11 września 2009

Chemia zjawisk paranormalnych

Z racji zbliżającego się Dolnośląskiego Festiwalu Nauki, słów kilka o popularyzacji nauki w iście paranormalny sposób. Nieodżałowany Arthur C Clarke mawiał, że zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii i co tu dużo gadać, miał racje. Żywym na to dowodem jest prof. Bob Friedhoffer, światowej sławy naukowy sztukmistrz (bywający i w naszym kraju). W swoich wykładach skierowanych głownie do dzieci, przedstawia naukę jako czarodziejską metodę czynienia niemożliwego, coś nieocenionego w czasach kiedy "niemożliwe" promują głównie oszuści i szarlatani. Można wierzyć, iż latające przedmioty napędza napęd antygrawitacyjny, warto jednak wiedzieć że bliźniaczy efekt wywoła kilka magnesów, co do których nie ma wątpliwości że mogą istnieć. Zamiast przewracać przedmioty silą umysłu, można wypełniać je gęstą cieczą. Jeśli wcześniej zaznajomiliśmy się z tempem opadania i wyrównywania się płynu, a przy tym wiemy że jego ostateczne rozmieszczenie przysporzy katastrofalnej niestabilności, możemy zamarkować pchnięcie z oddali takiego przedmiotu wywracając go na ziemie (przykłady zaczerpnięte z występów Friedhoffera). Pierwsze skrzypce w tym odczarowywaniu świata odgrywa fizyka, jednak nie tylko ją można zaprząc do tych celów. Poszperałem tu i tam - i o to parę przykładów zjawisk paranormalnych, tym razem z chemią na pierwszym planie. Nie dowierzam co prawda w ich wielką popularność wśród hochsztaplerów, warto jednak uświadomić sobie jak szeroki jest zakres metod, kantowania nieświadomych niczego ludzi.

Przyciąganie przedmiotów. Sława człowieka którego ciała przyciąga najróżniejsze przedmioty, może się realizować na wiele sposobów. Metamorfozy w żywy magnes dokonać możemy także przy pomocy chemii. Przedmiot spreparowany wcześniej sodą kaustyczną przyssie się do nas niczym pompka niezależnie od właściwości naszej skóry (standardowy klucz do rozwiązania tego cudu). Jeśli na dno dzbanku nasypiemy odrobinę wcześniej wspomnianej substancji i zatkamy otwór ręką, soda wchłonie dwutlenek węgla z powietrza, tak że wytworzone podciśnienie wewnątrz naczynia wspomagać będzie nieodrywanie się przedmiotu od ciała.

Stygmaty. Znana sztuczka rozpropagowana przez włoskiego sceptyka Luigi Garlaschelliego. Na jedną dłoń nanosimy chlorek żelaza, natomiast na drugą rodanku potasu. Obie substancje są bezbarwne, jednak w zetknięciu ze sobą - na przykład przy złożeniu rąk do modlitwy - dają efekt łudząco przypominający krwawiące rany. Jest to jedna z metod wywołania stygmatów na oczach publiczności.

Chodzenie po ogniu. Tym razem roztwór ałunu rozcieramy z mydłem aż do konsystencji papkowatego smarowidła. Nanieśmy to na stopy, a niestraszne nam wysokie temperatury. I bez tej piekielnej mikstury, po rozżarzonym węglu szusować może każdy i to bez wielkiego uszczerbku, Z dodatkowym zabezpieczeniem, poprzeczka efektownego gorąca znacznie się tu podnosi. Zivko Kostic autor "Między zabawą a chemią" widzi w tym związku genezę wielu cyrkowo-iluzjonistycznych sztuczek z ogniem. Będąc w podstawówce próbowałem utrwalić płaskorzeźbę w jajku według zaleceń jago książki, bez rezultatów, zatem chętnym zalecam zacząć od prób z ciepłym kubkiem herbaty.

