12 lipca 2009

Glosolalia

"Gdybym mówił językami ludzi i aniołów..." mawiał jeden z największych świętych. 2 tysiące lat później, katechetka w mojej prowincjonalnej podstawówce, opowiadała jak jej koleżanka po bierzmowaniu zaczęła mówić nieznanym dla siebie językiem. Dla kogoś z takim antytalentem do niemieckiego jak ja, propozycja nie w kij dmuchał. Jedno machnięcie biskupiego palca i lata nauki z głowy - a raczej w głowie. Jak się okazuje, sam nie wiedziałem że taki dar już kiedyś posiadałem! Jako pólpiśmienne, analfabetyczne dziecko, rysowanym przez siebie postaciom doprawiałem chmurki z czymś, co wyglądało mniej więcej jak "uiuiui". Jeśli ktoś zapytał mnie co mówią moje rysunkowe postacie, rzecz jasna wchodziłem w zaparte że wszystko to rozumiem i jest to najprawdziwszy, wymyślony przeze mnie język. Kiedy nauczyłem się pisać i czytać, oczywiście porzuciłem ten zapis, jednak jak się okazuje, nie wszyscy wyrośli z etapu "uiuiui".

Glossolalia, a więc mówienie niewyuczonymi językami należy do palety wielu religii, od hinduizmu po szamanizm, jednak pałeczkę pierwszeństwa dzierżą tu bez wątpienia zielonoświątkowcy. Jeśli ktoś widział gdzieś rozhisteryzowanych wiernych, z uniesionymi rękoma krzyczącymi coś w stylu "szodera kabare szintewa!" zapewne byli to właśnie zielonoświątkowcy. Nie ma co bagatelizować tego widoku, "napisane jest bowiem w Prawie: Przez ludzi obcych języków i ust obcych będę przemawiał do tego ludu, ale i tak Mnie nie usłuchają - Tak więc dar języków jest znakiem nie dla wierzących, lecz dla pogan, (1 Kor 14, 21-22). Tłumacząc - glossolalia, podobnie jak stygmaty, ma być namacalnym dowodem, znakiem dla niewierzących, aby i oni mogli uwierzyć. Na szczęście, jest też chyba najlepiej przebadanym zjawiskiem paranormalnym na świecie, wliczając w to zapis aktywności mózgu, szalejących w boskim uniesieniu wiernych. Przebadano tysiące, dziesiątki tysięcy zapisów i nagrań pod wszystkimi szerokościami geograficznymi - nigdy nie zdarzyło się, aby ten euforyczny bełkot zawierał choćby ślady jakiegoś języka.

Skąd w ogóle wiadomo, że "uiuiui" i "dabalahtin namokaresa szibialahti" nie są nieznanymi, wymarłymi językami? Otóż o ile języki różnią się nazewnictwem kota, nieba czy pudełka, o tyle w każdym języku spotkać możemy praktykę nazywania zwierząt, rzeczowniki, czy głoski wybuchowe. Kwestie związane z językiem stanowią 30% wszystkich uniwersaliów Donalda Browna i jego następców - cech występujących w każdej ludzkiej społeczności znanej nam na Ziemi. Tak jak w każdej kulturze dostrzeżemy narzędzia służące do cięcia, tak i nie spotkano się z językiem który nie posiadałby odpowiednika naszego spójnika "i" lub onomatopei. Odlegle od siebie języki, z pozoru zupełnie różne, są w swoich strukturach często wręcz identyczne. Noam Chomski nazwał to universal grammar - funkcjonowanie i uczenie się wszystkich ludzkich języków, to jedynie odmiany pewnych wyższych, nieprzekraczalnych reguł. Dla przykładu, przyimek występuje, tak jak w angielskim, przed rzeczownikiem ("w domu)", albo tak jak w japońskim po rzeczowniku ("domu do"). Jak wyliczono istnieje 128 sposobów ułożenia tzw rdzeni i dopełnień, jednak w 95% z 6 tysięcy znanych nam języków, odbywa się to tak jak w języku angielskim (a także w Polskim), albo w lustrzanym odbiciu tego sposobu - w języku japońskim. Tak daleko idące podobieństwo wydawać się mogą większym cudem niż sama glosolalia. Jak wyjaśnia lingwista i neurolog Steven Pinker, wszystkie języki są w gruncie rzeczy takie same, ponieważ wszyscy ludzie posiadają tak samo zbudowany mózg, zaś język jest odbiciem jego ograniczeń i możliwości. Analizując słowa wyśpiewywane przez zielonoświątkowców, nawet bez ich zrozumienia potrafimy ocenić czy jest to język czy tylko bełkot. Ludzie przekonani o darze obcych języków jaki na nich spłyną, wykradają po prostu sylaby ze swojej ojczystej mowy, łącząc je w nonsensowny, lecz fajnie brzmiący sposób. Cytując największego badacza glosolalii, Williama Samarina "nigdy nie znaleziona jakiegokolwiek przesłanek, aby glosolalie uznać za coś choćby przypominające język. Jakkolwiek nie definiując jej pochodzenia, bez wątpienia nie zawiera ona żadnej treści i żadnego sensownego przekazu".

10 komentarzy:

  1. Liczy się 'świadectwo', nie? Liczy się show. Cóż, ale możemy mieć nadzieję, że z czasem minie łatwowierność ludzka. Albo zamieni się w coś zupełnie innego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Najbardziej podobają mi się osoby, które na bieżąco tłumacza taki bełkot. Stoją koło opętanej duchem świętym osoby i przekładają "szaparateza" np. na "bóg oczekuje od nas ofiary" - istny teatr dla ubogich.

    OdpowiedzUsuń
  3. Piszesz "30% wszystkich uniwersaliów Donalda Browna i jego następców" - i łatwo stąd wydedukować, że pojęcie zostało przez niego wprowadzone. Owszem, sławna jest jego dość niedawna książka o tym, ale gdy był on jeszcze studentem, na MIT opublikono książkę "Universals of Language" (1963)z materiałami konferencji z 1961 na te tematy. I z bibliografii wynika, że lata 50-te były pełne publikacji tego dotyczących...

    Szmurgf bulblu gamba tymba.

    OdpowiedzUsuń
  4. Noo, takie listy robiono już w Oświeceniu, ja natomiast powołałem się oczywiście na tą najbardziej znaną. Według niektórych antropologów lista uniwersaliów kulturowych w ogóle jest pusta - także u tych znamienitych, jak u Edmunda Leacha. Co do samych "30%" tu rzuciłem tą liczbę trochę na wiatr, po prostu popatrzyłem na tą listę, nie wiem może jest 20, a może 35%.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiedziałam, że masz takiego bloga, nawet się nie pochwaliłeś, a widzę, że są tu lepsze historie niż ręka zamoczona w roztopionym metalu czy stewardessy wypadające z samolotów;]Kiedy ty masz na to czas? Ja cię chyba jednak w ogóle nie znam

    OdpowiedzUsuń
  6. Raz na zawsze skończmy temat lawy :)

    "Znany dziewiętnastowieczny francuski iluzjonista, Robert-Houdin, w swym wydanym w 1868 roku dziele pod tytułem "Confidences et révélations" przytacza pewną niezwykła historię, w której opisuje eksperyment, bezpośrednio związany z efektem sferoidalnym (polegający na tym, że ciecz, w przypadku kontaktu z wysoce nagrzaną powierzchnią, opiera się o nią na warstwie pary, która powstaje w momencie kontaktu), a który przeprowadził w pewnej hucie żelaza. Otóż dowiedział się, że chodzą słuchy, jakoby hutnicy potrafili bezkarnie włożyć rękę w roztopione żeliwo i wyjąć ją bez najmniejszego szwanku.

    "Mistrz podszedł do nas i pokazał nam piec, przy którym mieliśmy przeprowadzić nasze doświadczenie. Hałas, i gorąco bijące od urządzeń zwiększały mój niepokój, ale stałem spokojnie obok pana Boutigny i czekałem na spust surówki.
    - Niech mi pan pokaże proszę swoje ręce.
    Wziął me ręce w swoje.
    - Do diabła! - zawołał, - są zbyt suche by przeprowadzić doświadczenie.
    - Naprawdę?
    - Tak jest.
    - To co, może być niebezpiecznie?
    - Mogłoby być.
    - Chodźmy w takim razie stąd, - powiedziałem, kierując się ku wyjściu.
    - Nie, szkoda by było. Niech pan zmoczy ręce w wodzie z tego wiadra - odpowiedział mój towarzysz, powstrzymując mnie, - niech pan je wytrze, a w porach na skórze pozostanie wystarczająco wilgoci.

    W tym momencie zatyczka pieca została wybita i płonąca lawa rozpalonego żeliwa wypłynęła na zewnątrz. Mój towarzysz podszedł doń i włożył weń zdecydowanym gestem ręce, tak jakby je mył w tym rozpalonym strumieniu. Skłamałbym mówiąc, że patrzyłem na to ze spokojem. Serce biło mi tak mocno, że myślałem, że wyskoczy mi z piersi. Gdy pan Boutigny zakończył te "ablucje" podszedłem zdesperowany. Powtórzyłem jego gesty; chlapałem się w gotującej lawie i w nieopisanej radości, która chwyciła mnie za serce, wziąłem jej odrobinę w dłoń i rzuciłem w powietrze. Skądinąd, uczucie jakiego doznałem było podobne do dotknięcia delikatnego aksamitu czy jedwabiu."


    Tekst pochodzi ze znanemu tu pewnie większości Archiwum S Adama Pietrasiewicza, "Czy po ogniu można chodzić?"

    OdpowiedzUsuń
  7. Nawet faktyczne mówienie istniejącym językiem, jakiego się nie uczyło można, jak się okazuje, wyjaśnić racjonalnie: http://my.opera.com/Jurgi/blog/2008/07/03/pozaziemskie-zycie-ziemska-ynteligencja (mniej więcej od połowy tekstu jest na ten temat).

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie jestem pewien czy w darze języków chodzi o to, aby po roku siedzenia w UK wymówić w końcu parę poprawnych zdań po angielsku. Gdyby sławetny Czech zaczął mówić po Węgiersku, albo lepiej w języku Azande, ooo, to by nam bardziej zaimponowało :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Chodzę boso po gorących węglach z ogniska i muszę przyznać, że jest w tym cud: jednak nie polega on na tym, że się nie oparzyłem ani razu (to normalne) ale na tym, że po raz pierwszy się przełamałem i spróbowałem. Przełamanie TAKIEGO strachu jest rzeczą naprawdę niesamowitą... Potem to już tylko blade echo tego pierwszego razu.

    OdpowiedzUsuń
  10. Co do Noam'a Chomskiego i jego Uniwersalnej Gramatyki to są pewne wątpliwości związane z językiem plemienia Piraha. Daniel Everett się tym zajmował (czy nadal się zajmuje).

    OdpowiedzUsuń