczamy do tych, którzy mogą je odwzajemnić, zatem im dalej wybiegamy w postrzeganiu "naszych" i "swoich", tym łatwiej nam mienić się osobą dobrą. To, czy będziemy gwałcicielem, złodziejem samochodów czy dilerem narkotyków zależy zatem od kombinacji zarówno naszych genów jak i otoczenia w którym się wychowujemy. Z badań przeprowadzonych w Szwecji nad dziećmi adoptowanymi wiemy, że kiedy biologiczni rodzice dziecka nie mieli konfliktów z prawem, a dodatkowo trafiło ono do podobnego środowiska, istnieje jedynie 3% "szansa" że popadnie w przyszłości w prawne tarapaty. "Dobre geny" przy nie tak fortunnych jak poprzednio rodzicach adopcyjnych zwiększa te prawdopodobieństwo do 7%. Najgorsza konfiguracja, dziecka urodzonego z rodziców kryminalistów oddanego, jak się okaże do podobnej rodziny, winduje tą statystyke aż do 40%. "Aż" lub "tylko" - w końcu mimo tak niefortunnej bazy genetycznej i warunków wychowania, 60% opiera się tej pokusie. Dean Hamer w książce "Geny a charakter" kwituje to słowami: >>jeśli mamy "dobre" geny środowisko patologiczne jest nam niestraszne, gorzej jeśli nasi rodzice siedzieli w wiezieniu a my wychowujemy się w ciemnej dzielnicy<<. Czy możliwe jest wyodrębnienie "genu zła"? Patrząc na statystyki z polskich więzień, można śmiało strzelić, że jest on na chromosomie Y. Na 84 tysiące osadzonych w naszych więzieniach, 82 tysiące to mężczyźni. Kobiety stanowią co 10 morderce, co 20 złodzieja i co 400-setnego gwałciciela. Być może pierwsze skrzypce odgrywa w tych danych hormon gniewu - testosteron, a także mniej określone płciowo chemikalia naszego organizmu - niedobór w mózgu serotoniny i nadmiar tlenku azotu. Tak czy owak, nasza filozofia prawa oparta na wolnej woli i odpowiedzialności za własne czyny, wygląda w tym świetle nieciekawie. Świadomość genezy zła powoli pojawia się w sądownictwie. W roku 1994, linia obrony Jamesa Filliaggi, oskarżonego o zabójstwo starała się dowieść jego niewinności w oparciu o "zaburzenie równowagi chemicznej w mózgu". W końcu z przekonaniem powiedzieć możemy to, o czym niektórzy wiedzieli nim jeszcze mogli wiedzieć - rzeczywiście, Darwin jest tu winny.

4 kwietnia 2009

ASC - zazdrościć, nie zazdrościć?

Owy tajemniczy skrót widniejący powyżej, to akronim angielskiego altered states of consciousness, który w polskiej literaturze zwykło tłumaczyć się dość mistycznie, jako "odmienne stany świadomości", choć bez wątpienia poprawniej brzmiałoby "zmienne stany świadomości". Być może przychodzi teraz komuś na myśl małpolud z filmu Kena Russella o tym samym tytule, jednak prawdy w tym filmie jest tylko tyle, że rzeczywiście deprywacja sensoryczna jest rodzajem ASC. Z badań Eriki Bourguignon wśród blisko pól tysiące społeczeństw świata wiemy, że aż 97% religii korzysta z technik wprowadzania swoich wiernych w stan zmiennej świadomości. Jak działa te naturalne narkotyzowanie umysłu, czułem jako dziecko przeżywając drogę krzyżową, czy w późniejszym życiu tańcząc z krysznowcami. Technik ASC jest bardzo wiele, jednak wszystkie można zmieścić w pięciu gatunkach, które warto poznać, jeśli w swojej zatwardziałej areligijności świadomie z nich rezygnujemy.

Zauważalny przechył religii w stronę nerwicy natręctw, ciągłego wykonywania tych samych czynności dających nam satysfakcje, dostrzeżony został już gdzieś w okolicach Freuda. Nie chodzi tu jedynie o całą katolicką mszę, składającą się z monotoniczne powtarzanych i recytowanych tekstów - szczytowym osiągnięciem są tu litanie, będące apogeum tej techniki. Dla naszego mózgu jest nieistotne, czy w kółko recytujemy Koran, powtarzamy "zmiłuj się nad nami", czy kręcimy modlitewnym młynkiem aby wspomóc odradzanie się wszechświata. Z neurofizjologicznego punktu widzenia wygląda to tak samo - mocno pobudzamy obszar swego hipokampu.

Do ASC prowadzić mogą, przeciwstawne sobie techniki stymulacji naszego mózgu. Możemy pochłonąć się ekspresyjnym tańcu na granicy wyczerpania naszego organizmu - jak robią to szamani wtórując sobie bębenkiem, Siuksowie przy legendarnym soul dance, czy wyskakujący w górę Bantu - ważne aby rytm tańca zgrał się z częstotliwością mózgowych fal alfa oraz rytmem serca. Jest to metoda nie mniej skuteczna od uchodzącej za bardziej wysublimowaną, "ASC ludzi światłych" - medytacji - stymulowania się nie tyle super bodźcami, co całkowite się od nich odseparowanie, aż do osiągnięcia wolnych fal EEG o niskich częstotliwościach (poniżej 6 herców).

Czwartym sposobem wykorzystywanym przez religie są quasi-hipnotyczne kazania, umożliwiające przysłuchującym się im wiernym, pełne emocjonalne zaangażowanie. Przykładem są tu nieznane w Polsce, jednak powszechne w świątyniach baptystów, czy black churches porywające, wyśpiewywane kazania. Jest to chyba jakieś moje małe marzenie, znalezienie się w takim tłumie, nie koniecznie białych udających czarnych - jak próbuje się to robić w naszym kraju - ale na autentycznym, "oryginalnym", spontanicznym "czarnym" nabożeństwie. Zobaczyć, czy rzeczywiście podrzędna chórzystka na Nowojorskim Harlemie potrafi śpiewać solo bez mikrofonu - coś nie do pomyślenia w naszych jęcząco-zawodzących kościołach.

Najprostszą metodą ASC dla osiągnięcia maksimum efektów, jest stymulacja farmakologiczna. Na tak dawkowanym mistycyzmie wyrosły całe religie, w których halucynogen został podniesiony do roli sacrum, tak jak stało się to w pejotyzmie. Wstępowanie duchów loa w ciało wyznawcy woodoo, odbyć może się jedynie przy zewnętrznych oznakach śmierci wyznawcy, osiąganych poprzez wywar z wydzieliny ropuchy, zawierający paraliżującą serce bufotoline i halucynogenną bufotenine. Wiele religii nie obeszłoby się bez podobnych mikstur, które w sposób bezpośredni starają się osiągnąć to, co wymienione wcześniej techniki próbują doświadczyć w sposób pośredni. Wszystkie ASC łączy jedna niezwykle sławna substancja - serotonina. To właśnie jej nadmiar powoduje owe "nadprzewodnictwo" naszego umysłu i tak pożądane przez teistów "błądzenie mózgu". Być może błogi lecz kosztowny stan.

Prześmiewczą, acz niegłupią odpowiedź, na ten brak doskwierający niektórym scjentystom, udzieliła Carolyn Porco, w eseju "Najwspanialsza historia". Pochodzi on ze zbioru tekstów, z przedziwnej publikacji jaka niedawno ukazała się w Polsce "Niebezpieczne idee we współczesnej nauce - zbieranki setki krótkim artykulików największych postaci współczesnej nauki. Porco, będąca szefem Cassini Imaging Central Laboratory for Operations, sposób zażegnania konfliktu między nauką a religią, widzi w całkowitym zastąpieniu tej drugiej przez tą pierwszą. Na brak w nauce, przynoszących przyjemność wiernym rytuałów, widzi dość osobliwy sposób, a z powodu tego że po raz kolejny sam nie wymyśliłem żadnej puenty, spuentuje jej cytatem:

"Nie mamy kochających duchownych, którzy prowadzą i nauczają swoje owieczki na podobieństwo bogów. Nie mamy żarliwych misjonarzy ani wiernych apostołów. Brakuje nam umiejętności wzbudzania wszechogarniającego, ekumenicznego poczucia wspólnoty. Brakuje nam zaproszenia adresowanego do mas. Alienacja nie rozgrzewa serc - wspólnota tak. Jednak co by było, gdybyśmy opanowali rzemiosło, artyzm i metody formalnej religii, aby dotrzeć ze swoim przesłaniem do całych społeczeństw? Wyobraźmy sobie Świadków Einsteina chodzących od drzwi do drzwi, czy też telewizyjnych kaznodziejów, którzy wychwalają piękno ewolucji. Wyobraźmy sobie Kościół Naukowców Dnia Ostatniego, w którym mogłyby gromadzić się tłumy wiernych. Pewnego dnia miejsce dzisiejszych sanktuariów mogą zając obserwatoria astronomiczne, akceleratory cząstek, uniwersyteckie instalacje badawcze oraz inne laboratoria, w których najwyżsi kapłani nauki - biolodzy, fizycy, astronomowie i chemicy - podejmują szlachetne wysiłki na rzecz wyjaśnienia mechanizmów funkcjonowania świata."