Lewitacja. Prawdziwie magiczna substancja, gaz zwany sześciofluorkiem siarki. Bezbarwny i bezwonny, o wiele cięższy i gęstszy od powietrza. Do tego stopnia, że lekkie przedmioty wykonane z papieru unoszą się na jego powierzchni. Dyskretnie utrzymując go w ryzach przed rozpierzchnięciem, otrzymujemy podest do unoszenia ideał - prawie że niewidzialne nic. Jak widać na filmiku z dziećmi, zmienia o również głos na niższy, jednak o demonicznych dżwiękach następnym razem.



26 komentarzy:

  1. Ciekawy wpis.

    Do sztucznej krwii używa się rodanku potasu (lub tiocyjanian potasu), a nie (nieistniejący) dwucyjanek.

    OdpowiedzUsuń
  2. Yyy... już poprawiłem :) Tą jedyną substancję wziąłem "ze słuchu" a nie "z tekstu", znaczy się ewidentnie usłyszałem coś innego niż powinienem :) Dzięki

    OdpowiedzUsuń
  3. Pewnie ninejsza deklaracja zapewni mi status freaka, ale cóż - przyznaję, że chodziłem po żarze ogniska gołymi stopami, bez stosowania smarowideł ;-))
    Choc raczej powiniennem napisać - dreptałem szybkimi ruchami. Ważne tylko, by w ognisku nie znalazły się kapsle czy gwoździe, które maja znacznie wyższą temperaturę.

    Błażej

    OdpowiedzUsuń
  4. A którą metodą jeśli mogę zapytać? Nie no, o takiej przygodzie musisz napisać coś więcej. Kurcze, najpierw Ayahuasca, teraz te żarowanie się, tylko pozazdrościć :)

    Ja natomiast byłem świadkiem, "prawie że chodzenia po żarze". Mój kolega chciał popchnąć dopalającą się kłodę w ognisku tak nieszczęśliwie, że zakleszczyła mu się w nim noga. Brzmi może dramatycznie, ale wyglądało zabawnie. Nic mu się nie stało, czego nie można powiedzieć o jego bucie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie rozumiem pytania o metodę. Zdjąłem skarpetki, podwinąłem nogawki i tyle ;-)
    b.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tyle dziedzin nauki zostało już "ubogaconych" przez paranormalnych - znajdują zwłoki, rozwiązują zagadki kryminalne, mają stygmaty, przenoszą się w przestrzeni międzygwiezdnej - czemu ta cholerna dyskryminacja matematyki? Nie ma jednego jedynego najskromniejszego choćby twierdzonka dowiedzionego przez nich. Co najwyżej twierdzą, że jak Staszek Przeworski z numerologicznych motywów przerobi się na Stachu Przymorski, to będzie lepiej śpiewał i więcej płyt sprzedawał - ale dowodu nie podają.

    A o chodzeniu po czerwonych jeszcze popiołach sam Randi kiedyś pisał, że w istocie, coś w tym jest, ale to zdaje się fizyka a nie duchy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Pierwsze, co mi przyszło do głowy przy twoim artykule, to słynny „cud „ upłynniania się krwi św.Januarego w Neapolu.
    Chemicy praktycznie rozpracowali to dawno, w tym i wspominany przez ciebie wloski sceptyk i chemik Ligi Garlaschelli.
    W artykule
    Garlaschelli L, Ramaccini F, Dellasala S (1991) Working Bloody Miracles. Nature 353: 507
    mamy dokładne przepisy na wykonanie substancji tiksotropowej , złożonej z chlorku żelaza (który wystepuje jako minerał Molysit na zboczach Wezuwiusza) wapna i soli , która zachowuje się dokładnie, jak” krew” św.Januarego.
    Inne przepisy bazują na glinie, wosku pszczelim, alkoholu i oleju lnianym.
    Realizmu całości przydaje domieszanie prawdziwej krwi, efekt możemy podziwiać na załączonym filmiku.
    http://www.youtube.com/watch?v=Gm7aXpC9sZk

