28 września 2009

Z półki apologety

Niespodziewany sukces "Boga urojonego", czyli osiągnięcie 1/20 nakładu "Świadectwa" kardynała Dziwisza, ewidentnie namieszał na naszym religijnym podwórku wydawniczym. Wzrok padł na tytuły dotąd zbędne naszemu nowoczesnemu katolikowi, dla którego szarża niesfornych ateistów były niczym Wielka Stopa - to znaczy wszyscy wiedzieli że gdzieś jest, ale nikt jej nie widział. Chrapka na schedę po Dawkinsie, przyniosła polskiemu czytelnikowi tytuły innych angielskich i amerykańskich ateistów, a w konsekwencji dział nieobecny do teraz na naszym rynku, chrześcijańskich polemik do dobrej nowiny ateistów. Ostatnie miesiące przyniosła kilka takich tytułów, w tym "Dochodzenie w sprawie Stwórcy. Dziennikarz bada dowody naukowe przemawiające za istnieniem Boga" Lee Strobela. Strobel jest oczywiście byłym ateistą, zgodnie z paradoksalną zasadą, iż najgłośniejsi ateiści werbują się z najbardziej purytańskich rodzin, zaś najwięksi przeciwnicy ateizmu to oczywiście niegdysiejsi niewierzący. Generalnie sceptycy omijają takie tytuły szerokim łukiem, ja natomiast nimi nie pogardzę, a wręcz przeciwnie, na swój sposób lubię takie czytadła. "Dochodzenie w sprawie Stwórcy" zawiera barwną krytykę zasady mierności, zwanej zasadą kopernikowską - koncepcji sytuującej Ziemi poza przypisywanym jej od wieków, jakimś szczegółowym miejscu we wszechświecie. Rzecz jasna wszystko to zostało kosmicznie wyolbrzymione, rozmówcy Strobela jednym ciachnięciem wykluczyli możliwość życia na 100 mld galaktyk eliptycznych, jednak sam opis ma w sobie coś pięknego. Dziś, kiedy odnajdujemy planety nawet wokół najbardziej niegościnnych obiektów, panowie hurtowo skasowali miliardy, nie gwiazd, a całych galaktyk! Opis jest zatem fałszywy, jednak kusi poczuciem bycia boskim wybrańcem. Tytuł jak ten nie może obejść się bez krytyki ewolucji. Dotyczy ona głównie nadużyć znanych także ewolucjonistom, jak związki organiczne okrzyknięte życiem w próbówkach Millera, czy podejrzane XIX-wieczne rysunki embrionów Haeckela. Do kolekcji zabrakło tylko człowieka z Piltdown. Rzadkość stanowią tłumaczenia spiritus movens inteligentnego projektu Michaela Behego, wobec zarzutów kierowanych w stronę kreacjonistów. Dysteleologia - obecność wadliwych rozwiązań w ciałach autorstwa niekończenie inteligentnego projektanta, została rozwiązana ... poprzez zaprzeczenie istnienia takich niedoróbek. Książkę psuje ostatni rozdział, w którym pod obronę trafia zatrważająco naukowa teza, o rozdziale pomiędzy naszym umysłem a naszym mózgiem. Istnienie świadomości sytuowanej poza ciałem człowieka, dowodzić maja doświadczenia śmierci klinicznej. Wszystko to ilustruje przykład kobiety, która jako duch zobaczyła leżące za oknem szpitala buty, których oczywiście inaczej zobaczyć nie mogła. Mało jest o samym wydarzeniu, za to wiele o jego niezwykłych konsekwencjach, przypieczętowujących dualistyczne rozdzielenia ciała i duszy. Owy tajemniczy cud to znany w sceptycznym świecie głośny przypadek NDE z roku 1977. Niestety dla Strobela jest on całkiem zgrabnie i przekonująco wyjaśniony i to w całkowicie anty-paranormalny sposób, o czym bidak najwidoczniej nie wiedział.

Drugi owoc literatury antyateistycznej tego lata to dzieło Dawida Berlinskiego "Szatańskie urojenie. Ateizm i jego pretensje naukowe". O ile u Strobela wyczuć można dozę zrozumienia dla niewierzących, coś na miarę "Bóg nie jest urojeniem" McGratha, lekkie połechtanie tych ateistów którzy sięgnęli po ich książki, Berlinski jedzie po całemu. Ateizm jest tu dokładnie taki jak na okładce, z czerwonymi bajeranckimi rogami w tonacji piekła. 3/4 objętości książki stanowią wynaturzenia na temat Wielkiego Wybuchu i historie o tym jak nieuchronnie świadczy on o osobowym stwórcy. Przy tym Berlinski całkowicie zapomina o księdzu i astronomie, Georgesie Lemaitre, twórcy teorii pierwotnego atomu, ojcu teorii Wielkiego Wybuchu. Lemaitre odważył się upomnieć samego papieża Piusa XII, kiedy ten węszył w dowodach potwierdzających Big Bang przesłanki na biblijne Genesis. Dla Berlinskiego Big Bang i Księga Rodzajów to jedno i to samo, zaciekle zwalcza przy tym inne teorie powątpiewające w początek kosmosu, takie jak hipoteza pulsujących wszechświatów, zderzające się membrany w teorii strun, czy wszechświat Hawkinga (moim zdaniem, akurat słusznie). Dałoby rade to ścierpieć, gdyby fizyk pozostał przy swoim koniku i na przekór modom nie czepiał się tej przeklętej ewolucji. Starczy wspomnieć, że kluczowy kontrargument Berlinskiego pamięta jeszcze czasy Darwina i brzmi mniej więcej: jeśli zdolności umysłowe mieszkańcy amazońskiej dżungli dorównują potencjałem zachodnim matematykom, takie uśpione możliwości nie mają sensu w kategoriach darwinowskich. Istnieje multum wyjaśniań takiego cywilizacyjnego stanu rzeczy, choćby "Strzelby, zarazki, maszyny" Jareda Diamonda czy "Bogactwo i nędza narodów" Landesa. Sam fakt "wyższych obrotów" naszego mózgu przy wykonywaniu skomplikowanych operacji myślowych jest mitem. Mózg koszykarze utrzymujący równowagę jego ciała podczas dwutaktu, ma do wykonania o wiele większą prace w porównaniu z nie wiem jak trudnymi obliczeniami matematycznymi. Nazywanie takiego sportsmana geniuszem jest jak najbardziej słuszne, zatem nie jest prawdą, że tylko pomyślunki są tą najwyższą półką ewolucyjnych zdolności mózgu. Jak już wspominałem, krytyka ewolucja z jej chrześcijańskim zapałem jest jednak obowiązkiem podobnych publikacji i to niezależnie czy autor ma o niej jakieś pojęcie. Generalnie im mniej ją rozumie, tym bardziej go ona śmieszy.

8 komentarzy:

  1. Chylę czoła. Ja jakoś nigdy nie potrafiłem się zdobyć na hurtową lekturę dzieł teologicznych w naukowym przebraniu - ale może dlatego, że nawet na lekturę tych nieteologicznych za mało czasu...

    OdpowiedzUsuń
  2. bug: ewolucjonistą -> ewolucjonistom

    OdpowiedzUsuń
  3. Końcóweczka poprawiona. Podkreślanie na czerwono wyrazów przez przeglądarkę wpędza mnie w analfabetyzm. Jeśli nie podkreśli to moje leniwe ortograficzne oko, ni hu hu już tego nie wynajdzie.

    A lekturki nie takie znów najgorsze. Jak ktoś lubi s-f to jak znalazł. Za to wzrok pani z biblioteki podającej książki (mówiący: o k...a, to jakiś religijny fanatyk!) bezcenny :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Znam te spojrzenia (bezcenne), ale ze środków transportu publicznego i kolesi z pracy...
    @ Tomek Łysakowski
    Uwierz to kwestia tylko odpowiedniego dystansu ;)

    @ MŁ
    Masz rację, częstokroć to jak mój ulubiony Philip K. Dick.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja w kwestii formalnej: juz po raz kolejny widzę, że piszesz "owy" podczas gdy poprawna i od kilkuset lat ustalona forma brzmi "ów". Wiąże się to z rozwojem samogłosek w języku polskim... a zatem, jako racjonalista, szanuj tradycję językowa potwierdzoną przez naukę. Inaczej czym się będziesz różnił od księdza Dembołęckiego, twórcy pięknych wywodów etymologiczno-językoznawczych?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje notoryczne błędy nie wynikają z pogardy dla norm językowych. Moja rodzina ma niekonwencjonalne pochodzenie, wychowałem się obok babci mówiącej najprawdziwszą gwarą lwowską, a moja matka mówi tylko trochę lepiej :) Obstawiam, że wiele niezrozumiałych potocznych wyrażeń jakie używam, dla mnie oczywistych, (typu budaki i oczerepy), a które nie są oczywiste dla czytelników, pochodzą właśnie z tych klimatów. Często mylę rodzaj żeński z nijakim, używam przestarzałych, nieprawidłowych zwrotów itd. ale "Nauki" bym w to nie mieszał.

      Usuń
    2. Wszelakoż "owy" to nie regionalizm tylko pospolity błąd nie wiadomo skąd. Pytałem dialektologa...

      Usuń