26 marca 2009

Niewiarek na finiszu

Wielkie poruszenie wśród ateistycznej blogosfery, wywołała postawa Zbigniewa Religii u kresu swego życia. Słowa mocnego powątpiewania i jego niezwykły pogrzeb jak na "godny transmisji telewizyjnej", bo przeprowadzony w "obrządku laickim", to jeden z wielu kluczowych momentów historii świeckiej Polski. Niewiarą w ostatnich latach swojego życia emanował również Stanisław Lem, jednak z różnych przyczyn nie przedarła się ona do opinii publicznej, na tyle aby wywołać ogólnonarodową dyskusje. Widzę w tym co najmniej dwie przyczyny. Jedną z nich jest Religa jako polityk, a więc ten który siedzi w naszym telewizorze najczęściej. Drugą, Religa jako lekarz, dla którego pytanie o śmierć jest pytaniem tak naturalnym, że aż zawodowym, tak oczywistym, że nawet w tak niestosownej chwili jak ciężka choroba nowotworowa, jest wciąż na swój sposób stosowne.

Jeżeli śmierć, a w tym wypadku jej okoliczności, mogą dodać otuchy, to śmierć zatwardziałych ateistów, krzykliwie trwających przy niewierze, jest dla innych niewierzących taką okazją. Słowa Arthura Schopenhauera, że im człowiek starszy, tym mocniej czuje obecność Najwyższego, wciąż kołaczą się w głowach powątpiewających. Czy kiedy przyjdzie koniec starczy mi sił, aby nie uciec w ramiona złudnej nadziei i nieprawdziwych pocieszeń? Myślę, że właśnie stąd tak ważna jest dla innych ateistów postawa pobratymców na łożu śmierci. Z tychże powodów, Richard Dawkins rozważał nawet zainstalować mikrofon na ostatnie swoje chwile, aby nikt "broń boże" nie podejrzewał go o nawrócenie. Opcje "ostatnich słów których nikt nie słyszał" fanatyczni chrześcijanie wykorzystywali już wielokrotnie, wkładając w usta znanym niewierzącym niestworzone wręcz historie - w końcu martwy już nie zaprzeczy. Charles Darwin miał w ostatnich chwilach wertować "O powstaniu..", stwierdzając że jednak się mylił, a Arsen Heitz, autor flagi Unii Europejskiej, powiedzieć że wzorował się na gwiazdach Matki Boskiej - choć ze świeczką szukać świadków tychże słów.

W cudownej bezczelności "ateizmu na finiszu" wygrałby Loffler, który palony na stosie, pokrzykiwał jeszcze do inkwizytorów, że mogą spalić jego, jednak zabraknie im już chrustu aby spalić przypadek który rządzi światem. Wielkim świadectwem jest ostatnia, nie ukończona książka Johna Diamonda "Cudowne mikstury i inne troski", który u swego kresu wciąż drwił z medycyny alternatywnej i mamideł jakie oferuje dla takich jak ona. Jednak chyba najpiękniej jak znam, wyraził to Jean-Dominique Baudy, w swej legendarnej książce "Skafander i motyl". Całkowicie sparaliżowany Baudy, napisał ją mrugając lewą powieką! Myślałem, aby przepisać na bloga wymowną scena z błogosławieństwem przez księdza jaką zobaczyć można w filmie, jednak nie znalazłem jej w książce, a jego prześmiewcze opisy sanktuarium w Lourdes, są troszeczkę za długie aby je tu wkleić. Zatem trzymając na kolanie książkę, może mniej czytelny w odbiorze, jednak wciąż rozbrajająco ironiczny i pełny miłości, fragment ze strony 16. Dziś miał być tylko Baudy, ale wstęp mi się przedłużył, więc na zakończenie...
(...) Na razie poczułbym się najszczęśliwszym z ludzi, gdyby udało mi się pozbyć nadmiaru śliny gromadzącej się bez przerwy w ustach. Zanim wstanie dzień, ćwiczę się w przeciskaniu języka do tylnej części podniebienia, żeby spowodować odruch przełykania. Niech małe torebki z przywiezionymi z Japonii przez moich wierzących kolegów-podróżników kadzidłami wotywnymi, wstawią się za moją krtanią. Dzięki pielgrzymkowym zapałom znajomych otacza mnie prawdziwy krąg wotywny. Można mnie oddać pod opiekę rozmaitych duchów pod każdą szerokością geograficzną. Staram się uporządkować ten rozległy ruch dusz. Kiedy się dowiaduję, że w mojej intencji paliły się świece w bretońskiej kaplicy lub intonowano mantry w nepalskiej świątyni, natychmiast przypisuję duchownemu wstawiennictwu bardzo konkretne intencje. Prawe oko powierzyłem więc kameruńskiemu marubutowi, którego jedna z przyjaciółek prosiła, by zjednał mi opiekę afrykańskich bogów. Kłopoty słuchowe powierzam teściowej, utrzymującej pobożne stosunki z mnichami w Bordeaux. Regularnie niech odmawiają za mnie różaniec, a ja przeniosę się duchem do opactwa, by usłyszeć ich unoszący się pod niebiosa śpiew. Ich błagania nie dały jeszcze nadzwyczajnych rezultatów, ale kiedy siedmiu braciom należącym do tego samego zgromadzenia islamscy fanatycy poderżnęli gardło, przez wiele dni bolały mnie uszy. Jednak te wszystkie wstawiennictwa przypominają tylko zamki na lodzie, babki z piasku, linie Maginota w porównaniu z modlitwą do Bozi odmawianą przez moją córeczkę Celestynkę przed snem (...)

(przeł. Krzysztof Rutkowski)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz