20 kwietnia 2009

Arka Noego i materializująca siła wiary

Leszek Kołakowski nazwał to kiedyś dialogiem z tępym manichejczykiem. Wybieramy sobie najbardziej buraczaną twarz, totalnego trepa który będzie naszym dyskutantem. Następnie krzyżujemy z nim szpady, chichocząc przy tym pod nosem, jacy jesteśmy mądrzy i inteligentni. Tak właśnie szydząc sobie z katolików, oddajemy głos moherowej babci, a drżąc łacha z ateistów, pytamy o zdanie zbuntowanych nastolatków. Postanowiłem wejść w ten nurt, znajdując sobie chłopca do bicia w sławetnej Arce Noego. Nie wiem jak dane te wyglądają dla Polski, ale 64% Amerykanów uważa opowieść o potopie i pływającym na jego wodach statku ze zwierzakami, za najprawdziwszą prawdę. Chłopiec nie jest zatem taki słaby. Już nawet nie chce pytać o to o co powinienem zapytać. Całą opowieść o arce owiewa jedno wielkie "jak". Jak na jedną łódkę można zmieścić 1,5 miliona gatunków zwierząt(!), bo tyle szacunkowo musiał zapakować ich Noe, a następnie pływać z nimi przez pól roku? Wraz z ich jedzonkiem ładunek taki ważyłby 150 tysięcy ton, jak wyliczyli wredni sceptycy. Skąd do licha wziął te zwierzęta? Poza kozami i baranami musiał się przecież zaopatrzyć w faunę Tasmanii, Wysp Galapagos i wybrzeży Antarktydy. Ile czasu schodziły się ślimaki ze wszystkich zakątków świata? Jak przeżyły rozchodząc się następnie po świecie, co jadła panda człapiąc z Ararat do Chin? Co z rybami słodkowodnymi, po tym jak poznikały jeziora i rzeki, przykryte oceanem? Co działo się z rybami na różnych głębokościach, kiedy ciśnienie wody windowało się w niemożliwym do wyobrażenia tempie - jak wyglądają opady w wysokości pond 200 metrów na dobę(!) - jakie to musiały padać przez 40 dni i nocy aby zakryć Ziemię wodą. Tak właśnie wyglądałoby kopanie leżącego, jednak nie w tym rzecz.


Dlaczego ludzie wierzą w tą historię? Otóż, pomimo tego że historia ta po prostu nie może być prawdziwa, wielu ludzi arkę widziało. Ba, nawet w niej było, a są i tacy którzy mają jej kawałki. Wgląd w relacje kreacjonistów daje wrażenie, że nie tyle arka została już odkryta, co nigdy nie została zagubiona. W tym miejscu wymienia się starożytnych skrybów donoszących o wielkiej łodzi uwięzionej na szczycie góry. Wydają się to jednak tak prawdopodobne, jak współczesne głosy o istnieniu arki - arka tam jest bo tak mówi Biblia. Berossos (III wiek p.n.e.) i Epifaniusz z Salaminy (II wiek n.e.) nigdy nie widzieli arki, a jedynie powoływali się na tradycje, która ją tam umieszczała. Po drugie, nie wskazywali bynajmniej na górę Ararat, tak jak współcześni jej "odkrywcy". W istocie Biblia wcale nie mówi że arka osiadła na Ararat, ale w górach Ararat, czyli w starożytnym królestwie Urartu. Epifianiusz umiejscawia ją na na przykład na górze Mount Lubar. Nie potrafimy potwierdzić tego co widział Friedrich Parrot w XIX wieku, kiedy donosił o znalezieniu w klasztorze św. Jakuba u stóp Ararat, relikwii pochodzących z arki, ponieważ jak wszystkie dowody w tej sprawie, jak zwykle złym zrządzeniem losy gdzieś przepadły - tym razem klasztor Jakuba miał zapaść się pod ziemie w czasie trzęsienia. Na początku XX wieku, Mikołaja I postanowił nawet wysłać wyprawę na Ararat, jednak nic nie wiadomo o jej skutkach i dziś uważa się, że najprawdopodobniej w ogóle się nie doszła do skutku.

W latach 50-tych XX wieku, Ararat szturmował Francuz Fernand Navarr, a o jego odkryciu arki pisał wtenczas sam New York Times. Navarr zażądał bajońskich sum za wskazanie miejsca spoczynku arki, nie mogąc się jednak zdecydować i cztery razy zmieniając przy tym jej położenie. Jak się okazało, drewniana belka którą Navarr zniósł ze szczytu góry jako dowód, została datowana metodą radiowęglową dopiero na VIII wiek naszej ery. Co więcej przewodnik Navarra zwierzył się, że Francuz parę miesięcy wcześniej... sam wtaszczył kłodę na górę. Po opowieściach George Hagopiana, który jak dziecko biegał po dachu arki, podsadzony na nią przez swego wuja, chmary "arceologów" ruszyły na Ararat. Hagopian opowiadał co prawda o jakiś niebotycznych rozmiarach arki, dwa raz większych niż te podane w Biblii, zainspirował jednak wiele osób chętnych zdobycia sławy odkrywcy wszech czasów. W złotym okresie poszukiwań arki, Ararat przeczesywali nawet jasnowidze i różdżkarze. Zupełnym blamażem okazała się wyprawa z roku 1973 roku zorganizowano w oparciu o przedwojenne niemieckie doniesienie o odnalezieniu arki. Jedna z niemieckich gazet donosiła o tym w roku 1933... a dokładnie 1 kwietnia 1933 roku, z okazji Prima Aprilis.

Najsłynniejszym świadkiem obecności arki na Ararat jest Ed Davis, zawsze przywoływany w niezliczonych ilościach artykułów o arce, jako dowód na jej istnienie. Przymknięto oczywiście oczy na fantazyjne opowieści Davisa, który przesiadując w arce miał pić miód i jeść fasole niedokończoną przez Noego! "Dzięki" kompletnemu braku rozeznania Davisa w miejscowych realiach i geografii Ararat, spora cześć badacza powątpiewa czy Davisa w ogóle kiedykolwiek stał u podnóża tej góry! Podobne wątpliwości wysuwa się co do innego świadka, George Jammala, tym razem wątpiąc czy człowiek ten w ogóle był kiedykolwiek w Turcji. Jammal miał już w pewnym momencie nawet fotografię arki... niestety druh towarzyszący mu w wyprawie, Polak Vladimir Sobitchsky (Włodzimierz Sobicki?) spadł z urwiska podczas próby zrobienia zdjęcia. Cóż za historia! Po atakach sceptyków na przywiezione przez niego kawałki drewna wycięte rzekomo z arki, przyznał że spreparował je nad ogniem swojej kuchenki, jednak nawet wtedy nie stracił wiarygodności w oczach kreacjonistów.

Gdybyśmy chcieli dołączyć to tej zacnej grupy odkrywców, nic nie stoi dziś na przeszkodzie. Kilka minut w google wystarczy aby wynaleźć sobie z Polski wycieczkę w tamte okolice. Bez noszenia wielgachnego plecaka, za to pięknie i komfortowo z profesjonalnym biurem podróży. Tymczasem w każdym dokumencie kreacjonistów, okolice Ararat pokazywane są jako niedostępny dla świata teren, gdzie każdy cudzoziemiec straci życie, będąc rozstrzelanym, a w najlepszym wypadku porwanym. W końcu głupio wyglądałyby dowody w postaci zdjęć satelitarnych, jeśli każdy głupi może się tam dostać, a mimo to nikt wiarygodny jeszcze arki nie widział. Nawet jeśli nam się nie uda - spokojnie. Poszukiwacze arki zdążyli stworzyć całą teorie spiskowa, w której miejscowa ludność z premedytacją wprowadza w błąd ekspedycje, od wieków ukrywając ją przed oczami badaczy. Owa tajna organizacja ma nawet swoją nazwę, "The Black Arm of Muhammed" :)

9 komentarzy:

  1. Arka po raz kolejny odnaleziona :D
    http://www.tvn24.pl/0,1653908,0,1,arka-noego-odnaleziona,wiadomosc.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak widać nie wszyscy rozumieją, iż w archeologii dowodem nie są opowieści archeologów że coś odkryli, ani nawet 1000 zdjęć tego odkrycia, tylko samo odkrycie. Wszystkie przeszłe i pewnie przyszłe odkrycia łajby Noego stawiają na te dwa pierwsze, pomijając to trzecie. Póki huczne doniesienia o odkryciu Arki przebiją się do wszystkich mediów, dopóty moda na jej kolejne "odkrycia" szybko nie minie. Są głosy które twierdzą iż dostarczony materiał przedstawia spreparowaną przez Kurdów dla poszukiwaczy atrapę, doszukano się także pajęczyn na deskach, których obecność w skutej lodzie jaskini jest nieprawdopodobna. Do wszystkich tych głosów, zarówno pozytywnych jak negatywnych odnoszę się sceptycznie, bo wyrokujemy nie wiadomo o czym. Niech w końcu owi chrześcijańscy badacze ujawnią swoje odkrycie, to wtedy ewentualnie pogdybamy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. a co z symbolizmem? przeciez nie wszystko w Biblii trzeba traktowac doslownie. chodzi o symbol i glebsze zastanowienie sie nad wymowa, a nie bezsensowne krytykowanie doslownosci...

    OdpowiedzUsuń
  4. Skoro symbolizm - to już nie archeologia tylko filologia. Polecam epos Gilgamesz jako źródło porównawcze do refleksji... tam jest jedno ze źródeł opowieści o arce.

    OdpowiedzUsuń
  5. 1,5 miliona gatunków zwierząt.....
    Jak bys nie byl ateistycznym trepem lub niedouczonym chrzescijaninem znal bys ze w Pismie Swietym jest napisane "wedlug rodzaju" a wiec nie gatunku jestes jeszcze zoologicznym tepakiem nie odrozniasz rodzaju od gatunku, na marginesie ja jak bym brala pare wziela bym cielaki a nie stara krowe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przecież w Starym Testamencie słowo "rodzaj" nie jest używane w sensie taksonomicznym, także twój argument z lekka kuleje. Poza tym, oznaczałoby to, że nawet jeśli Noe wziąłby na arkę po parce dla jednego rodzaju, to już po potopie (który zarówno dawni autorzy jak biskup Ussher czy współcześni kreacjoniści datują nie dalej jak kilka tysięcy lat temu) ich potomstwo musiałoby ewoluować, żeby dać znane dziś gatunki - ale to tak na uboczu :)
      Poza tym - nawet gdyby przyjąć, że każdy rodzaj liczy po tysiąc(!) gatunków (gdzie nierzadkie są rodzaje liczące zaledwie jeden gatunek, że tak przypomnę) - to i tak mamy do ogarnięcia... hm... 1500 gatunków. Dalej dużo. I chyba ciut za dużo jak na taką łódź.
      Bardziej sprawdzalne konsekwencje twojego podejścia pominę, pozostawiając je twej wyobraźni - może sama wpadniesz, jak stosunkowo łatwo można sfalsyfikować takie podejście :)

      Usuń
    2. Samych rodzajów zwierząt lądowych znamy kilka tysięcy.

      Usuń
    3. Ty to wiesz, ja to wiem... Poza tym Anonimowy, któremu odpisywałem nie wziął pod uwagę, że z tego co on wymyślił wynikałoby, że skoro obecne gatunki wyewoluowały po potopie, to wcześniej musiałoby ich nie być. Ergo - musiałyby się pojawić w materiale kopalnym znienacka, po określonym geologicznie momencie. I to prawie wszystkie równocześnie. Tymczasem nie widać nagłego zniknięcia większości gatunków i nagłego zastąpienia ich nowymi w wyniku gwałtownej radiacji kilka tysięcy lat temu.

      Także falsyfikacja wyszła negatywnie, hipoteza nieprawdziwa.

      Usuń
  6. Mocherem nie jestem (30 lat) chemik, studiowałem też fizykę i w Arkę Noego wierzę i mam gdzieś co sobie myślicie. Z Panem Bogiem ;-)

    OdpowiedzUsuń