26 marca 2009

Niewiarek na finiszu

Wielkie poruszenie wśród ateistycznej blogosfery, wywołała postawa Zbigniewa Religii u kresu swego życia. Słowa mocnego powątpiewania i jego niezwykły pogrzeb jak na "godny transmisji telewizyjnej", bo przeprowadzony w "obrządku laickim", to jeden z wielu kluczowych momentów historii świeckiej Polski. Niewiarą w ostatnich latach swojego życia emanował również Stanisław Lem, jednak z różnych przyczyn nie przedarła się ona do opinii publicznej, na tyle aby wywołać ogólnonarodową dyskusje. Widzę w tym co najmniej dwie przyczyny. Jedną z nich jest Religa jako polityk, a więc ten który siedzi w naszym telewizorze najczęściej. Drugą, Religa jako lekarz, dla którego pytanie o śmierć jest pytaniem tak naturalnym, że aż zawodowym, tak oczywistym, że nawet w tak niestosownej chwili jak ciężka choroba nowotworowa, jest wciąż na swój sposób stosowne.

Jeżeli śmierć, a w tym wypadku jej okoliczności, mogą dodać otuchy, to śmierć zatwardziałych ateistów, krzykliwie trwających przy niewierze, jest dla innych niewierzących taką okazją. Słowa Arthura Schopenhauera, że im człowiek starszy, tym mocniej czuje obecność Najwyższego, wciąż kołaczą się w głowach powątpiewających. Czy kiedy przyjdzie koniec starczy mi sił, aby nie uciec w ramiona złudnej nadziei i nieprawdziwych pocieszeń? Myślę, że właśnie stąd tak ważna jest dla innych ateistów postawa pobratymców na łożu śmierci. Z tychże powodów, Richard Dawkins rozważał nawet zainstalować mikrofon na ostatnie swoje chwile, aby nikt "broń boże" nie podejrzewał go o nawrócenie. Opcje "ostatnich słów których nikt nie słyszał" fanatyczni chrześcijanie wykorzystywali już wielokrotnie, wkładając w usta znanym niewierzącym niestworzone wręcz historie - w końcu martwy już nie zaprzeczy. Charles Darwin miał w ostatnich chwilach wertować "O powstaniu..", stwierdzając że jednak się mylił, a Arsen Heitz, autor flagi Unii Europejskiej, powiedzieć że wzorował się na gwiazdach Matki Boskiej - choć ze świeczką szukać świadków tychże słów.