    OdpowiedzUsuń
  8. Jestem czystym teoretykiem chodzenia po ogniu zatem nie ma co pouczać rasowego biegacza :) Słyszałem jednak że pomaga myślenie o stąpaniu po zimnej trawie, nie bez znaczenia jest chyba także gdzie zatrzymamy się po wyjściu z ognistego podłoża. Indyjscy fakirzy mogą po ogniu chodzić wolniej od turystów, bo chodząc na co dzień na boso, mają mocniej zrogowaciały naskórek. Można chodzić po ogniu "na parę", czyli wykorzystując efekt sferoidalny, albo przetaczać się po nim, jak robi się to na festiwalu bólu w Tajlandii (paradoksalnie, być może najbezpieczniejsza metoda). Zastanawia mnie natomiast Błażeju co powiedzieli ci ludzie, na wypadek gdybyś np idąc przewrócił się na twarz? Czy nie zakładano takiej opcji, tudzież ognisty chodnik był za krótki? :)

    Także matematyka może być używana w magiczny sposób. David Copperfield lubował się w pewnym okresie swej telewizyjnej twórczości, w zabawy z widzem polegające na przeskakiwaniu po kartach ułożonych na ekranie. Przesuń się o pięć, teraz o trzy i bęc - na pewno jesteś w tym miejscu. W scenicznych sztuczkach wykorzystuje się właściwości wstęgi Mobiusa, zaś statystyka kryje się za wieloma "nieprawdopodobnymi" sytuacjami. Choć chyba nie o takim "docenieniu" matematyki pisałeś.

    Wreszcie krew świętego Januarego. Spór o to co znajduje się w tej ampułce, to rywalizacja na linii Giuseppe Geracia a Ligi "Gigi" Garlaschelli. Ten pierwszy jest przekonany że to krew i jego eksperymenty dowodzą iż jest to rzadkie acz naturalne zjawisko (na prawie 200 ampułek w Neapolskich kościołach, zjawisko zachodzi w okolo 10) "Gigi" natomiast odrzuca teorie z gazem i optuje za kilkoma wersjami swoich mikstur, w tym tej z twojego przepisu. Spór trwa, nie wiadomo komu wierzyć, choć dla mnie faworytem - z racji brzytwa Ockhama - jest Garici. Jego hipotezę potwierdziły też wstępne badania spektroskopowe krwi z końca lat 90-tych.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak napisałem wcześniej - chodziłem po żarze ogniska, niczym innym, żadnych ognistych chodników na oczy nie widziałem. Nie wiem dlaczego miałbym sie potknąć, a jeśli już - zatrzymałbym się na dłoniach nie twarzy, i na pewno poza ogniskiem.

    Niczego nie trzeba sobie wyobrażać, nalezy jedynie przełamac lęk przed wejściem stopą na żar, to wszystko. To, że zrobiłem to 10 lat temu, nie znaczy, że teraz miałbym ochotę i odwagę ;-)

    b.

    OdpowiedzUsuń
  10. Też kilka razy przespacerowałam się po rozżarzonych węglach. Bosą stopą, bez smarowania mazidłami i innymi wymyślanymi tutaj badziewiami.
    Żar był z ogniska, dosyć sporego, rozgarnięty na około 5 metrową ścieżkę. Poza mną przeszło po niej około 20 innych osób. Zrobiliśmy po 2, niektórzy 3 kursy. Nie było poparzonych. Owszem, przygotowaliśmy się do tego zabiegu, ale nie było to zażywanie żadnych substancji, ani smarowanie czymkolwiek, wręcz osoby, które spożyły np alkohol nie były dopuszczone do ognia, mogły tylko patrzeć. Świadkiem zdarzenia była nasza lokalna dziennikarka, sceptyczka, która w rezultacie razem z nami biegała po węglach. Jako ciekawostkę dodam tylko informację, że właśnie tego dnia zdjęłam (na własne życzenie) gips ze stopy, który powinnam nosić jeszcze co najmniej 10 dni. Po owym spacerze miejsce złamania dziwnie mi pulsowało i było gorące, ale na skórze nie było śladów poparzenia. Następnego dnia nie czułam już żadnego dyskomfortu. Wszystko to miało miejsce 8 lat temu i zarówno ja jak i moja noga mamy się doskonale.
    Piszę o tym ponieważ śmieszą mnie głupiomędrkowate teorie ludzi, którzy nie ruszą tyłków sprzed swoich komputerów i o naturze mają tak marne pojęcie, że podważają np. lecznicze działanie ziół, oddając się ślepo kuracjom antybiotykowym.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja również chodziłam po rozżarzonych węglach i tak jak anonimowy nie było żadnego smarowania mazidłami. Bardzo pozytywnie wpłynął ten eksperyment na moje zdrowie i samopoczucie. Przeszło już 3 lata, a ja od tamtej pory nie chorowałam i nie było tym samym żadnej mowy o antybiotykach!

