22 grudnia 2009

Prawie jak blip

Od dziś dostosowuje się do wymogów teraźniejszego pisarstwa i raz na jakiś czas, zamieszczać będę wpisy w których nie rozwlekam się aż tak bardzo. Przynajmniej nie rozwlekam się nad jednym i tym samym. Raczej bieżące tematy, o których nie ma sensu pisać długaśnych elaboratów.

Mikołaj. Jeszcze kilka lat temu sam rozpisywałem się w swojej naiwności o pochodzeniu jego wizerunku, ale na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że tych pierdół uczono mnie na studiach. Po małym dokształceniu się wiem, że każde wyjaśnienie jego wyglądu odwołujące się do jednego źródła jest naiwne. Przez całe wieki funkcjonowało równolegle wiele różnych Mikołajów, o różnym pochodzeniu i rożnych konotacjach, ścierających się i przepychających do miana tego jedynego. Nieprawdą jest, że popularny czerwony grubasek (wcześniejsze Mikołaje były najczęściej zielone) wyszedł spod ołówka Haddona Sundbloma, na zlecenie Coco Coli w latach 30-stych. Takowego Mikołaja wynajdziemy już na przełomie XIX i XX wieku, acz już w tym roku czytałem artykuliki które wkładają tego dobrego człowieka w ręce Coca Coli. Spodziewam się, że apogeum tego mitu wypadnie jak zawsze na Wigilie.

Olbrzymy. Śledzę nasze paranormalne fora i widzę, że na wszystkich króluje dziś temat gigantów. Temat ten powraca jak bumerang, od czasów słynnego "fałszerstwa fałszerstwa", kiedy to Phineas Barnum (ten od efektu Barnuma) sfałszował, będącego już fałszywym olbrzyma z Cardiff. Nie chodzi o to, że ci sami ludzie dyskutują o tym samym, tylko że w różnych miejscach i pod innymi nickami, nie nie. Temat olbrzymów które zamieszkiwały niegdyś Ziemie, jest bzdurny z innego powodu. Powiększmy człowieka 5 raz, powiedzmy z 2 do 10 metrów. Kości tego delikwenta nie poszerzają się bynajmniej o 5 razy, ale o 25 razy. Jego waga nie wzrośnie jednak o 25 razy, ale podąży wraz ze wzrostem objętości, 5x5x5, czyli 125 razy! Brzmi to chyba wystarczająco groźnie. Organizmy żywy, są skonstruowane na miarę swych wielkości i nie da się ich po prostu powiększyć. Malutki kosarz może mieć cienkie nogi bo jest lekki, ale im pająk cięższy, tym jego nogi grubsze - i to grubsze w proporcji do jego większego ciała. 10 Metrowy człowiek załamałby się pod własnym ciężarem. Pisze to, bo w śledzonych przeze mnie dyskusjach, jakoś nikt nie użył tego argumentu.

Zakazana psychologia. Nie zgadzam się ze słowami Carla Sagana, aby nie liczyć, że ludzie którym dowiedliśmy naiwność, serdecznie nam podziękują. Gdyby odkrywanie swojej głupoty nie było fascynujące, taki serwis jak choćby snopes, nigdy by nie zaistniał, a co dopiero mówić o jego sukcesie. Mnie nęcą najbardziej bzdury co do których byłem święcie przekonany, a nawet pouczałem o nich innych. Co tam ja, internetowa płotka, na jednej z konferencji pani profesor i to w dodatku komunikacji, oparła cały swój wykład, na znanej regule 55-38-7. Mawia ona, że 55% informacji czerpanych od człowieka, pochodzi z mowy jego ciała, 38% z tonu jego głosu, a jedynie 7% ze słów jakie wypowiada. Zwolennicy tej teorii powołują się na badania Alberta Mehrabiana, jednak badania te dotyczyły w ogolę czegoś innego. W pedeefach kiedyś zamieszczonych na stronie Witkowskiego, nie znalazłem tej krytyki którą znalazłem w książce, albo tak zaczytałem się w miażdżeniu freudyzmu i NLP, że jakoś mi to uleciało. Z opisu Witkowskiego wynika jasno - zasada ta obowiązuje, ale tylko kiedy przekaz jest niespójny. Znaczy się, jeśli grożąc palcem, będę się wyrażać słodkim tonem, mówić przy tym neutralne słowa, 55% osób uzna że jestem zły, a 38% że raczej pogodny. Jak teraz się nad tym zastanawiam, to aby stworzyć taką regule, należałoby zaprząc w to neuroobrazowania - a i tak na nic, bo jeśli odróżnimy które informacje pochodzą z naszego wzroku a które od zmysłu słuchu, jak dziś odróżnić co w tych sygnałach jest "czystym słowem" a co tonem głosu?

Film 2012. Wpierw przeczytałem wszystkie sceptyczne słowa krytyki, a później zabrałem się za seans - i niespodzianka. Większość bębniła o bzdurach kalendarza Majów, tymczasem film zupełnie tego nie dotyka. Czeka nas wszystkich zagłada, bo neutrina wyrzucane przez Słońce, zaczną oddziaływać z materią z której zbudowana jest Ziemia. Ten postulat należałoby poddać krytyce, a nie wyliczenia Majów, o których pada w filmie chyba jedno słowo. Zresztą bardzo wdzięczny, wręcz wymarzony temat aby zainteresować ludzi współczesną fizyką. Mnie przeraża jedynie końcówka, a konkretnie miejsce gdzie lądują statki - Południowa Afryka. Dokładnie tam gdzie wabi wszystkich Patrick Geryl. Napędzanie klientów temu szaleńcowi nie było chyba rozsądne ze strony scenarzystów.

13 grudnia 2009

Dlaczego obcy nie mają siusiaków?

Te z pozoru idiotyczne pytanie, nie jest istotne jedynie dla dr Jana Pająka, który utrzymuje, iż wszyscy jesteśmy gwałceni przez obcych. W kosmicznym prąciu leży wyjaśnienie istnienia obcych w ogóle. Wpierw sprecyzujmy o których obcych chodzi. Wśród ufoamatorów panuje niepisana zasada, że wiarygodny kosmita musi być tzw. szarakiem - a więc postacią znaną choćby z Archiwum X. Pomimo, że na kosmitów zwykło mawiać się "zielone ludziki", w posądzanej o bycie wiarygodną literaturze, kolor ten już nie występuje. Koloru zielonego byli obcy którzy uprowadzili furmankę Jana Wolskiego (najsłynniejszy przypadek spotkania III stopnia w naszym kraju), zielonym schematem posłużyli się twórcy filmu "Marsjanie atakują", zasadniczo zielony jest już wykpiwany i eksploatowany jedynie w dowcipach. Co innego szary, szarak niezaprzeczalnie króluje na naszym niebie i jeśli chcemy zainteresować kogoś naszą historią, szarak w tle jest tu nie tyle zalecany co wymagany.

Teoria "bezsiusiakowych obcych" opiera się na założeniu, że nasze fantazje i lęki są skrojone na miarą świata w którym żyjemy - co wydaje się jest do udowodnienia. O tym jak przez wieki wyglądali przybysze z obcych planet, decydowało nasze mniemanie o ich zamiarach i inteligencji. XVIII-wieczni kosmici Ludviga Holberga, byli odwrotnością nas samych, a zatem mówili odbytem. W 1758 sam Bóg opisał Marsjan, będącemu wtenczas w transie, czołowemu teologowi Oświecenia, Emanuelowi Swedenborgowi. Według Jahwe Marsjanie byli lekko tępawi, zatem byli czarni i ubierali się w korę drzew. Interesujące, że w XIX wieku kosmici nawiedzający USA, wyglądali jak najbardziej podejrzana cześć amerykańskiego społeczeństwa, czyli Indianie i murzyni. W latach 30-stych, wraz z początkiem epoki lśniącej blachy, pojawili się kosmici z metalu. Obcy cnotliwi przypominali swoim wyglądem ssaki lub ptaki, zaś ci o nieprzyjaznych zamiarach wpadali w tonację gada lub owada. Do dziś najwyższą półkę przybyszów z kosmosu stanowią Ci, którzy nie posiadają materialnych ciał, a składają się jedynie z energii - co wynika oczywiście z naszego religijnego zamiłowania do istot niematerialnych.

Nieznajomość społecznych oczekiwań co do braci z przestrzeni kosmicznej, przynieść może opłakane skutki. Phil Tucker chciał popełnić samobójstwo, kiedy wyśmiano jego film "Przybysz z kosmosu". Wielka włochata małpa z hełmem na głowie nie wydawała się dobrą kandydatką na kolonizacje Ziemi. Phil ewidentnie nie czuł jak wielkie piętno odcisnęła na naszym wyobrażeniu obcych teoria ewolucji. Nie jest przypadkiem, że najgłupszym kompanem Hana Solo i Luke Skywalkera, jest do cna futrzasty Chewbacca, zaś intelektualne pierwsze skrzypce gra prawie bezwłosy Yoda. W ciągu paru milionów lat ewolucji ludzkiego gatunku, nasze intelektualne zdolności rosły wraz z mimochodem malejącym owłosieniem, jednak oczekiwanie, że jest to obligujący trend dla całego wszechświata, to jakby spodziewać się, że w całej galaktyce mówi się po angielsku. Echa rasizmu w naszym wyobrażeniu obcych widzi John Adams, autor "The Alien Archetype - The Origin of the Grays". Obcy którzy podbili Ziemie w "Dwóch planetach" Niemca Kurda Lasswitz, byli zaskakująco podobni do niemieckich panów. Najeźdźcy z Marsa byli bielsi niż Ziemianie, w końcu idąc po osi od czarnego do białego, logiczne wydawało się, że postacie jeszcze mądrzejsze, będą jeszcze bielsze. Duże głowy "szaraków" znamionują ich wielką wiedzę. W powieściach Herberta Wellsa z przełomu wieków, zamieszkujący Księżyc Selenici, rozlokowani byli w kastach w zależności od wielkości czaszki - oczywiście z największymi głowami na piedestale. Jak pisze Adams, wielkie oczy jakie przypisuje się kosmitom, w ikonografii od wieków przypisywano innym cudownym postaciom, między innymi... świętym.

Nieobecność przyrodzenia chyba najszczwaniej rozwiązano w serialu Stargate. Obcy rozmnażali się wyłącznie poprzez klonowanie, zaś eksperymenty w celu ulepszenia tego procesu, wykonywali na porywanych ludziach - dwie pieczenie na jednym ogniu. Zastanawiające, że w potocznym wyobrażeniu nie funkcjonuje piersiasty szarak. Jeśli ich anatomia tak przypomina ludzką, a przynajmniej ujawniający się na zewnątrz fenotyp, czemu u tych szarych postaci nie pojawiają się jędrne cycuszki? Jeśli to coś miało być naprawdę inteligentne, musiano z obcych uczynić mężczyzn. Niestety ziemskie stereotypy kształtują jak widać cały kosmos. Ziemskie tabu wykastrowało nam naszych przyjaciół. Kosmita z penisem wyglądałby ordynarnie i nie pasowałby do wizerunku wszechwiedzącego mędrca. Narządy płciowe przywołują raczej bezmózgą zwierzęcość, a zatem porządnym szarakom obca musi być wulgarna, ziemska chuć. Za samo nasze oczernianie obcych z miejsca należy nam się "Dzień Nieodległości". Ich zapewne nanotechnologiczne statki zamieniliśmy w wielkie złomiaste gruchoty, które wciąż psują się nad naszymi głowami i spadają tak blisko, że zawsze znajdzie się jakiś świadek, ale zarazem tak daleko, że telewizja nie zdąży ich sfilmować. Jeśli obcy zapędzą Ziemian do pracy w swoich kopalniach - jestem pewien, że to za ich sterylizacje i uczynienie z nich gadających mózgów z łapkami.

6 grudnia 2009

Lewitacja

W jednym z tefałenowskich programów, bodajże "Cela", pewien wiezień chwalił się redaktorowi, iż koniec jego odsiadki jest już bliski. Nie chodzi tu bynajmniej o to, że dobiega termin w którym ma wyjść na wolność. Więzień z dumą stwierdził, iż siedząc i tak nic nie robiąc w celi, opanował lewitacje, "a jak wiadomo od lewitacji do teleportacji już blisko". Rzeczywiście, kiedy spoglądamy na rzekome dokonania joginów czy tybetańskich mistyków, telepatia, lewitacja i podróże astralne, wydają się iść u nich w parze. Lewitacja utożsamiana jest raczej ze wschodnim sztukmistrzostwem, ale i chrześcijańscy święci lubili sobie pofruwać. Apokryfy opisuje lewitującego Szymona Maga walczącego ze św. Piotrem, lewituje się w czasie objawień, lewitują też egzorcyzmowani. Zupełnie inną bajką którą tu odpuszczę, są lewitujące przedmioty. Od tych najprostszych, wykorzystujących magnesy, po najbardziej spektakularne, oparte na efekcie Biefelda-Browna (wysokie napięcie powodujące unoszenie się przedmiotów). W tym miejscu interesuje mnie jedynie "humanistyczna strona lewitacji".

Dzisiejsza lewitacja nierozerwalnie łączy się medytacją transcendentalną i jej twórcą Mahariszi Maheszem. Każdy program o lewitacji nie może obejść się bez obrazka skaczących w żabich skokach panów - nie kogo innego jak adeptów medytacji transcendentalnej. W 1978 Mahariszi twierdził, iż spośród 40 tysięcy jego studentów, około tysiąca wyszło poza głupawe podskoki w pozycji lotosu i przeszło do prawdziwej lewitacji. Na zorganizowanym w 1986 pokazie w Waszyngtonie, 20 najlepszych uczniów mistrza miało pochwalić się swymi umiejętnościami, jednak zgromadzeni dziennikarze nie zobaczyli niczego poza odbijającymi się o od materaców chłopcami. Jak w ogóle możliwe, że siedząc po turecku i podskakując na kolanach wierzymy że latamy? Według Maharisziego medytacja tworzy pole energii pomiędzy naszym ciałem a podłożem, siłę która można unieść nas w górę. Wpierw wyczuwamy w sobie wewnętrzne ciepło, wzbijamy się do skoku... i już tylko wystarczy aby zatrzymać się w górze. Taka mała drobnostka. Ludzie wydają tysiące dolarów na naukę latania, która w rzeczywistości jest kursem skakania w pozycji lotosu. Osobom tym wmawia się, że zasadniczo posiedli już całą sztukę lewitacji, a do pełni sukcesu został im tylko mały kroczek - kroczek będący naprawdę sednem i całością obiecanych zdolności.

Wiele zdjęć unoszących się osób, to uchwycenie będącego w żabim skoku adepta medytacji transcendentalnej. Istnieje kilka metod umożliwiających odróżnienie osoby będącej jedynie w podskoku, od tej trwale unoszącej się w powietrzu. Kiedyś poszukiwano charakterystycznych rozmyć, jakie ujawniają się w momencie cyknięcia fotki skaczącemu w górę joginowi, jednak dzisiejsze szybki migawki niwelują ten efekt. Dobrą metodą jest spoglądniecie na włosy, które u gwałtownie unoszącego się i opadającego człowieka, przybierają specyficzny kształt - pod warunkiem, że są odpowiedniej długości. Całkowicie dyskwalifikuje podtrzymywanie się kijem, który to niezauważenie wpuszczany, najczęściej przez rękaw jogina, podtrzymuje całą jego sylwetkę. Jeśli ktoś katuje nas linkami dowodzącymi lewitacji, najlepszym materiałem do rewizji są filmy. Bywa, że nawet profesjonalnie wykonane sztuczki nie radzą sobie z efektem chybotania się lewitującego. Aby zlikwidować ten efekt uboczny, w swojej słynnej sztuczce z lataniem nad publicznością, David Copperfield zakupił patent mechanizmu tak sterującego linami aby cały jego lot wydawał się płynny. Po sposobie kołysania się, szczególnie stóp, widać gdzie znajduje się punkt podparcia. Ekstremalnym tego przykładem jest film poniżej, gdzie szaman ma problem nawet z utrzymaniem pionu. Zbyt długa lina skręca się, tak że czarownik zaczyna bujać się, jak zawieszone na sznurku jabłko. Jak słychać, lektor jest tym marnym pokazem zachwycony, uważając to coś za dowód istnienia lewitacji!




Na filmie jest tak ciemno, że dałoby się zawiesić nad szamanem czarnego słonia a i tak nikt by go nie zobaczył - a co dopiero cienkie linki. Ciemna noc dodatkowo zadymiona palącym się dookoła ogniskiem, raczej nie utwierdza nas w przekonaniu o dobrych intencjach tego pana. Lewitacja w półmroku to najtańsza sztuczka. Kiedy w obecności medium, stół przy którym zasiadali spirytyści podnosił się w górę, wszystko działo się w mroku pokoju, tak że haki wystające z mankietów czy stopy wsuwane pod nogi stolika były nie do zauważenia. Późnym wieczorem wykonuje się inną znaną sztuczkę z lewitacją, tym razem pochodzącą wprost z Indii. Trik ten fascynuje mnie od lat, na prowadzonym przeze mnie kilka lat temu blogu, widniał fakir, z kosza którego pięła się w powietrze lina, na szczycie której wisiał chłopiec. W zasadzie to wszystko co jest w tej sztuczce pewne, wiele z jej elementów nigdy nie istniało, tak że zaczęto wątpić czy ona w ogóle kiedykolwiek miała miejsce! Indian rope trick to jedno z najciekawszych zjawisk okołoparanormalnych jakie znam i na pewno w przyszłości jeszcze się o tym naprodukuje. Natomiast jednym z najmniej paranormalnych zjawisk, ze wszystkich paranormalnych zjawisk jakie istnieją jest finger lifting. Modna wśród nastolatków na całym świecie sztuczka, jakoś nie przyjęła się w Polsce. Bazuje na przekonaniu, że nie można podnieć dorosłego człowieka przy pomocy pojedynczych palców kilka osób. Wpierw uczestnicy zabawy próbują podnieść takiego delikwenta, co oczywiście okazuje się niemożliwe - jako że oczekiwali, iż jest to niemożliwe. Następnie układają nad nim swoje dłonie, przekazują mu trochę energii dzięki której stanie się lżejszy, trochę zaklęć i synchronizacji, a po chwili siup w górę na palcach uczestników. Taka lewitacja na niedzielny wieczór i nieklejące się spotkanie ze znajomymi.

30 listopada 2009

Bułgarskie centrum ufozy

Kryjące się za zasłoną nauki, zatwardziałe i zamknięte umysły, pozyskały kolejny kamyczek do swego ogródka. Tym razem w postaci byłego wicedyrektora Instytutu Badań Kosmicznych rodem z Bułgarii, profesora Łaczezara Filipowa (Lachezara Filipova). Otóż twierdzi on, że w ramach swoich "badań" skontaktował się z obcą cywilizacją pomieszkującą Ziemie - oczywiście pod warunkiem, że za "badania" uznać można channelingowy przekaz jednej z bułgarskich wróżek. Pewne jest natomiast, że w czasie swych poszukiwań Filipow skontaktował się z badaczką zbożowych piktogramów Marianą Weznewą (Veznevą), która analizując kręgi ustaliła - a jakże - widmo czekającego nas roku 2012 i wiążący się z nim upadek asteroidy. Weznewa odgrywała w całym eksperymencie rolę medium. To ona za pośrednictwem transu zadawała pytania kosmitom, a także to ona była kluczem do odczytania pojawiających się później na całym świecie piktogramów. A dostrzegła w nich cuda niewidy, np. głowę wojownika Majów (jasna konotacja z 2012) i zapłodnienie in-vitro (któremu kosmici są przeciwni). Z całego zamieszania tłumaczył się obecny dyrektor instytutu, przypominając opinii publicznej, iż wszystko co głosi Filipow jest jedynie jego prywatną opinią i nie ma nic wspólnego z samą placówką. Fizyk zapowiada dalsze analizy pszennych zawirowań, dlatego troszeczkę mu pomogę.


Historia kręgów w zbożu sięga swymi korzeniami drugiej połowy XX wieku, zaś za prekursorów tego fachu przyjęło się uważać Douga Bowera i Dave Chorleia, autorów 250 takich formacji. W wielu opracowaniach dzieje kręgów rozpoczyna się od opisu XVII-wiecznej broszury Mowing-Devil, a nawet cofa się ich historie jeszcze dalej, aż do X wieku. Mowing-Devil nie powinien robić na nas wielkiego wrażenia, bo także polski folklor przypisywał odnajdywane w zbożu kształty, tańcującym w nim diabłom. Te zamierzchłe historie nie opowiadają jednak o współczesnych crop circles, lecz o znanym każdemu rolnikowi tzw. "kładzeniu się zboża". Jako że szczycę się chłopsko-robotniczym pochodzenie (z naciskiem na "chłopsko"), setki razy widziałem te cuda na polach i nigdy nie mogłem się nadziwić jak one powstają. Dwa sąsiednie z sobą źdźbła, które rosną przecież w odległości 2 mm, wszystkie na lewo stoją niewzruszone, zaś wszystkie na prawo snują się po ziemi jak sprasowane - i wszystko to za sprawą wiatru! Pierwsze klasyczne kręgi w zbożu, to dopiero koniec lat 60-tych XX wieku, były to zresztą bardzo prymitywne wzory, głownie same koła o średnicy ok 1 metra. Pierwsze kręgi tworzone były w trzcinach, eksperymentowano także z innymi materiałami, m.in. śniegiem i piaskiem. Dziś standardem jest materiał zbożowy. Odnośnie kręgów zaobserwować można dziwną zależność - im tradycje circlemakeringu w danych kraju bogatsze, tym kręgi bardziej skomplikowane - znaczy się, im pasjonaci udeptanych łanów lepsi, tym okoliczne UFO ambitniejsze. Wbrew temu co się słyszy, cerealodzy po dziś dzień nie wypracowali żadnej metody odróżnienia sfałszowanych i ich zdaniem prawdziwych kręgów. Promieniowanie, powyginane łodygi, wszystko to było wykrywane przez "ekspertów" na zmajstrowanych ludzką nogą kręgach, zaś uznany przez nich za niesamowity tzw. "efekt pierzenia" uzyskiwany był przy pomocy deski i sznurka. Obsesyjne trzymanie się opcji z kosmitami doprowadziło do paranoidalnych oskarżeń Johna Wabe, autora słynnego filmu spod Oliver's castle. Wabe przyznał się, iż sfałszował ten film, jednak wielu cerealogów nigdy w to nie uwierzyło, zarzucając mu tajną współprace z rządem! Dziś jednym z głównych elementów ustalenia autentyczności kręgu, jest analiza jego wzoru.

To co opowiada Marianna Weznowa nie jest ani nowe ani odkrywcze (no, może poza tym in-vitro). Upominania naszych kosmicznych braci o pokój na Niebieskiej Planecie to cerealogiczny klasyk. Mówi o tym jedna z moim ulubionych analiz piktogramu z Crabwood, gdzie sam zbożowy twór wygląda po prostu jak żart (to ten obrazek nie będący rysunkiem Marka Raczkowskiego). Fachowcy nie tylko pospadali z krzeseł na widok gęby szaraka, ale rozszyfrowali nawet tekst na płytce CD którą trzyma obcy! Jest oczywiście po angielsku, w końcu od czasów amerykańskich filmów s-f wiadomo, że cały kosmos mówi po angielsku. Jest to długaśny przekaz opowiadający o czekających nas wszystkich torturach jeśli nie powrócimy na ścieżkę dobra - i to wszystko zapisane jest na dysku który trzyma w łapie kosmita! Także zapowiedzi katastrof były udziałem zbożowych kręgów. Na powstałym w 1995 kręgu z Hampshire, dostrzeżono nasz Układ Słoneczny z roku 2003... niestety już bez Ziemi. Weznową wyprzedził choćby nasz kochany Nautilus. Już w zeszłym roku fundacja lansowała analizę crop circle z Avenbury, w której doszukano się ostrzeżeń na temat komety jaka odwiedzi nas w 2012. Wpatrując się w wydeptane łany można doszukać się każdego przekazu wedle uznania. Niektórzy gorliwi chrześcijanie łączą je ze słynnym Kodem Biblii (według którego w 2000 i 2006 miała nas czekać zagłada atomowa), po tym jak na jednym z piktogramów doszukano się kabalistycznego drzewa życia - co zostało zinterpretowane jako upomnienie obcych aby powrócić do analiz Pisma Świętego. Modną ostatnio ideą jest Crop Circle Ship - wedle której wszystkie zbożowe kręgi składają się na instrukcje budowy statku międzygwiezdnego. Pomimo tych ambitnych teorii, wciąż podstawą do analiz piktogramów jest cyrkiel i ekierka. "Badacze" kreślą po piktogramie na wszystkie możliwe sposoby, aż dopatrzą się w nim swojskich dla siebie kształtów. Nic w tym dziwnego, zważywszy że tak właśnie kręgi powstają - jedynie role linijki i cyrkla odgrywa w nich sznurek.

26 listopada 2009

Islamskie cuda

Kiedy jakiś czas temu, na ciele mieszkającego w Dagestanie malucha pojawiły się wersety koranu, postanowiłem o tym nie pisać. Określenie "pojawiły się" jest tu niespecjalnie trafne, bo oparzenia w kształcie arabskich liter nie pojawiają się same. Nie pisałem, bo nie wiedziałem jak zapełnić dwa akapity czymś bardziej konkretnym, niż tylko pogardą dla barbarzyńskich praktyk kaleczenia własnych dzieci. Gros tego co uznane za cudowne w islamie, to święte napisy pojawiające się w zasadzie wszędzie. Wizerunek Mahometa jest nazbyt święty, zatem rolę naszych Jezusów na szybach odgrywają napisy z imieniem Allaha. Tak się składa, że Allah zapisany po arabsku to jeno dwa bardzo proste symbole - coś na kształt litery "w" z laską przypominającą "l". Tylko w ostatnim czasie Allah ukazał się na chmurach, drzewach, skale, ziemniaku, pomidorze, kwiatach, rybach, a także na uszach i rękach swoich wyznawców. Kiedy chwile poszperałem w poszukiwaniu innych dziwadeł, znalazłem jeszcze cudowne wizerunki Allaha na plastrze miodu, Księżycu, na kozie, gołębiu, dłoniach i jajku. Chyba nie ma co tu komentować. Jednak od czasów doniesień o małym Alim Jakubowie, jakby na złość bombardują mnie pretensje pod adresem niewierzących, iż grzebiąc w katolickiej drzazdze, mrużymy oko na muzułmańską belkę. Jak mawia mój przyjaciel, nie ma przypadków, są tylko znaki, zatem krótko - czy te pretensje są słuszne?

Choć raz nie będę się rozwlekać i przynajmniej w swoim imieniu napiszę - tak. Rzeczywiście, często omijamy w swojej antyreligijnej pasji czcicieli Allaha, mimo że prymitywna brutalność islamu deklasuje każdy znany mi odłam chrześcijaństwa (konkurować mogłyby kościoły poskramiaczy węży). Kajam się jednak z paroma "ale". Problem islamu jest na naszym gruncie trochę nietutejszy. W państwie z deficytem proroków, trzeba czuć oddech zagrożenia na plecach aby znaleźć w sobie ochotę do trąbienia.
Musimy przestać w końcu udawać, bo właśnie to robimy - udajemy - że wszystkie kultury są równe, w sytuacji kiedy jasno widać że tak nie jest. Islamska kultura nie jest równoważna kulturze zachodu. Zachęca do przemocy względem kobiet, Żydów i homoseksualistów. Sankcjonuj poligamie oraz małżeństwo starych mężczyzn z małymi dziećmi, co jest obrzydliwą parodią ludzkich relacji. Ktokolwiek na zachodzie broniący tego rodzaju wartości znalazłby się szybko w więzieniu. A więc jest czas aby odezwać się Europo i pokazać odrobinę kręgosłupa. Chyba że chcemy spędzić resztę naszych żyć kryjąc się niczym przestraszone myszy przed garstką brutalnych bigotów, którzy myślą, że mają prawo wciskać palec w twoją pierś i mówić nam, jak powinniśmy żyć.
Zapewniam, że to nie najbardziej zgryźliwy cytat Pata Condella jaki mogłem tu umieścić. Od jakiegoś czasu, bijące w religie frazesy Condella koncentrują się prawie wyłącznie na islamie. Brytyjscy koraniści to nie swojscy Tatarzy, ale nie przywiązujące się do obecnego stanu rzeczy wielkie masy ludzi. W takich warunkach ateistyczny tumult ma i powinien mieć miejsce, a spoglądanie na żyjących za siedmioma górami niewierzących z ich biernością, jest nie do końca uczciwe. Poza tym przyznaje się do grzebania w mrowisku tym cytatem z Condella, ale z racji braku czasu ucichłem trochę pisarsko, tak że ominęła mnie dyskusja o postmodernizmie pod ostatnim wpisie. Chciałem się tylko dookreślić, tak by nie było wątpliwości (choć przez całe studia uważałem się za relatywistę, jakoś łącząc to ze swoim ateizmem). Takie już uroki sceptycyzmu, że nie można przyzwyczajając się do swojego zdania. Aby nikt nie oskarżał mnie o lansowanie tez jedynie białych, heteroseksualnych mężczyzn, kapitalny filmik poniżej. W ogóle polecam cały kanał Adama Brożyńskiego, racjonalny a przy tym z klasą (czyli nie zapchany filmami z Dawkinsem).



7 listopada 2009

Fizyka niemożliwego

Każdy kto sięgnął po którąś z książek Lawrence Kraussa, raczej nie liczy na odwiedziny przybyszów z pobliskich gwiazd. Czas lot, ilość potrzebnej energii, plus multum innym niesprzyjających elementów raczej wyklucza inwazję obcych cywilizacja. Tymczasem, kto czytał wydaną przed miesiącem "Fizykę rzeczy niemożliwych" Michio Kaku, wie że lot, nie do pobliskich gwiazd, ale na krańce wszechświata, jest możliwy za życia jednego człowieka. Jak możliwe, że ta sama fizyka przynosi tak różne wyniki? Kaku nie ładuje na statek, tak jak Krauss, 100 milionów ton paliwa. Woli żagiel słoneczny rozpędzany siłą wycelowanych w niego laserów usytuowanych na Księżycu. Problem z obładowaniem statku paliwem, Kaku obchodzi także czerpiąc paliwo z mijanej przez siebie przestrzeni. Termojądrowy silnik pobierałby wodór z kosmosu i na bieżąco syntezował go niczym koń napędzany w czasie podróży, zżeraną dokoła siebie trawą. Czy inni fizycy nie wiedzieli o takich rozwiązaniach? Problem, że księżycowe lasery musiałby dysponować energią tysiąckroć większą niż ta produkowana na Ziemi, a termojądrowy silnik strumieniowy pobierałby wodór w promieniu setek kilometrów i syntezował go na bazie technologii o której nie mamy dziś pojęcia. Wadą, lub jak kto woli zaletą, jest niczym nieskrepowana wyobraźnia Kaku, dla którego wszystko czemu teoretycznie nie zaprzecza dzisiejsza fizyka jest realne, zgodnie z zasadą Terence White: "wszystko co nie jest zabronione, jest obowiązkowe". Przyznaje się, że cywilizacje typu III skali Kardaszewa (mająca do dyspozycji bilion bilionów energii więcej niż my), na które często powołuje się Michio, są poza zasięgiem mojej wyobraźni. Gwoli sprawiedliwości, pomyślałem że warto byłoby napisać co myśli o wyśmiewanych tutaj przeze mnie zjawiskach, mniej skrępowany od mojego umysł.

Kaku dzieli zjawiska uznane dziś za nadnaturalne, na klika rodzajów. Jeden z nich stanowią dziwy które pojawią się w naszym zasięgu w przeciągu kilkuset lat, takie jak telepatia i telekineza. Okres ten nie jest potrzebny na odblokowanie rzekomych 90% mózgu który leży odłogiem niczym popegeerowskie pola. Nie spożytkujemy tego tysiąca lat nawet na to, aby łyżka w którą tak się wpatrujemy, zardzewiała i w końcu sama się przełamała. Czas ten przeznaczony jest na żmudne odkrywanie kolejnych części mapy mózgu, ustalenie funkcji kolejnych jego obszarów. Dziś siedzimy na etapie namierzania niektórych emocji, zatem droga do tego aby rozpoznać kiedy nasz mózg myśli o zielonym jabłuszku jeszcze daleka. Kaku naśmiewa się przy tym ze współczesnych, absurdalnych prób czytania w myślach, przywołując kilku naszych dobrych znajomych. Twórca, działającego przy Uniwersytecie Duke'a Rhine Research Center, dr Joseph Rhine dawał się niemiłosiernie ogrywać klaczy Lady Wonder i jej pani, myśląc, iż koń układa klocki z literami dzięki telepatii. Podważyło to kompetencje Rhine, który najwidoczniej nie wiedział ani o słynnym Mądrym Hansie, ani o wcześniejszych przypadkach, począwszy od "umiejącego" liczyć, XVI-wiecznego konia Marocco, przez superinteligentne świnie, psy i gęsi (w rzeczywistości reagujące jedynie na subtelne wskazówki swoich treserów). Następce Rhine na stanowisku kierownika instytutu, Waltera Levy, przyłapano jak fałszował wyniki mające wskazywać, iż myszy potrafią telepatycznie wpływać na generator liczb losowych. Kaku wspomina także o Projekcie Stargate - finansowanej przez CIA aż do 1995 komórki paranormalnych szpiegów. Na zlecenie CIA American Institute for Research ocenił 30 lat działalności tego projektu, pisząc w raporcie, "iż nie ma jakichkolwiek dowodów, że informacje podawane przez telepatów miały jakąkolwiek wartość dla wywiadu".

Zupełnie inną gałąź zjawisk paranormalnych stanowią te, które według Kaku istnieć nie mogą, ponieważ łamałyby podstawowe prawa fizyki. Pisze to człowiek, który dopuszcza poruszanie się z prędkość w pewnym sensie przekraczającą prędkość światła, poprzez ściśniecie przed i rozciągnięcie za statkiem przestrzeni - statkiem napędzanym nieodkrytą jeszcze ujemną materią - zatem jeśli coś jest niemożliwe u Kaku, to już naprawdę musi być niemożliwe. Do grona "twardo nieistniejącego" popularny fizyk zalicza prekognicje - przewidywanie przeszłości bez jakichkolwiek na nią przesłanek. Prekognicją byłoby seryjne typowanie prawidłowych numerów w loterii - jak łatwo sprawdzić na świecie nie ma takich osób, a mimo to profesja zaglądacza w karty przyszłości kwitnie w najlepsze. Prekognicje wyklucza zasada przyczyny i skutku, mimo to wyciąganie z kapelusza kolejnych dat końca świata ma się w nieodmiennie świetnej kondycji. Nie ma granicy ludzkiej głupoty u tych którzy wierzą w 2012, po setkach, dosłownie setkach nietrafionych dat końca naszej ery. Okazuje się, że nie ma takiej liczby spudłowanych strzałów, po której ludzie przestaną w nie wierzyć. Przewidziana przez astrologów i duchownych, koniunkcja planet z 20 lutego 1524, także miała znamionować koniec świata, a że przypadała na tle gwiazdozbioru ryb, oznaczała wielki potop. 1/4 Mieszkańców Londynu uciekła w ten dzień na pobliskie wzgórza, zaś w Europie masowo produkowano arki. Największa z nich, 3-piętrowa arka Niemieckiego hrabiego Counta von Iggleheima zgromadziła bogatszych mieszkańców całego regionu, zaś plebs zgromadzony wtenczas pod arką, na widok padającej akurat mżawki zaczął się masowo tratować. Warto przypomnieć kilka równie świetnych zapowiedzi Sądu Ostatecznego, które nie tylko nie ośmieszyły ich proroków, ale w perspektywie doprowadziły do powstania całych Kościołów. Między innymi 1843 typowany przez Williama Millera, protoplastę Adwentystów Dnia Siódmego, oraz mój ulubiony Charles Taze Russell, założyciel świadków Jehowy. Kiedy jego przepowiednia na rok 1874 nie sprawdziła się, po dokładniejszej analizie Wielkiej Piramidy w Gizie przebookował tą datę na 1914. Kiedy i w 1914 zmarli nie powstali z grobu, uaktualnił ją na 1915, a jeszcze później na 1918. Tej ostatniej niestety nie doczekał, a szkoda, tak usłyszelibyśmy kolejne równie trafne daty. Ostatnim chłopcem do bicia, jest dla Kaku Free Energy. Jak wiadomo spisek koncernów naftowo-gazowo-węglowo-atomowych dwoi się i troi, aby odciąć ludzkość od nieskończonej, darmowej energii z niczego. Pomimo, iż wyklucza ją zasada zachowania energii, pokolenia domorosłych wynalazców wciąż tworzą takie urządzenia, bywa że fałszując ich wyniki, jednak najczęściej po prostu nie dostrzegając zewnętrznego źródła energii. Kaku wchodzi nawet w dyskusje ze zwolennikami Tesli, lecz nawet przy podziwie dla Serbskiego uczonego i wpleceniu w to wszystko ciemnej energii, takiego cudactwa istnieć nie może. Szkoda, że książki tej nie doczekał działający kilka lat temu youtubowy kanał, autorstwa wielkiego orędownika Free Energy. Pana który, jak sam o sobie mówił, skończył nawet jaką parapsychologiczną szkołę, bodajże w Krakowie, tak w ogóle to pozdrawiam, jeśli teraz to czyta.