W cudownej bezczelności "ateizmu na finiszu" wygrałby Loffler, który palony na stosie, pokrzykiwał jeszcze do inkwizytorów, że mogą spalić jego, jednak zabraknie im już chrustu aby spalić przypadek który rządzi światem. Wielkim świadectwem jest ostatnia, nie ukończona książka Johna Diamonda "Cudowne mikstury i inne troski", który u swego kresu wciąż drwił z medycyny alternatywnej i mamideł jakie oferuje dla takich jak ona. Jednak chyba najpiękniej jak znam, wyraził to Jean-Dominique Baudy, w swej legendarnej książce "Skafander i motyl". Całkowicie sparaliżowany Baudy, napisał ją mrugając lewą powieką! Myślałem, aby przepisać na bloga wymowną scena z błogosławieństwem przez księdza jaką zobaczyć można w filmie, jednak nie znalazłem jej w książce, a jego prześmiewcze opisy sanktuarium w Lourdes, są troszeczkę za długie aby je tu wkleić. Zatem trzymając na kolanie książkę, może mniej czytelny w odbiorze, jednak wciąż rozbrajająco ironiczny i pełny miłości, fragment ze strony 16. Dziś miał być tylko Baudy, ale wstęp mi się przedłużył, więc na zakończenie...
(...) Na razie poczułbym się najszczęśliwszym z ludzi, gdyby udało mi się pozbyć nadmiaru śliny gromadzącej się bez przerwy w ustach. Zanim wstanie dzień, ćwiczę się w przeciskaniu języka do tylnej części podniebienia, żeby spowodować odruch przełykania. Niech małe torebki z przywiezionymi z Japonii przez moich wierzących kolegów-podróżników kadzidłami wotywnymi, wstawią się za moją krtanią. Dzięki pielgrzymkowym zapałom znajomych otacza mnie prawdziwy krąg wotywny. Można mnie oddać pod opiekę rozmaitych duchów pod każdą szerokością geograficzną. Staram się uporządkować ten rozległy ruch dusz. Kiedy się dowiaduję, że w mojej intencji paliły się świece w bretońskiej kaplicy lub intonowano mantry w nepalskiej świątyni, natychmiast przypisuję duchownemu wstawiennictwu bardzo konkretne intencje. Prawe oko powierzyłem więc kameruńskiemu marubutowi, którego jedna z przyjaciółek prosiła, by zjednał mi opiekę afrykańskich bogów. Kłopoty słuchowe powierzam teściowej, utrzymującej pobożne stosunki z mnichami w Bordeaux. Regularnie niech odmawiają za mnie różaniec, a ja przeniosę się duchem do opactwa, by usłyszeć ich unoszący się pod niebiosa śpiew. Ich błagania nie dały jeszcze nadzwyczajnych rezultatów, ale kiedy siedmiu braciom należącym do tego samego zgromadzenia islamscy fanatycy poderżnęli gardło, przez wiele dni bolały mnie uszy. Jednak te wszystkie wstawiennictwa przypominają tylko zamki na lodzie, babki z piasku, linie Maginota w porównaniu z modlitwą do Bozi odmawianą przez moją córeczkę Celestynkę przed snem (...)

(przeł. Krzysztof Rutkowski)

21 marca 2009

Fale naiwności

Złe wieści dla mieszkańców polskiego nabrzeża - dwie wróżki z Łodzi, poinformowały nadbałtyckich notabli o spodziewanym na połowę kwietnia niszczycielskim tsunami. Złe wieści to oczywiście nie to, że trzeba przeprowadzić się w wyższe partie, gdzieś w głąb lądu, ale to że informacja ta wywołała poruszenie wśród władz pomorskich miast! W Kołobrzegu i Słupsku przekazano list do odpowiednich oddziałów zarządzania kryzysowego, co prawda syren w miastach jeszcze nie włączono, jednak sprawa jest "badana". Jeśli dobrze rozumiem - jeśli oddamy anonimowy telefon z informacją o bombie (nie tyle że ją podłożyliśmy, ale że wiemy iż tam jest), policja dołoży wszelkich starań aby nas odnaleźć i ukarać. Jeśli jednak straszyć będziemy całe miasta, a dodamy do tego nasze wróżebne doświadczenie, jesteśmy bezkarni! Delikwent, który straszy bombom aby nie pisać sprawdzianu, nie może oczywiście powiedzieć, "no cóż, myślałem że tam jest, pomyliłem się, ludzka rzecz", jednak już astrolog jest w tych pomyłkach całkowicie usprawiedliwiony. Jest to swoiste schizofreniczne podejście do tych profesji - z jednej strony są na tyle wiarygodni aby ich słuchać i działać zgodne z tym co zalecają. Z drugiej strony - w żaden sposób nie można pociągnąć ich do odpowiedzialności i rozliczyć z tych kwestii, bo to oznaczałoby już nadużycie! "Rozliczać astrologa, toż to szaleństwo, wiadomo że nie mógł tego wiedzieć, ale wierzyć mu, nie jest już takie głupie". O przyszłej katastrofie i prawdopodobieństwu na to, że w kwietniu będę odszczekiwał wszystko co tu napisałem, dzisiejszy onet i tvn24.

Jako że sobotnie popołudnie, a ja nie mam nic do roboty, pomęczę jeszcze trochu tych wróżbitów. Wczoraj natknąłem się na filmik jednego z czołowych polskich, chrześcijańskich, fanatyków, ochoczo zapraszanych do telewizji - tym razem w odsłonie z astrologiem. Wywiad pochodzi z programu "Po mojemu" w którym w bodajże w pierwszym odcinku, Wojtek Cejrowski kazał pousuwać ze scenografii buddyjskie figurki, jako że łamią pierwsze przykazanie. Jak już pisałem, astrologiczny i katolicki światopogląd nie pała do siebie specjalną sympatia, co od początku do końca widać na ekranie.


Zakładam w tym momencie, że to co pisze jest już tylko tłem do tego co leci powyżej, albo w ogóle tekst poszedł w odstawkę, zatem jeno parę słów komentarza do tego co mówi Joanna Godecka. Argumentów dowodzących zupełnej bezsensowności wiary w horoskop jest co niemiara. W astrologii nic nie trzyma się w kupy, jest to prymitywna "wiedza" bazująca na zdezaktualizowanej starożytnej astronomii. Cejrowski nie wyciąga tych najcięższych dział, koncentrując się na raczej na powszechnie znanych, popularnych argumentach, niezłych, lecz osłuchanych przez astrologów, zatem i z gotowymi kontrargumentami. Nieobecność astrologii wśród nauk akademickich tłumaczone jest strachem tychże nauk przed nieznanym. Taka zdanie wiele mówi o wiedzy na temat funkcjonowania nauki, w której odkrycie czegoś nowego jest przecież marzeniem każdego naukowca. Nie mniej istnieją na świecie takie anomalie, gdzie astrologia pojawia się na "uniwersytetach wyznaniowych", np w Indiach. W Polsce tak przyzwyczailiśmy się do różnych katolickich szkół wyższych, że nawet nie przyjdzie nam do głowy, że inne religie, nawet te egzotyczne mają swoje własne. Pomijam w tym miejscu cały szereg "uniwersytetów" czysto ezoterycznych, bo nazwę uniwersytet może przejąc nierzadko każda szkoła żywiąca tylko takie chęci. Jak widać ani Godecka ani Cejrowski o tym nie wiedzą. Godecka idzie przy tym w zaparte, wypierając się zbijania niezłych pieniążków na prostych ludziach, których mami swoimi bzdurami. Oczywiście nie zarabia ona na stawianiu horoskopów, nawet kiedy pokazać jej horoskop w gazecie który napisała i zainkasowała za niego kasiorkę. A numer 0-700-783-023 to też nie jest numer do Joanny Godeckiej? Po prostu taki numer telefonu stacjonarnego do domu przydzielił jej operator? Zresztą co to za zarabianie, 5 złoty za minutę pracy, to w końcu grosze a nie zarobek, więc się nie liczy. Wywiad polecam choćby dla ostatnich 40 sekund i jej horoskopowego "popisu".

15 marca 2009

Ojciec Pio a'la Bogusław Linda

Jedną z najbardziej mistycznych i najpiękniejszych scen polskiego kina zawdzięczamy Jakubowi Kolskiemu, twórcy filmu "Jańcio Wodnik". Lokalny hochsztapler i objazdowy stygmatyk, grany tu przez Bogusława Linde, udaje się do lasu aby przy pomocy ostrego kamienia "uświęcić" swoje ciało. Podśpiewując przy tym (jeśli w przypadku Lindy w ogóle można mówić o śpiewie, raczej o melorecytacji), "nie mam domu nie mam żony a mam cały świat, jestem stygma poraniony z Bogiem za pan brat. Jestem stygma poraniony cierpię kiedy chce, świat ogląda zachwycony krwawe rany me. Jeden cieśla drugi rolnik wszyscy równi sobie, a ja sztukmistrz i swawolnik poprawie się w grobie...". Prosty chłop grany przez Franciszka Pieczke, po tej metamorfozie może jedynie upaść na kolana na widok powracającego stygmatyka.

