7 marca 2009

Zaczarowany ołówek

Mamroczący pod nosem człowiek, macha bezwładnie ręką. Dookoła dżungla i trochę żołnierzy z rosyjskim akcentem. Jedno spojrzenie w stronę szaleńca wystarczy, on już wie! "Podajcie mu kartkę i długopis!". Grana przez Cate Blanchett pani oficer może jedynie westchnąć z podziwu - "Pismo automatyczne! Że sama na to nie wpadłam!"

Scena ta pochodzi z filmu "Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki", a owym mężczyzną, który wpadł na pomysł co znaczą tajemnicze ruchy dłoni szaleńca, był oczywiście sam Indiana. Jeśli w jednym zdaniu miałbym streścić sedno pisma automatycznego, powiedziałbym: "pisz jak najszybciej, myśl przy tym jak najmniej i wysnuwaj z tego co napisałeś jak najdalej idące wnioski". Pisać można trzymając po prostu długopis w ręku, jednak zalecałbym udziwnienie tej metody, w końcu to co zostanie w ten sposób napisane, brane będzie jako ingerencja sił nadnaturalnych. Pióro trzyma się zatem w dziwaczny sposób, czy to między palcami, czy wykorzystując planszetę, wszystko po to aby zmącić oczywisty obraz, że to my jesteśmy autorami tekstu. Wedle słów zwolenników parapsychologii, nasza ręka kierowana jest wtenczas, nie przez nas samych, ale przez astralne osoby trzecie. W procesie tym rzekomo nasze "mistycznego ja" zostaje stopione z niematerialną istotą, która tym hybrydzim sposobem może komunikować się ze światem zewnętrznym. Założeniem pisma automatycznego nie jest zatem jedynie istnienie latających wokoło nas duszyczek, ale łączenie się ich z naszym fizycznym umysłem, tudzież trącanie przez nich naszego ołówka.

W zależności od posiadanego przez nas umysłowego odchyłu, komunikować się z nami może całe spektrum niewidzialnych i zapewne nieistniejących postaci. Jeśli klient pazernego medium zażyczy sobie kontaktu ze swoim zdechłym kotem, zmarłą babcią, albo Juliuszem Cezarem, dostęp do takich "duchów" zależy jedynie od zasobności portfela. Prekursorka pisma automatycznego, XIX wieczna Francuska Catherine Mulle, przekazywała nawet wiadomości od cywilizacji marsjańskiej. W czasach pani Mulle, kiedy pismo automatyczne pachniało jeszcze nowością i święciło triumfy na spirytystycznych salonach, podyktowany zza światów tekst, wyglądał niczym karta z wakacji. "U mnie wszystko dobrze, trzymaj się, do zobaczenia kiedyś tam". Dziś taki styl pisania wydałby się nam naiwnym i śmiesznym, zatem duchy robią to w bardziej tajemniczym, pourywanym i mrocznym stylu - skrojonym wedle oczekiwań współczesnych.

Oczywiście, nikt nie posiada tu jakichkolwiek dowodów, że pismo automatyczne rzeczywiście jest kanałem pomiędzy światami. Pomimo pewnego renesansu tego zjawiska, to i tak niewiele w porównaniu z niegdysiejszą popularnością, nie tylko czysto paranormalną. Przy pomocy automatic writing pisano new age'owską poezja, zaś freudyści tacy jak Pierre Janet, głowili się nad wykorzystaniem pisma w swojej terapii. Kiedy pismo automatyczne ma czytelny charakter i nie zakładamy fałszerstwa, być może rzeczywiście pochodzi z ukrytych na co dzień zakamarków naszego "drugiego ja". Jednak nawet wtedy autorstwo tak zapisanych słów nie wykracza poza nas samych. Nawet kiedy za widniejący na kartce tekst odpowiadać będzie siedząca w nas mroczna osobowość, nie ma mowy o jakiejkolwiek astralnej ingerencji w nasz biologiczny mózg. Nie spodziewajmy się w tych zakamarkach gejzerów miłości i przyjaźni, bo jeśli już, świadomość usuwa tam raczej te niespecjalne elementy naszych osobowości I bez tego, wielu z nas zna potęgę wykonywanych nieświadomie czynności, "automatycznie" podążając do szkoły tym samym szlakiem, nie angażując przy tym żadnego świadomego pomyślunku. Jeszcze bardziej przypominającą pismo automatyczne formą nieświadomej kreatywności, są mazidła która mimowolnie tworzymy podczas rozmów telefonicznych. Przypisywanie tym rysunkom "pozamaterialnego pochodzenia" byłoby szaleństwem, a przecież zbytnio nie różnią się od typowego pisma automatycznego - ewentualnie brakiem efektów specjalnych - brakiem transu, zapachu świec i przewracanych do góry oczu.

PS: Wciąż zainteresowanym dalszym losem perypetii "Listu w obronie rozumu", trafiła się wczoraj prawdziwa gratka w najlepszej oprawie. Chyba po raz pierwszy, na stronie jednego z największych, a w oczach samych sceptyków chyba w ogóle największego demistyfikatora ostatnich dekad, Jamesa Randiego, ukazał się news prosto spod naszej ciemnej strzechy. "Poland Officially Recognizes the Supernatural" autorstwa Jeffa Wagga, pokrótce opisuje problem, który tak rozpalił na co dzień martwą w Polsce dyskusje o zjawiskach paranormalnych. Szczególnie interesujące są opisy rozwiązań legislacyjnych jakie w podobnym przypadku zastosowano w Stanach Zjednoczonych. Za sprawą międzynarodowo-sceptycznego charakteru strony Randiego, dowiemy się z komentarzy, także o rozwiązaniach z innych zakątków świata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz