28 lutego 2009

Zawodowe oszustwo

Kiedy w październiku rejestrowałem się w powiatowym urzędzie pracy, okazało się że ukończony przeze mnie kierunek studiów, nie widnieje na liście wykonywanych w Polsce zawodów. Ostatecznie wypertraktowałem dla siebie profesje "antropolog", mimo że nie jest to do końca zgodne z prawdą. Czuję, że mój przypadek odbił się echem aż w Warszawie i Ministerstwo Pracy nareszcie wyszło na przeciw podobnym niedopowiedzeniom. Miałem co prawda napisać o religijnych zachowaniach szympansów, czuje jednak moralną powinność dołączenia się do bliskiego mi grona anty-paranormalnego, w głosie przeciwko umieszczeniu astrologa i wróżbity w oficjalnej klasyfikacji zawodów i specjalności. Pod linkiem kryje się list otwarty naszych naukowców, pod którym każdy z nas może umieścić swoje nazwisko, wspierając tą szczytną inicjatywę, zaraz sytuując się w doborowym towarzystwie naszych największych umysłów. Widnieje gdzieś w pierwszym tysiącu i jeśli dobrze pamiętam, to już moja trzecia internetowa lista: po ateistyczno-agnostycznym coming-out'cie firmowanym przez racjonalistę i moim wpisie na "czarnej liście" naczelnego inkwizytora naszego kraju, Ryszarda Nowaka. Do tej ostatniej dopisałem się, kiedy dowiedziałem się, że Komitet Obrony przed Sektami żąda od policji udostępnienia numer IP wpisanych tam osób, jako potencjalnych satanistów.

Postać Pana Nowaka, który do zespołów satanistycznych zaliczył Trubadurów i Myslovitz, zaś działalności sekciarskiej doszukał się u ekologów i wegetarian, została tu wymieniona i z innego powodu. Pomimo tych absurdów, były parlamentarzysta za sprawą przewodnictwa oficjalnie zarejestrowanej organizacji, powoływany był w roli biegłego, przez sądy województwa lubelskiego i kujawsko-pomorskiego. Jak można przeczytać na stronach "listu w obronie rozumu" to między innemu właśnie podobnych precedensów boją się sygnatariusze - iż sformalizowanie zawodu bioenergoterapeuty znobilituje ten zawód na równi z innymi zawodami. Pomysłodawcą listu jest nie byle kto, bo jeden z największych popularyzatorów nauki w naszym kraju, Łukasz Turski. Po raz pierwszy spotkałem się z tym panem podczas seansu wykładów, w których objaśniał zależności pomiędzy kubizmem Picassa a teorią względności. Dał mi się wtenczas poznać jako człowiek niezwykłej erudycji i wiedzy z zakresu historii nauki, a także jako wielki przeciwnik postmodernizmu, fanatyk matematyki i scjentysta - a zatem swój chłop!

Dla mnie projekt Urzędu Pracy jest najzwyklejszą legalizacją oszustwa - bo czymże są te specjalności jak nie oszukiwaniem "zwykłego człowieka". Klient płaci w nich za usługę która nie ma miejsca. Dodatkowo obrzydliwie żeruje się przy tym na osobach często w tragicznym położeniu, których bliscy zaginęli lub są śmiertelnie chorzy. To co rozporządzenie definiuje jako zajęcie astrologa: "Badanie wpływu poszczególnych planet układu słonecznego na życie człowieka" jest po prostu żenujące. Oddziaływanie grawitacyjne (a tylko takie wchodzi w rachubę) Marsa na klienta gabinetu astrologicznego jest mniejsza, niż samochodu jadącego koło nas na drodze. Nie chce przedłużać, bo zapewne nie raz będę o tym pisać. Zostaje mi zatem przyklasnąć i kibicować zaangażowanym w ten pomysł, a z mojej strony jeszcze raz podsyłam linka, tym razem bezpośrednio do strony formularza wpisowego.