Niejako w odpowiedzi na statystyki bloga i wysokie pozycjonowanie go pod słowem "stygmaty", dziś moje tłumaczenie artykułu Joela Nickella, Padre Pio: Wonderworker or Charlatan? Joel Nickell to jedna z czołowych postaci światowego sceptycyzmu, autor prawie dwudziestu książek na temat zjawisk paranormalnych. Nawet jeśli nie wszyscy znają to nazwisko, większość osób zapewne kojarzy tego pana z różnorakiej maści filmów dokumentalnych. Poniższy tekst wydany został pod koniec zeszłego roku i pochodzi ze znanego wszystkim sceptykom czasopisma Skeptical Inquirer.

....................

Urodzony jako Francesco Forgione 25 maja, 1887, w mieście Pietrelcina, przyszły stygmatyk dorastał pośród przesądu i zabobonu. Matka Francesco tuż po jego narodzinach zabrała młodego chłopca do astrologa, aby ten postawił mu horoskop, natomiast w wieku dwóch lat trafił do znachorki, która aby wyleczyć jego jelitowe niedomagania, trzymała go do góry nogami i recytowała zaklęcia. Już od wczesnego dzieciństwa dręczyły go koszmary, bał się nocnych potworów, rozmawiał z Jezusem i swoim aniołem stróżem. Miał również inne "mistyczne" doświadczenia, dziś zdiagnozowane jako tzw osobowości fantazyjna. Uważano go za dziecko niezrównoważony emocjonalnie. W 1903 roku, wstąpił do Kapucynów, zakonu założonego przez pierwszego stygmatyka, św. Franciszka z Asyżu. Nawet w murach zakonu Francesco wciąż słyszał diabelskie głosy, zaś mistyczne halucynacje, jak można było się domyśleć, jedynie się nasiliły. W 1910 roku, zaraz po wyświęceniu na duchownego, na jego ciele pojawiły się stygmaty, z dnia na dzień ściągające do zakonu coraz większe rzesze wiernych. W okolicy pojawiły się pogłoski, iż stygmatyk potrafi zajrzeć w duszę spowiadanego i samemu wyczytać z niej ludzkie grzechy. Rzekomo doświadczał bilokacji, przewidywał przyszłość, uzdrawiał, zaś wokół niego wyczuć dało się "zapach świętości". Kult świętego nasilał się, zaś wiejscy handlarze z pobliskich miejscowości rozpoczęli sprzedaż sfałszowanych relikwii Ojca Pio, w formie strzępków obryzganych kurzą krwią tkanin.

Oczywiście żadnych z powyższych zdolność nigdy nie udowodniono, a składające się na nie dowody mają postać przede wszystkim anegdot - są to głównie opowiadania, zasłyszane plotki i miejscowe legendy. Paranormalne zdolności Pio nie wydają się lepiej dowiedzione, niż twierdzenia typowego zdyskredytowanego wróżbity czy medium. Wiele z jego bilokacji są analogiczne do bilokacji Elvisa Presleya, podczas gdy inne - i to w najlepszym wypadku - konsekwencją halucynacji. Jeden z przypadków przebywania w dwóch miejscach jednocześnie przez Ojca Pio, towarzyszył ostry atak migreny widzącego go świadka, innym razem naocznym świadkiem była osoba która widziała zakonnika tuż po przebudzeniu, między kolejnymi snami. Niezwykły zapach świętego, dziś kojarzony z wonią fiołków, był zapewne wynikiem... wody kolońskiej używanej przez Pio. Mistyfikacją okazały się płaczące przed paroma laty figurki Ojca Pio, których łzy naniesione strzykawką, okazały się krwią narkomana. Co do cudownych uzdrowień - jak i inne niezwykłości - nie są oparte o potwierdzone dowody. Każde znane cudowne wyleczenie przypisywane stawiennictwu Ojca Pio, mieści się w naturalistycznych wyjaśnieniach, włączając w nie efekt psychosomatyczny i remisje choroby, jak i inne zjawiska samowyleczenia się mocą samej wiary w uzdrowienie. Część z "cudów" wynikała z początkowo błędnej diagnoz, inne okazały się najzwyklejszą nadużyciem i mrzonką. Dla przykładu, cudownie natychmiastowe wygojenie się rannej nogi, po zasięgnięciu opinii lekarza wyleczonego mężczyzny, trwało w rzeczywistości ponad pół roku.