    OdpowiedzUsuń
  12. Jeśli przez 3 lata nie chorowałeś nie oznacza to, że chodzenie po rozżarzonych węglach miało z tym coś wspólnego. Ciężko znaleźć jest najlichszą choćby przesłankę, jak krótka przechadzka po czymś gorącym, jak węgle czy gorący piasek na plaży, miałaby bezpośrednio wpływać na nasze zdrowie po kilku latach od tego wydarzenia. Stronę pod linkiem czyta się jak żart.

    OdpowiedzUsuń
  13. Chodzenie po rozżarzonych węglach uwalnia energię kund(l)alini w czakramach, proste!

    OdpowiedzUsuń
  14. Chodzenie po węglach jest możliwe z biologicznego punktu widzenia - kontakt stopy z węglami jest stosunkowo krótki i dotyczy głównie zrogowaciałych części skóry (ścieżka żaru powinna być twarda i nie zbyt gruba, aby węgielki nie dotykały wierzchu stopy) a sama stopa szybko pokrywa się warstewką popiołu, tak więc nie jest to rzecz nadzwyczajna. W zasadzie gdyby nie dorabianie do tego ezoterycznych ideologii, byłaby to tylko ciekawostka dla odważnych, jak skok na Bungie. Ponadto żarzący się węgiel ma bardzo małą pojemność cieplną - obrazowo mówiąc pobranie z węgla energii, która ogrzałaby wodę w tkankach o jeden stopień, ochłodziłoby węgiel o sześć stopni. Zresztą może napiszę o tym na blogu bo to ciekawa kwestia.

    OdpowiedzUsuń
  15. Chodziłem po rozżarzonych węglach wiele razy. Jedyny cud to fakt, że odważyłem się na to po raz pierwszy. Co do samego zjawiska:
    powodów, dla których to się udaje, jest kilka, wszystkie czysto i banalnie fizyczne.

    Pojemność cieplna węgla to jeden, przewodnictwo cieplne węgla to drugi (jeśli ostudzimy węgielek w jednym miejscu, to tuż obok wciąż będzie czerwony, ale minie chwila, zanim ta chłodniejsza częśc się ogrzeje od cieplejszej. Ta chwila jest krótsza niż czas kontaktu z naszą skórą podczas spaceru - stąd chodzący po żarze nie dozna tego samego, co człowiek unieruchomiony i przypalany takimi samymi węglami podczas tortur).

    Trzecim powodem jest zawartość wody w naszej skórze - przy dotknięciu żaru dodatkowo wydzielamy tę wodę szybciej, co chłodzi wegielki... ze skutkiem jak wyżej. Gruba skóra oczywiście zawiera więcej wilgoci i ma większą zdolność do chłodzenia węgielków, co wyjaśnia, dlaczego fakirzy mogą dłużej :-) aczkolwiek w ich wypadku chodzi raczej o to, że w tamtych środowiskach dbanie o wygląd stóp jest drugorzędnym problemem - po prostu nie ścierają na siłe zrogowaciałego naskórka. My to jednak robimy a do tego nosimy buty, więc nam ten naskórek przyrasta wolniej. Nie jest prawdą, że podczas żarowego spaceru stykamy się z żarem tylko najgrubszą skórą - ścieżka żarowa nie jest gładka jak szyba. Ale akurat te części stopy z najgrubszą skóra przenoszą najwięcej obciążenia i naciskają najmocniej, stąd to wrażenie. Łatwo to sprawdzić: po spacerze zobaczmy, gdzie jest popiół.