22 lutego 2009

Nauka w oparach buddyzmu

Większość dyskusji tyczących się relacji nauki i wiary, tą drugą zwykło utożsamiać z chrześcijaństwem. Mówiąc, że nauka i wiara, jest lub nie jest do pogodzenia, nie rozpatrujemy wiary w kontekście religii Aborygenów, hinduizmu czy szamańskich transów. Zwykle spoglądamy przez pryzmat nauki na chrześcijańskie dogmaty, nie zaś na całkowitą zapaść nauki w krajach pod panowaniem szariatu. To czy można pogodzić naukę i religię chrześcijańską poniekąd wiemy, choćby z wielu badań co rusz przeprowadzanych w tym temacie Badania Edwarda Larsona i Larrego Withama z roku 1998 dowiodły, że około 60% amerykańskich wykładowców akademickich to ateiści, zaś wśród najbardziej elitarnej grupy, skupiającej naukowców jedynie z największym dorobkiem - National Academy of Sciences, aż 95% odrzuca wiarę w Boga i życie pośmiertne.

Poza niewykorzystanym zaproszeniem na spotkanie z Dalajlamą, zostało mi po tej wizycie zapytanie, o źródło popularności buddyzmu wśród ateistów. Można przypomnieć choćby czołowego amerykańskiego ateistę Sama Harrisa, ale badania naszego rodzimego gruntu pokazują, że i w Polsce ten flirt ateizmu z buddyzmem ma nierzadko swoje miejsce. Czy buddyzm jest rzeczywiście bardziej zdroworozsądkowy, bardziej sceptyczny? Czy nie neguje nieprzychylnych dla siebie naukowych faktów? Na pierwszy rzut oka odpowiedź wydaje się twierdząca. Już na wstępie swojej książki, "Wszechświat w atomie. Gdy nauka spotyka się z duchowością", Dalajlama pisze:

Prawdziwy buddyzm niezmordowanie dąży do empirycznego poznania. W procesie ustalania słuszności stwierdzeń, buddyzm przyznaje pierwszeństwo empirii, następną instancją jest rozum, a dopiero na końcu święty tekst. Religia ta jest w stanie odrzucić obowiązujące od wieków "niepodważalne" przekonania, jeśli badania wykażą, że prawda wygląda inaczej.
Czyż nie brzmi to cudownie? Nauka triumfująca nad wiarą, a religia dostosowuje się do jej praw, pokornie tuląc się pod wagą naukowych dowodów. Niestety znam więcej tego typu frazesów i wiem jak w praktyce wyglądają. W zasadzie każda religia głosi podobny pogląd. Zacytuje tu choćby pogląd św Augustyna, czy arcybiskupa metropolitę lubelskiego, Józefa Życińskiego:

Ilekroć zaistnieje konflikt pomiędzy dosłowną interpretacją jakiegoś tekstu biblijnego a prawdą dotyczącą przyrody, udowodnioną przy pomocy wiarygodnych argumentów, chrześcijanin powinien poddać tekst biblijny reinterpretacji metaforycznej.
Dla dzisiejszej linii obrony religii chrześcijańskiej przed nauką, wciąż znamienne zdają się słowa Augustyna: "Pan nie powiedział: zsyłam na was Ducha, aby was pouczył o biegu Słońca i Księżyca. Chciał was uczynić chrześcijanami, nie zaś astronomami". Chrześcijanie raczej nie idą w zaparte, próbując dowieść zawartych w biblii prawd o budowie białka. Tymczasem mniej więcej taką strategie obrał Dalajlama. Usilnie próbuje przekonać czytelnika, że wszystko co dziś wiemy już było i zostało objawione w pismach buddyjskich mężów. Jego Świętobliwość z jednej strony chwali wykładnie buddyjskiej kosmologii abhidharme, za pogląd o wielości światów, na marginesie wzmiankuje jedynie, że według abhidharmy Ziemia miała być płaska z krążącym wokół niej Słońcem. Dalajlamę przekonuje oczywiście bardziej teoria w której Wszechświat jest wieczny i składa się z nieskończonych ciągów następujących po sobie Wielkich Wybuchów, niż pojedynczy Big Bang niespójny z założeniami buddyzmu. Jednak największe pole do popisu dla irracjonalnych religii daje jak zawsze "nielogiczna" mechanika kwantowa. Kiedy czytałem zebrane przez Jeana Delumeau w książce "Uczony i wiara, wyznania ludzi nauki," świadectwa bogobojnych naukowców, mechanika kwantowa odgrywała w nich kluczową role. Mechanikę kwantową przywołuje się kiedy mowa o Duchu Świętym, ale równie chętnie sięgają po nią telepaci, tłumacząc naturę swoich zdolności! Bezsprzecznie laur koła ratunkowego dla religii i zjawisk paranormalnych ostatnich dekad, należy się zasadzie nieoznaczoności Heisenberga i "dziwnym zachowaniom cząstek elementarnych. Mechanika kwantowa świetnie współgra nie tylko z buddyjską "teorią pustki". Religijny świat sankcjonuje nią już chyba każde najbardziej absurdalne dociekanie, na zasadzie "jeśli elektron może, to czemu nie my?"