Ale co ze stygmatami, które uczyniły go sławnym? Kilku badających go lekarzy wstępnie potwierdziło, że widniejące na ciele rany, nie przenikały ciała na wylot, a były jedynie powierzchownymi ranami. Niestety, nigdy nie udowodniono (ani nie obalono) tego faktu, ponieważ Pio sprytnie reagował na każde wnikliwsze badania swoich stygmatów, grymasem ogromnego bólu. Nawet i tą wstępna analiza ran, utrudniała pokrywająca je gruba warstwa zakrzepłej krwi, jednak patolog wysłany przez Stolicę Apostolską zauważył , że poza strupami nie było w ich okolicach "jakiegokolwiek znaku obrzęku, przebicia czy zaczerwienienia". Rana widniejąca na boku, nie wykazywała natomiast w ogóle śladów przecięcia skóry. Sceptycy wskazują natomiast, iż opis ran mógłby sugerować użycie kwasy lub roztworu jodu. Już po beatyfikacji Pio, kontrowersyjny historyk Sergio Luzzatto odnalazł w archiwum watykańskim świadectwo farmaceutki Marii De Viot: "Po raz pierwszy spotkałam go 31 lipca 1919. Ksiądz Pio dyskretnie zawołał mnie, przekazując mi pustą butelkę i pytając czy mogłabym przewieźć mu z Foggia do San Giovanni Rotondo cztery gramy czystego kwasu karbolowego. Ale jeżeli kwas służyć miał dezynfekcji, skąd ta dyskrecja i dlaczego Pio potrzebował nierozcieńczonego karbolu?" Z historii wiemy, że w okresie pojawienia się stygmatów, Pio wraz z innymi zakonnikami odpowiedzialny był za szczepienia młodzieży przeciwko grypie, zaś kwas służył zakonnikom do dezynfekcji igieł. Relacje wskazują, iż zakonnicy byli mocno poirytowani, kiedy poprzez niepoinformowanie ich, poparzyli dłonie kwasem karbolowym. Znamienne jest, że tuż po ujawnieniu stygmatów przez Pio, cześć zakonników z San Giovanni Rotondo, uznała je za poparzenia tymże fenolem.

Inne problemy z ranami dotyczą ich lokalizacji. Tylko Ewangelia Jana wspomina o ranie po przebiciu włócznią, jednak Biblia nie mówi z której strony pchnięto Jezusa. Rana świętego Franciszka była po prawej, podczas gdy Ojca Pio po lewej. Świadkowie którzy widzieli ową ranę, opisywali ją pod postacią krzyża. Innymi słowy, była raczej wystylizowana, niż realnie oddająca rzeczywiste przebicie kopią. Ponadto rany zakonnika znajdowały się na dłoniach, a nie na nadgarstkach, jak dziś zwykło umiejscawiać się rany Chrystusa. Zapytany o tą niefortunną lokalizacje Pio odpowiedział, że "byłoby to zbyt wiele dla człowieka, by mieć je dokładnie tam gdzie Chrystus" . W przypadku zakonnika brakowało natomiast ran na czole spotykanych u innych stygmatyków, tradycyjnie utożsamianych z koroną cierniową.