    Warstewka popiołu może mieć znaczenie ale nie zawsze zabezpieczające - czasami do niej przykleja się na chwlię gorący wegielek i mimo wszystko wypala dziurę w skórze. Temu zawdzięczam jedyne oparzenie podczas prób.

    Startowanie do spaceru z mokrymi stopami gwarantuje oparzenie - sprawdziłem. Po prostu warstwa wody na skórze przewodzi ciepło lepiej i na większej powierzchni niż para wodna pojawiająca się tylko w miejscu bezpośredniego zetknięcia z żarem, a do tego zwiększa szanse na przyklejenie węgielka.
    Za to wstawienie stóp do wody po spacerze zapewnia wielkie odprężenie i daje fizyczny sygnał, że już po strachu.

    Nie zauważyłem aby chodzenie po żarze zwiększało odporność.

    Za to bardzo skutecznie zwiększa ją chodzenie boso w ogóle, zwłaszcza po różnorodnym terenie. Sprawdziłem doświadczalnie na sobie, mam na ten temat kilka teorii ale nie jestem lekarzem, więc pewnie są guzik warte. (jedna z nich głosi, że jakbyśmy codziennie płacili za 3 godziny intensywnego masażu stóp, to efekt byłby ten sam, ale po co płacić, skoro na spacer można iść za darmo?). To efekt opisywany i badany od czasów księdza Kneippa, ostatnio na większą skalę badano to na zlecenie US Army - efekt: armia zaleca aby chodzenie boso i bieganie boso stało się elementem treningu w wojsku. W zasadzie w ostatnich latach coraz więcej pojawia się głosów zwracających uwagę na szkodliwość noszenia butów zawsze i wszędzie.

    Co do czakramów, energiów kosmicznych i cudów z tym związanych - poczytałem na ten temat i stąd wiem, że sam potrafię o tych cudownościach pisać mądrzej i bardziej magicznie... ale mi się nie chce, bo wolę pisać bajki dla dzieci niż dla ogłupiałych dorosłych.

    Za to samo doświadczenie związane z przełamaniem oporów przed wejściem boso na żar jest bezcenne dla osobistego rozwoju, uświadamia rolę ograniczeń, jakie sami sobie narzucamy... i zmienia stosunek do tego co "się nie da". Bardzo polecam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Także w moim odczuciu "wprawa" w chodzenie boso jest kwestią zasadniczą. Można sobie wyguglować, jak wyglądają stopy ludzi, którzy całe życie chodzących boso. Rozmiar "podeszwy" takiej stopy jest gigantyczny i trudni podejrzewać, aby żar mógł zrobić na niej jakiekolwiek wrażenie. Natomiast co do prozdrowotnych właściwości chodzenia boso - sprawę wybadał kiedyś Brian Dunning. Nie ma wystarczającej ilości badań, aby stwierdzić. że chodzenie w butach jest zdrowsze lub bardziej szkodliwe, niż chodzenie bez butów.

      Usuń
    2. To co nazywasz wprawą jest zjawiskiem takim samym, jak np. płaski brzuch: pracujące mięśnie i krążenie, które zmienia się w wyniku tej pracy. Sądzisz, że trzeba wielu badań by odowodnić, że pracujące mięśnie i całe ciała funkcjonuja lepiej niż te nie pracujące? :-)