Dla religii nauka jest rzetelna do póty, do póki odpowiada jej wyobrażeniom i poglądom. Dalajlama stawia się w gronie światłych ludzi tego świata i na swój sposób akceptuje teorie ewolucji:

Dotychczas nie znaleziono dowodów, które pozwoliłyby ją podważyć i stanowi dziś najbardziej spójne naukowe wyjaśnienie ewolucji życia na Ziemi. Darwinowska teoria ewolucji, wsparta odkryciami współczesnej genetyki, jest dość spójnym wyjaśnieniem rozwoju życia na Ziemi.
Nie mniej, jeśli dotyka ona ważnych dla buddyzmu spraw, stając z nimi w sprzeczności, ewolucja wydaje się już mniej potwierdzona i przekonywująca. Pogląd, iż nasze dobre uczynki wynikają z naszej biologii jest dla religii wschodu nie do zaakceptowania. Dalajlama widzi problem dla teorii ewolucji w przypadku zachowań altruistycznych, co wynika chyba z jego nieznajomości subtelnych meandrów teorii ewolucji. Altruizm matki do dziecka nie godzi w w zasady ewolucji, ponieważ instynkt dąży nie tylko do przetrwania samej jednostki, a do przetrwania gatunku, a mówiąc ściślej, do przetrwania puli genów. Także chybionym wydaje mi się argument Jego Świętobliwości, o wychowaniu podrzuconej kukułki przez ptaki innego gatunku, co miałoby dowodzić niespójności w teorii Darwina. Tymczasem nie jest to zachowanie altruistyczne tychże ptaków, ale pasożytnictwo kukułki. To nie my jesteśmy altruistami dla tasiemca, ale tasiemiec dla nas pasożytem. Reasumując, konfrontacja buddyzmu i nauki niesie jakieś nadzieje, ale jak na razie bez zachwytów. Raczej te sam zagrania i ta sam pozorna otwartość jaką spotykamy u co bardziej sympatycznych przedstawicieli innych religii.

8 lutego 2009

Transcendentalna wojna

Fascynującym tematem, chyba nie poruszanym ze zdroworozsądkowego punktu widzenia, jest stosunek ezoterystów do Kościoła katolickiego. Te dwie wielce uduchowione myśli nie pałają do siebie szczególną sympatią, a jak mawia stare przysłowie, "gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta". Nie ma co ukrywać, że w Polsce mamy więcej astrologów niż astronomów, a czasopisma takie jak "Czwarty wymiar" i "Wróżka" przewyższyły swoimi nakładami czasopisma naukowe. Z drugiej strony, Kościół posiada rzeszę 30 tysięcy wykwalifikowanych agitatorów w postaci katolickich księży, ilość której nigdy nie dorobi się w naszym kraju ruch wolnomyślicielski. Racjonalizm jest tu kopciuszkiem. Kiedy chrześcijański i okołoezoteryczny światopogląd wchodzi ze sobą w konflikt, być może należałoby wzmacniać jedną ze stron we wspólnych dla nas sprawach - oczywiście, wcześniej należałoby wiedzieć gdzie istnieją owe zbieżności i po to właśnie ten post. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby przyznawać racje zawsze wtedy, kiedy rzeczywiście jest ona należna, niezależnie od tego jak nie lubimy głoszącej ją strony. Bardzo ważne aby nosić przy tym w głowie słowa Barta Simpsona, wypowiedziane w jednym z odcinków (The Father, the Son, and the Holy Guest Star) w kierunku walczących ze sobą odłamów chrześcijaństwa, tym razem przełożywszy je na opisywanych tu oponentów: "te małe głupie różnice to nic w porównaniu z wielkimi głupimi podobieństwami".

Ezoteryzm, New Age i okultyzm, traktowane przez księży w charakterze synonimów, nie znaczą bynajmniej tego samego, choć można powiedzieć, iż dwa ostatnie zawierają się w pierwszym. Okultyzm to wynalazek końca XIX wieku, zaś ezoteryzm posiada o wiele starszą tradycje, sięgającą korzeni astrologii i alchemii. Relatywnie nie tak dawno, bo jeszcze kilka wieków temu, ezoteryzm nie różnił się zasadniczo od chrześcijaństwa, Bóg był tu wciąż niezbędnym narzędziem do osiągnięcia wszelakich celów. Jednak tak jak rewolucja kopernikańska wydostała Ziemię wraz z człowiekiem z centrum wszechświata (wbrew temu co mówi Biblia), tak ezoteryzm poszedł w drugą skrajność, równie niebezpieczną dla Kościoła, wynosząc człowieka do boskiej pozycji. Okultyzm, jest zrytualizowanym ezoteryzmem, praktykującym tzw. Ścieżkę Lewej Reki. Ścieżka Lewej Ręki to daleko posunięty antropocentryzm, w którym praktykujący ją adept odwołuje się nie do Boga, a do swojego wnętrza. Wiara, iż poznanie znajduje się w nas samych, jest przeciwieństwem Ścieżki Prawej Ręki, nieodzownie zwracającej się ku górze, w stronę absolutu. Istnieją również godzące te stanowiska rozwiązania, takie jak taoizm, zwany Drogą Środka.

Drugim skonfliktowanym z Kościołem wpływowym środowiskiem, jest wykrystalizowany w świecie zachodu w 2 połowie XX wieku, a będącym zestawem osobliwych wierzeń, ruch New Age. New Age kierujący swój wzrok w stronę "natury" odrzucając medynę konwencjonalną na rzecz medyny alternatywnej. Kościół co prawda nie uznaje skuteczności tej "medycyny" jednak doszedł do tego dość osobliwą metodologią. Odrzuca on całą koncepcje energii, ponieważ w gruncie rzeczy żaden ze świętych nie posiadał nigdy takiej mocy uzdrawiania i nawet najwięksi ulubieńcy Boga zdać się mogli jedynie na jego łaskę, prosząc go o to w modlitwie. Istnieje zresztą więcej takich zbieżności Kościoła i nauki, w których Kościół dochodzi do tych samych wniosków w zaskakujący sposób - np. kwestionuje zdolności jasnowidzów nie dlatego iż są bzdurą, a dlatego że pochodzą od diabła. New Age odwzajemnia się oskarżeniami, utożsamiając "Epokę Kościoła" ze znienawidzoną przez nią Erą Ryb, która nie przez przypadek zaczęła się wraz z narodzinami chrześcijaństwa, 2 tysiące lat temu. Kościołowi zarzuca się odejście od mistyki i życia w prawdziwej wspólnocie, zastępując ją zbiurokratyzowaną instytucją religijną. Za sprawą porzucenia chrześcijańskiego dualizmu ciała i duszy i traktowania jednego jako emanacje drugiego, New Age przywiązuje niebagatelną rolę do ciała i seksualności, a sam seks ma być tu stymulantem naszego najwyższego ja. Porzucenia religijnie umartwianego ciała na rzecz pozytywnie rozumianego hedonizmu, to niewątpliwe kość niezgody pomiędzy new age'owcami a katolikami, jest to jednak zgodne z tym co myśli, jeśli nie większości, to dużej części ateistów.

PS: Zupełnie nie na temat. Od pewnego czasu, Instytut Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza, raczy nas tekstami Iana O'Neilla w tłumaczeniu dr Piotra Dybczyńskiego, tyczącymi się proroctw roku 2012. Jak na razie, ukazały się "Nie będzie Dnia Zagłady w roku 2012", "Nie będzie żadnego zbliżenia Planety X do Ziemi w roku 2012", "Nie będzie żadnego zabójczego rozbłysku na Słońcu w 2012 roku", "Nie będzie odwrócenia biegunów geomagnetycznych w 2012 roku" oraz "2012: Planeta X to nie Nibiru". Miałem doczepić do notki ale wypadło mi z głowy. Polecam!