Z biegiem lat Pio przyodział charakterystyczne "bezpalcowe" rękawiczki, ukrywając pod nimi swoje rany. Jego zwolennicy uznali to za objaw pobożnej skromności. Mogło być to jednak sprytne zagranie, które wyeliminowało ciągłą potrzebę utrzymywania ran "w ciągłej gotowości". Tuż przed śmiercią, w czasie nabożeństwa odprawianego przez schorowanego już Pio, od lat skrywane pod rękawiczkami, tym razem odsłonięte ręce, ujawniły zebranym na mszy wiernym brak dawnych ran. Mimo to, legenda ojca Pio głosi, że stygmaty zagoiły się w sposób w jaki zagoić się nie mogły, już po śmierci franciszkanina, 23 września 1968 roku. Czy stygmaty Ojca Pio mogły być rzeczywiście oszustwem? Wielu stygmatyków, m.in Magdalena de la Cruz,w 1543, przyznało się do fałszowania stygmatów. Maria de la Visitacion, "święta zakonnica z Lizbony" została przyłapana na malowaniu ran na swoich dłoniach w roku 1587. Sam Papież Piusa IX, po swoim prywatnym dochodzeniu, za oszustwo uznał stygmaty Marii Matarelli, czy wreszcie przypadek skazana przez włoski sąd w 1984 za fałszerstwa, włoskiej stygmatyczki Giglioli Giorgini.

7 marca 2009

Zaczarowany ołówek

Mamroczący pod nosem człowiek, macha bezwładnie ręką. Dookoła dżungla i trochę żołnierzy z rosyjskim akcentem. Jedno spojrzenie w stronę szaleńca wystarczy, on już wie! "Podajcie mu kartkę i długopis!". Grana przez Cate Blanchett pani oficer może jedynie westchnąć z podziwu - "Pismo automatyczne! Że sama na to nie wpadłam!"

Scena ta pochodzi z filmu "Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki", a owym mężczyzną, który wpadł na pomysł co znaczą tajemnicze ruchy dłoni szaleńca, był oczywiście sam Indiana. Jeśli w jednym zdaniu miałbym streścić sedno pisma automatycznego, powiedziałbym: "pisz jak najszybciej, myśl przy tym jak najmniej i wysnuwaj z tego co napisałeś jak najdalej idące wnioski". Pisać można trzymając po prostu długopis w ręku, jednak zalecałbym udziwnienie tej metody, w końcu to co zostanie w ten sposób napisane, brane będzie jako ingerencja sił nadnaturalnych. Pióro trzyma się zatem w dziwaczny sposób, czy to między palcami, czy wykorzystując planszetę, wszystko po to aby zmącić oczywisty obraz, że to my jesteśmy autorami tekstu. Wedle słów zwolenników parapsychologii, nasza ręka kierowana jest wtenczas, nie przez nas samych, ale przez astralne osoby trzecie. W procesie tym rzekomo nasze "mistycznego ja" zostaje stopione z niematerialną istotą, która tym hybrydzim sposobem może komunikować się ze światem zewnętrznym. Założeniem pisma automatycznego nie jest zatem jedynie istnienie latających wokoło nas duszyczek, ale łączenie się ich z naszym fizycznym umysłem, tudzież trącanie przez nich naszego ołówka.

W zależności od posiadanego przez nas umysłowego odchyłu, komunikować się z nami może całe spektrum niewidzialnych i zapewne nieistniejących postaci. Jeśli klient pazernego medium zażyczy sobie kontaktu ze swoim zdechłym kotem, zmarłą babcią, albo Juliuszem Cezarem, dostęp do takich "duchów" zależy jedynie od zasobności portfela. Prekursorka pisma automatycznego, XIX wieczna Francuska Catherine Mulle, przekazywała nawet wiadomości od cywilizacji marsjańskiej. W czasach pani Mulle, kiedy pismo automatyczne pachniało jeszcze nowością i święciło triumfy na spirytystycznych salonach, podyktowany zza światów tekst, wyglądał niczym karta z wakacji. "U mnie wszystko dobrze, trzymaj się, do zobaczenia kiedyś tam". Dziś taki styl pisania wydałby się nam naiwnym i śmiesznym, zatem duchy robią to w bardziej tajemniczym, pourywanym i mrocznym stylu - skrojonym wedle oczekiwań współczesnych.

Oczywiście, nikt nie posiada tu jakichkolwiek dowodów, że pismo automatyczne rzeczywiście jest kanałem pomiędzy światami. Pomimo pewnego renesansu tego zjawiska, to i tak niewiele w porównaniu z niegdysiejszą popularnością, nie tylko czysto paranormalną. Przy pomocy automatic writing pisano new age'owską poezja, zaś freudyści tacy jak Pierre Janet, głowili się nad wykorzystaniem pisma w swojej terapii. Kiedy pismo automatyczne ma czytelny charakter i nie zakładamy fałszerstwa, być może rzeczywiście pochodzi z ukrytych na co dzień zakamarków naszego "drugiego ja". Jednak nawet wtedy autorstwo tak zapisanych słów nie wykracza poza nas samych. Nawet kiedy za widniejący na kartce tekst odpowiadać będzie siedząca w nas mroczna osobowość, nie ma mowy o jakiejkolwiek astralnej ingerencji w nasz biologiczny mózg. Nie spodziewajmy się w tych zakamarkach gejzerów miłości i przyjaźni, bo jeśli już, świadomość usuwa tam raczej te niespecjalne elementy naszych osobowości I bez tego, wielu z nas zna potęgę wykonywanych nieświadomie czynności, "automatycznie" podążając do szkoły tym samym szlakiem, nie angażując przy tym żadnego świadomego pomyślunku. Jeszcze bardziej przypominającą pismo automatyczne formą nieświadomej kreatywności, są mazidła która mimowolnie tworzymy podczas rozmów telefonicznych. Przypisywanie tym rysunkom "pozamaterialnego pochodzenia" byłoby szaleństwem, a przecież zbytnio nie różnią się od typowego pisma automatycznego - ewentualnie brakiem efektów specjalnych - brakiem transu, zapachu świec i przewracanych do góry oczu.

PS: Wciąż zainteresowanym dalszym losem perypetii "Listu w obronie rozumu", trafiła się wczoraj prawdziwa gratka w najlepszej oprawie. Chyba po raz pierwszy, na stronie jednego z największych, a w oczach samych sceptyków chyba w ogóle największego demistyfikatora ostatnich dekad, Jamesa Randiego, ukazał się news prosto spod naszej ciemnej strzechy. "Poland Officially Recognizes the Supernatural" autorstwa Jeffa Wagga, pokrótce opisuje problem, który tak rozpalił na co dzień martwą w Polsce dyskusje o zjawiskach paranormalnych. Szczególnie interesujące są opisy rozwiązań legislacyjnych jakie w podobnym przypadku zastosowano w Stanach Zjednoczonych. Za sprawą międzynarodowo-sceptycznego charakteru strony Randiego, dowiemy się z komentarzy, także o rozwiązaniach z innych zakątków świata.

2 marca 2009

"Wierz, boś nie zwierz" a religia szympansia

Część tytułu widnieje w cudzysłowie, ponieważ wykradłem go z artykułu Joanny Podgórskiej. Człowiek różni się od zwierząt wiarą, homo religiosus - ileż razy to słyszeliśmy, prawda? Do wpisu natchnął mnie film światowej sławy prymatolożki Sue Rumbaugh, ukazującej społeczność szympansów bonobo, w niektórych aspektach przewyższającą ludność Tasmanii z przed kilkuset lat. Nie ma co ukrywać, że nie jestem ekspertem w dziedzinie religijnej etologii naczelnych, zatem przez jakiś czas musiałem drążyć ten temat, aż znalazłem prawdziwego grala tematu, w postaci książki religioznawcy Andrzeja Szyjewskiego. Kiedy już miałem przysiąść do komputera i podzielić się tą wiedzą, jak na złość, Pan Turowicz wystosował swój słynny już protest. Jednak co się odwlecze to nie uciecze :)