      Co do ilości badań - już są. Najpierw były to badania nad mechaniką stopy, mające na celu stworzenie lepszych butów do biegania... okazało się, że lepiej jest biegać bez butów - polecam uwagi na ten temat pana Liebermanna (jeśli dobrze pamiętam) http://www.youtube.com/watch?v=7jrnj-7YKZE. Obok będzie sporo linków na ten sam temat objaśniających rzecz mniej lub bardziej naukowo. Na temat wpływu na zdrowie trochę linków będzie na stronie Society for Barefoot Living http://www.barefooters.org/medicine/, oczywiście oni nie są bezstronni :-) ale dają linki do poważnych publikacji, kto chce - może podrążyć temat.
      Co do googlowania wyglądu stóp - łatwo tu popaść w stereotyp boso=biednie i wyrabiać sobie opinię wyłącznie na podstawie np. indyjskich biedaków a wówczas ocenę zakłóci nam np. brud i kwestie higieniczne - może się wydawać, że jak ktoś ma 5-8 mm naskórka, to jest ognioodporny i pancerny. Z tego powodu sugeruję poszukanie wyglądu stóp ludzi z naszego kręgu kulturowego...
      Jest całkiem sporo materiałów pokazujących, co się dzieje po kilku latach ze stopą człowieka, który w pewnym momencie przestał nosić buty.
      Jedna z tych rzeczy to inne ustawienie wielkiego palca, przebudowa wiązadeł itd. Żeby nie mówić o rzeczach, których nie badałem (nie jestem lekarzem), powiem o zmianach u mnie:
      moje płaskostopie uległo radykalnej poprawie (mimo, że ja już od dawna nie rosnę :-)), poprawił mi się stan żył w nogach, mięśnie i jeszcze kilka rzeczy. Mimo dość radykalnego ograniczenia noszenia butów w ciągu 15 lat nie przybyło mi naskórka na podeszwach... ani żadnemu z moich znajomych z tej bajki, którzy chodzą boso dłużej ode mnie.
      Ogólny stan zdrowia: odporność: pierwsza zima spędzona boso lub w sandałach była pierwszą od 10 lat zimą bez choroby (wcześniej bywało zapalenie gardła 3-4 razy w ciągu zimy, ostatnia zima spędzona w normalnym obuwiu - 4 razy chorowałem).
      Wszelkie infekcje raczej mnie omijają, jeśli w ogóle czymś się zarażę, to raczej jako ostatni (ale to się zdarzyło 3 razy w ciągu ostatnich 15 lat). Chodzę boso po śniegu całą zimę (2x1,5 godz czyli codzienny przełajowy spacer z psem).
      Kondycja - rzecz trudna do zmierzenia, ale mam lepszą niż moi koledzy, od których różni mnie tylko ten jeden detal (to oczywiście trzeba by zbadać starannie, żeby miało wartość dowodu).
      Kontuzje - miewałem dość często paskudne kontuzje kostek, aż do zwichnięcia i złamania. To się skończyło - moja opinia jest taka, że z jednej strony wskutek pewnego wyostrzenia uwagi - człowiek bosy patrzy jak chodzi i bardziej uważa, ale z drugiej strony idąc czy biegnąc boso inaczej stawiamy stopę: raczej na palcach niż na pięcie, co sprawia że nasz krok amortyzuje dodatkowo jeszcze jeden staw i towarzyszące mu mięska: chodząc boso mamy sprawniejszy "sprzęt do chodzenia" i lepsze sterowanie (bo myślimy, co robimy).
      Ogólnie ująłbym to tak: badania są... a oprócz nich jest też sporo doświadczeń ludzi nieskłonnych do wiary w cuda.

      Usuń
    3. Przez złe buty można nabawić się wielu paskudnych chorób, ale przez chodzenie boso w złych miejscach też.

      Usuń
    4. Kluczowe jest tu: co uznamy za złe miejsce? Praktyka pokazuje, że takich miejsc jest mniej niż to się ludziom na ogół wydaje. Jestem żywym dowodem i nie jestem sam: 15 lat chodzenia boso prawie cały czas i 3 skaleczenia w stopę... z tego raz stanąłem na stalowy wiór w kuźni, gdzie po prostu nie należy wchodzić bez butów a dwa razy walnąłem się palcem u nogi o mebel w moim własnym domu... czyli w miejscu, w którym na bosaka chodzi około 80 % Polaków (według sondażu firmy Devi).
      Moi znajomi chodzący zawsze w butach mają nieco większy urobek, jesli idzie o skaleczenia nóg.
      Cóż... akurat tę rzecz łatwo sprawdzić: wystarczy przeprowadzić roczny eksperyment z rezygnacją z butów. Łatwe i możliwe.