5 lutego 2009

Genezy spiskowego idiotyzmu

Prawdziwy sceptyczny blog, prowadzony przez zakamuflowanego masona, nie może obejść się bez tematu teorii spiskowych. Przyjemny do polemiki materiał podsunęła mi niezawodna "Polityka", w postaci tekstu Krzysztofa Szymborskiego "Spisek Powszechny". Artykuł mówi raczej o teoriach jako takich, nie koncentrując się na "prostowaniu" którejś z nich. Wiele natomiast poświęca ewolucyjnej genezie takiego paranoidalnego myślenia, a także plotce jako przekaźniku podobnych bzdur. Tymczasem jeśli dobrze pamiętam, Klaus Dohrmann w swojej "Psychologii plotki” dowodził, że aż 80% wypowiadanych przez nas zdań zakwalifikować można jako plotkę, zatem plotka jest nie tyle narzędziem teorii spiskowej, co narzędziem wszystkiego. Szymborski cytuje przy tym Patricka Lemana, iż wyznawcami spiskowej teorii dziejów są osoby o niskim statusie, uważający się za ofiary społecznej dyskryminacji. Na tle polskiej sceny tropicieli spisków, badanie te sprawdza się w stopniu umiarkowanym, o wiele lepiej spisuje się na naszym gruncie teza Daniela Pipes'a, autora "Potęgi spisku", wskazująca na skrajną prawice, jako tą najbardziej opętaną wizją tajemnych układów.

Zapewne za sprawą specyficznych warunków kulturowych, Polacy są stosunkowo oporni, zarówno w tworzeniu jak i wyznawaniu teorii spiskowych. Nawet te, jako tako funkcjonujące w naszym społeczeństwie spiski, są najczęściej pochodzenia amerykańskiego, gdzie teorie spiskowe panoszą się najmocniej i najskuteczniej. Polskiego spiskowca charakteryzuje coś co zwę "dobrze poinformowanym niedoinformowaniem" - wiara w słuszność teorii spiskowych wynika u niego z posiadania nieznanej powszechnie wiedzy, zarazem wiedza ta jest niedostatecznie duża, aby móc rzeczywiście zweryfikować podane w teorii fakty. Dla przykładu, luki w "oficjalnej" wersji wydarzeń z 11 września, szczególnie jeśli "oficjalna" wersja podana jest przez tych samych którzy wskazują owe luki, nie jest bynajmniej wyczerpaniem tematu. W tym wypadku należałoby ponieść jeszcze jeden wysiłek i zapoznać się z odpowiedzią sceptyków na owe zarzuty. Zapewniam, że jeśli ktoś tylko dopuszczał do siebie możliwość spisku z 11 września, po takiej lekturze zaczerwieni się ze wstydu.

Prawdziwą genezą dzisiejszych teorii spiskowych jest najzwyklejsze oszustwo, a najlepszym nośnikiem, a jak za moment postaram się udowodnić, także narzędziem - internet. Spisek 9/11 opiera się prawie wyłącznie na mniej lub bardziej świadomym oszustwie. Aby maksymalnie skrócić czas walenia się WTC, świadomie opóźnia się moment rozpoczęcia odliczania, a następnie zatrzymuje czas, tuż po osiągnięciu przez walący się budynek poziomu chmury pyłu, tak jakby budynek przestał się w niej walić. Nie ważne jest tępo zawalenia się właściwej części WTC, jego "rdzenia", ale tępo spadania drobnych, oderwanych fragmentów budynku, tworzących idącą w dół "fale". Na koniec aby policzyć prędkość z jaką walił się budynek, ten wyciągnięty z kapelusza czas, przelicza się przez... wysokość budynku, tak jakby zawalił się on równo do poziomem gruntu, a powstałe po nim kilkudziesięciometrowe rumowisko gdzieś wyparowało! Manipulacja potencjalnym odbiorcą przebiegać może, również na linii tendencyjnie dobieranych materiałów. Na filmach maści "911 In Plane Site" czy "Loose Change", których to autorzy twierdzą, że w Pentagon nie uderzył Boeing 757, nie zobaczymy zdjęć już po ugaszeniu pożaru. Ściana Pentagonu w którą wbił się samolot pokazana jest zawsze w trakcie gaszenia, kiedy spowija ją dym i woda ze strażackich węży, nigdy już po wszystkim. Czemu? Ano dlatego, że na takich zdjęciach wszędzie widać resztki samolotu, walające się na trawniku kawałki kadłuba a nawet silniki Boeinga wbite w ścianę! W parze z manipulacją gra najniższy poziom spisku, zwykłe kłamstwa. Co znaczą wszystkie analizy spiskowców, próbujących dowieść iż kolo Pistburgha nie rozbił się czwarty samolot, przy 1,5 tysiąca znalezionych tam fragmentach ludzkich szczątków, zidentyfikowanych przy pomocy DNA jako pasażerowie lotu 93?

Nieodzownym przyjacielem takich spisków jest internet. Na bazie internetu, nie wychodząc z domu, a w zasadzie wychodzenie z domu i konfrontowanie faktów jest tu nawet niewskazane, powstała większość zachodnich teorii spiskowych. Najlepszym przykładem jest tu "Moon hox", teoria optująca za sfałszowaniem misji Apollo 11, praktycznie w całości oparta na materiałach udostępnionych przez NASA! Moon hox nosi w sobie tą zaletę, iż prawie każdy może poczuć się odkrywcą spisku, wystarczy poprzeglądać trochę zdjęć z lądowania na księżycu, plotąc bzdury o cieniach i odbiciach. Wszystko to przyprawia vegeta zjawisk które poruszam na blogu - tą uniwersalną przyprawą jest oczywiście ignorancja.

1 lutego 2009

ABC Kryptozoologii

Mało widowiskowe odkrycia nowych gatunków chrząszczy, kuszą zastępy amatorów do obejścia tego żmudnego procesu klasyfikacji nowego gatunku. Poświęcenie połowy życia, na opis nieznanego nauce storczyka, nie podnosi u nich adrenaliny. Głodnych sławy i sensacji ludzi nie zraża fakt, nie notowania już nowych większych zwierząt lądowych. Według kryptozoologów, świat jest usiany niezliczoną ilością zagadkowych stworzeń, zaś mityczne stwory takie jak jednorożce, gryfy, syreny czy smoki, mają swoich odpowiedników w rzeczywistości. Mogą zamieszkiwać daleką pustynie Gobi, jak 2 metrowy, plujący kwasem i kopiący prądem, Mongolski Robak Śmierci. Inne są mniej dyskretne i tak jak Mothman, człowiek-ćma, żyje w mieście Point Pleasant. Jest tego naprawdę sporo, oto te najciekawsze, a zarazem najsłynniejsze i najdurniejsze.

Chupacabra - jedno z najmłodszych dzieci kryptozoologi, liczący sobie zaledwie 20 lat, latynoamerykański stwór przypominający kolczastego psa. W Portoryko, za sprawą mody na chupacabre, poznikały wszystkie inne drapieżniki, takie jak dzikie psy, ponieważ wszystkie ataki na zwierzęta hodowlane przypisuje się chupacabrze. Chyba jak przy żadnym innym stworzeniu z tej listy, wokół chupacabry narosły całe teorie spiskowe, łączące ją czy to z UFO, czy to z tajnymi badaniami genetycznymi. Jednak, tak jak w przypadku wszystkich wymienionych tu zwierząt, nie ma oczywiście żadnych bezpośrednich dowodów na to, że nasz kolczasty przyjaciel istnieje.

Diabeł z Jersey - stworzonko z zagłębia mitycznych potworów, a zatem rodem z USA. Diabeł miałby być przemienionym w demona 13 dzieckiem, dzieciobójczyni Debory Leeds. Na kartach historii postać diabła funkcjonuje od XVIII wieku, jednak najciekawsze wydarzenia z nim związane datuje się na 16–23 stycznia 1909 roku. Jest to apogeum zbiorowej histerii, kiedy w ciągu paru dni zanotowano ponad tysiąc doniesień o ataku tego stworzenia, a w konsekwencji pozamykano szkoły na przestrzeni kilku stanów! Równolegle do paniki trwała intensywna akcja policji, informującej w prasie i na plakatach, że diabeł z Jersey nie istnieje.

Jackalope - krzyżówka królika i antylopy, ewentualnie królika i jelenia, hasająca rzekomo po amerykańskich preriach. Samice Jackalopa, mogą być dojone, zaś ich mleko leczy wiele chorób. Królik zbliżony jest umiejętnościami do naszego kruka, mogąc naśladować mowę człowieka, zaś najlepszą metodą jego upolowania jest napojenie bidaka alkoholem. Jak widać na załączonym opisie, wiara w Jackalopa jest na wpół poważna, zaś istnienie rogów u dzikich królików tłumaczy się wirusem brodawczaka.

Krasnoludki, a więc małe, brodate ludzki, noszące na głowach szpiczaste czapeczki. Jak się okazuje, ich obecność nie wszędzie traktowana jest jako wytwór dziecięcej wyobraźni. Taką przyjazną dla krasnali krainą jest Argentyna, gdzie według niektórych badań, aż 80% osób wierzy w ich istnienie. W ostatnich dwóch latach, filmy i zdjęcia przedstawiające zamazane argentyńskie gnomy, zasiliły wiele światowych tabloidów. Dla przykładu, równie owocnym krajem, tym razem jeśli chodzi o UFO, jest Meksyk. Poniżej przykład tego narodowego towaru eksportowego.




Zaskakuje liczba dinozaurów, umieszczanych gdzieś w Afryce - w końcu nie jest przypadkiem, iż serial "Zaginiony Świat" dzieje się w Afryce. Najsłynniejszy z nich, to żyjący w Kongo Mokele Mbembe. Z powodu pięknych krajobrazów i widma życiowej przygody, w przeciągu ostatnich 100 lat odbyło się przeszło 30(!) zorganizowanych wypraw badawczych poszukujących Mokele-Mbembe. Wyprawa BBC z roku 2001 i National Geographic z 2006 zakończyły się co prawda fiaskiem, jednak już wyprawa dla amerykańskiej telewizji SciFi Channel zarejestrowała.. grupkę pięknych hipopotamów.

Orang-pendek, żyjące sobie gdzieś na uboczu, zapomniane nawet przez kryptozoologów stworzonko, odżyło w roku 2003 po odkryciu szczątków homo floresiensis. Stawiwszy znak równości pomiędzy orang pendekiem a człowiekiem z flores, mielibyśmy niejako dowód kopalny na istnienie tego pierwszego. Wydaje się to błędne z co najmniej kliku względów. Tak jak w przypadku innych kryptyd, istnieją skrajne rozbieżne opisy dotyczące oran-pendeka, jego wyglądu i zachowania. Dopiero zainteresowanie mediów węszących w nim kopalnego hominida ujednoliciły ten opis do małej wyprostowanej małpy i każdy mieszkaniec Flores okazał się świadkiem spotkania z pendekiem. Druga rzecz - nic nie wskazuje na to, że homo floresiensis wciąż żyje w tamtejszych lasach, nie może być więc wciąż widywanym orang-pendekiem. Tak czy owak jest to jeden z nielicznych domniemanych gatunków rozpalający wyobraźnie naukowców.

Potwór z Loch Ness - jedyna wodna kryptyda na mojej podręcznej liście, ale od razu jaka! Zamieszkujące najlepiej przebadane jezioro świata stworzenie, wciąż nie może wpaść w ręce nauki. Kilkanaście wielkich wypraw poszukiwawczych na przestrzeni ostatnich 50-lat - posługujących się począwszy od kamer, tygodniami filmujących lustro wody, na łodziach podwodnych skończywszy - nie dały nam do ręki ogoniastego potwora. Ostatecznym ciosem dla Loch Ness jest ekspedycja z roku 2003, która przy pomocy siatki GPS i 600 sonarowych wiązek, wzdłuż i wszerz przebadała całość jeziora, oficjalnie potwierdzając nieistnienie hipotetycznego plezjozaura. Wiadomość ta jest na tyle niewygodna dla środowiskiem kryptozoologów, że Fox Mulder przyznał w jednym z odcinków Archiwum X, że w wodach Loch Ness nie żyje żaden potwór... ponieważ żyje on na pobliskich skałach.

Wielka Stopa - nie mylić z jego himalajskim kuzynem Yeti, jest jedną z kilkunastu wielgachnych małp, jakie to przechadzają się po różnych zakątkach naszego globu. Najsłynniejsze zdjęcie Wielkiej Stopy, będące klatką filmu Rogera Pattersona z roku 1967, przedstawia Boba Heironimusa, który za słynny chód Sasquatcha zainkasować miał 1000$... niestety został oszukany przez Pattersona, tak jak miliony ludzi którzy po dziś dzień wierzą w Wielką Stopę.