Wielki biolog, jeden z największych naukowców XX wieku, Konrad Lorenz, twierdził, że gdyby nie istnienie szympansów, o wiele łatwiej zaakceptowano by pochodzenia człowieka. Rzut oka na odległych nam przodków nie budzi naszej odrazy, czego nie można powiedzieć o szympansie. Nikt nie szydził z Darwina przyprawiając mu odnóża bezkręgowca, za to bardzo chętnie karykaturzyści przedstawiali go jako małpę. "Nieubłagane prawidła percepcji postaci szympansa, zmuszają nas do dostrzegania w jego obliczu ludzkiej twarzy. Tak widziany i mierzony ludzką miarą szympans musi wydawać nam się czymś ohydnym, diabelską karykaturą nas samych. Jest nieodparcie śmieszny, a przy tym tak pospolity, tak wulgarny i odpychający, jak tylko może być człowiek" - pisał Lorens w "Tak zwane zło". Według biologicznej systematyki jesteśmy czwartą, lub jak kto woli piątą małpą, a mimo to wyznawcy wielu religii robią co mogą, aby wywyższać człowieka jako wyjątkowego i stworzonego na obraz Boga.

Dla antropocentrystów prawda jest okrutna. Posługiwanie się językiem symboli i świadomość śmierci - niegdyś niezdobyty ich bastion - leży dziś w gruzach. Na początku XX wieku, metodą cross-fostering (wychowania krzyżowego - wychowywania razem noworodków szympansa i człowieka) małżeństwu Kellegów udało się nauczyć gorylicę Guę ludzkiej mowy! 50 Lat później eksperyment powtórzono, kiedy państwo Hayes opiekowali się szympansicą Viki - z podobnym skutkiem. Były to co prawda proste zwroty, typu angielskich słów "mama", "tata", góra", "kubek", jednak bariere nie stanowił tu umysł szympansa a jego aparat mowy. Od lat 60-tych, w ramach projektu Washoe, uczono szympansów o wiele bardziej efektywnej komunikacji - języka migowego. Język migowy ASL umożliwił szympansom komunikowanie się z ludźmi za pomocą prostych zdań, co było kamieniem milowym w zrozumieniu protoreligijności szympansów. Wychowana przez Anne Premack szympansica Sary, potrafiła w tenże sposób opowiadać swojej opiekunce o własnych lękach związanych ze śmiercią, takich jak "Sara boi się odejść". Kiedy w 1984 roku gorylicy Koko zginął kot, Koko wpadła w rozpacz. Nawet po 10 latach, gorylica na widok kota wyraźnie okazywała swój smutek. W naturze samice małp żegnają swoje martwe młode pocałunkiem, a także spotykamy tzw "nieme kręgi" - czuwanie w milczeniu nad zwłokami osobnika ze stada.

Prawdziwą zagadką i sensacją zarazem jest opinia co do "życia po śmierci". Pytana o to Koko odpowiadała, że "idą do wygodnej jamy na uboczu". W połowie lat 70-tych, prymatolodzy zainteresowali się bardzo rzadkim, poruszającym się dwunożnie gatunkiem małpy, bonobo, która okazała się nieporównywalnie bardziej inteligentna niż szympans. Bonobo Kanzi, (a więc dokładnie ten sam, o którym mowa na zalinkowanym filmie) porozumiewający się przy pomocy dotykowego ekranu komputera, odpowiedział na pytanie postawione Koko bardzo podobnie - "po śmierci trafiamy do wielkiej czarnej dziury". Interesujące, że Sue Rumbaugh zmęczonej zachowaniem bonobo, udało się wmówi Kanziemu obecność nieistniejącego potwora, czającego się w miejscach do których nie wolno było mu wejść! Coś nam to przypomina?