      Usuń
    5. I jeszcze jedno: nie da się nabawić choroby zakaźnej od samego noszenia butów, chociaż spotykałem się z twierdzeniami, że w butach lepiej się rozwija grzybica... w co akurat nie wierzę, bo grzybice trzeba sobie najpierw w te buty zapuścić.
      Natomiast według opublikowanych badań bieganie w butach powoduje od 60 do 80% kontuzji i urazów mechanicznych, jakie spotykają biegaczy (głównie z powodu innego stawiania stopy). To stało się przyczyną, dla której trenowanie joggingu boso jest coraz bardziej popularne... a firma Vibram wynalazła FiveFingers czyli buty... do biegania boso. Do dzisiaj się z nich śmieję ale sporo moich znajomych ich używa.

      Niewątpliwie najbardziej zabawnym "bucianym" wynalazkiem są buty z tzw. masajską podeszwą, reklamowane jako prastary wynalazek czerpiacy z wielowiekowej tradycji słynnych afrykańskich wojowników. Czytałem kiedyś piękny i mądrze brzmiący artykuł o walorach tej wygiętej podeszwy... dowcip jednak polega na tym, że Masajowie (i ich sąsiedzi) zaczęli wyrabiać sandały z taką podeszwą w czasie II wojny z wyrzuconych opon wojskowych ciężarówek: temu zawdzięczały charakterystyczny kształt. Oraz bieżnik :-)

      Usuń
    6. Chciałoby się zapytać Piotrze, jeśli jest tak dobrze, to czemu jest tak źle? Dlaczego ortopedzi nie prowadzą masowej akcji wabienia do chodzenia boso, dlaczego na jednego preferującego bose życie człowieka wypada w Polsce sto tysięcy ludzi w butach, dlaczego na wielkich imprezach nie biega się boso? Zdarza się, że na olimpiadzie zawodnicy z najbiedniejszych krajów biegną boso - nie mniej 99,9% biega w butach, czy sztaby fizjoterapeutów i biomechaników mogą się aż tak mylić? Skąd bierzesz te informacje, że bieganie w butach powoduje 80% więcej urazów? Nawet na tej stronie lansującej chodzenie na boso, nie ma takich danych. Przejrzałem co tam piszą i przyznaje racje Brianowi Dunningowi - nie ma badań porównawczych na ten temat. Sugestie, że od chodzenia boso przestałeś chorować na gardło, udam że nie widzę. Z jednej strony piszesz, że nie pojawił się u ciebie żaden zrogowaciały naskórek, z drugiej strony piszesz, że nigdy się nawet nie zraniłeś, że godzinami chodzisz boso po śniegu i nie odczuwasz z tego dyskomfortu. Albo albo. Albo masz taką podeszwę jak my i przechodząc boso po ogrodzie zbierasz żądlą pszczół, ostre kamyki, kolczaste gałązki i wszelki syf, albo masz tą skore znacznie grubszą. Tych zarzutów mam znacznie więcej. Oczywiście ci wierzę, ale nie ma też co mitologizować chodzenia boso. Ty także musisz uwierzyć doświadczeniu milionów Polaków, że w wielu sytuacjach buty się jednak przydają. Oczywiście, nieodpowiednie obuwie może nam przysporzyć problemów, ale na pewno nie może powiedzieć, że w każdym warunkach chodzenie boso jest lepsze niż każde obuwie.

      Usuń
  16. JA CHORUJE NA SHIZOFREMIE PARANOIDALNA I JAKO LEK BIAORE BROMEK POTASU WYWOLUJE ON U MNIE MINIMALIZACJE DRGAN W GLOWIE I PRZYSPIESZENIA SPOSOBU MYSLENIA

    OdpowiedzUsuń
  17. Co z przyciąganiem metalowych przedmiotów? Wszystko to ściema?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak wielokrotnie wykazał Randi, umiejętność przyklejania garnków, patelni i żelazek na brzuchu całkowicie zanika po posmarowaniu skóry talkiem.

      Usuń
  18. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  19. http://teleexpress.tvp.pl/16221174/przyciagajacy-mezczyzna

    OdpowiedzUsuń