29 października 2009

Teologowie, sceptycy i wilkołaki

Trochę wynudzony milionem artykułów o wampirach, a jednocześnie chcąc pozostać w klimacie halloweenowym, garść słów o mniej popularnym potworze. Pomimo dysproporcji pomiędzy popytem na wampiryzm a wilkołactwo, pomimo gorszej prasy, temat wilkołaka wydawał mi się zawsze ciekawszy. Komediowy majstersztyk Gene Wildera "Miłość wilkołaka" i wspaniały "Tetfol" Frederica Delzanta, z którym równać może się jedynie antyreligijny "Szninkiel", życiowo obligują mnie do zajęcia się tematem zębiastych futrzaków. Szczególnie że w łapy wpadł mi niezły rarytas - "Strange histories. The trial of the pig, the walking dead, and other matters of fact from the medieval and Renaissance worlds". Tym razem bez wyjaśnień wilkołactwa na bazie zespołu Cushinga, hipertrichozy, czy czegoś podobnego, w ogóle bez jakichkolwiek wyjaśnień. Autor książki Darren Oldridge, skupił się na rzadko poruszanym wątku, ewolucji sceptycyzmu wobec wilkołaka i roli jaką odegrał w tym Kościół.

Do tej pory najciekawszym znanym mi przykładem bliskiego kontaktu wilkołactwa z klerem, był katecheta z puławskiej podstawówki. Okrzyknięty przez media wilkołakiem, oraz insynuacje co do jego kontaktów z siłą nieczystą, to wypadek nie z XVIII wieku lecz sprzed kilku miesięcy. Całą sprawą zajęła się prokuratura, co czyni to już czymś tak żenującym, że ogon opada mi do ziemi. Jak się okazuje, już od wieków Kościół miał tu wiele do powiedzenia. W końcu sama Biblia dostarcza świadectw takiej metamorfozy. W księdze Daniela czytamy: "Natychmiast wypełniła się zapowiedź na Nabuchodonozorze. Wypędzono go spośród ludzi, żywił się trawą jak woły, a rosa z nieba zwilżała go. Włosy jego urosły niby pióra orła, paznokcie zaś jego jak pazury ptaka.” (Dn. 4, 30). Dobry chrześcijanin nie mógł mieć wątpliwości - przemiany człowieka w zwierze są faktem. W 1580 francuska wiedźma pod postacią wilka uprowadziła dwójkę dzieci. We włoskim mieście Ferrara jedna z kobiet zmieniała się wielkiego kota. W szesnastym wieku, podczas pobytu we Flandrii, jezuita Martín Del Rio, donosił o miejscowej wiedźmie zmieniającej się w ropuchę, zaś węgierskie czarownice potrafiły przemienić się w osy i trzmiele.

Umysły epoki zgadzały się co do tego, że wszechmogący Bóg z łatwością przemieniłby człowieka w wilka, jednak wilkołactwo była atrybutem diabla, zatem pytanie tyczyło się tego, czy również szatan posiada tak wielką moc. Uczeni którzy dopuszczali do siebie taki potencjał lucyfera stanowili mniejszość, jednak zaliczali się do nich tak wielkie postacie jak teoretyk państwa Jean Bodin. Na sceptycznym stanowisku stał francuski demonolog Henri Boguet. W pismach z 1602 Boguet odrzucił taką możliwość, ponieważ zwierzęce ciało nie byłoby w stanie przyjąć ludzkiej duszy czarownicy. Tym którzy napominają Kościół za odmawianie zwierzętom duszy przypominam, że teologiczna, platońsko-arystotelesowska doktryna mówi o 3 rodzajach dusz: duszy rozumnej człowieka, zmysłowej zwierzęcia i duszy wegetatywnej roślin. Jeśli dusza ludzka nie może wcielić się w niezaprojektowane dla niej ciało wilka, na czas przemiany szatan trzymałby dusze czarownicy w jakimś innym miejscu, a na to Bóg by już nie pozwolił - argumentował Boguet. Sprawa była jednak skomplikowana za sprawą osób które przyznawały się do bycia wilkołakiem. Reginald Scot w swoim dziele Discoverie of Witchcraft (1584) uważał wilkołactwo za przejaw choroby psychicznej, jednak tak twardy sceptycyzm był rzadkością.

Stojąc na stanowisku niemocy diabła, przy setkach doniesień o wilkołakach z całej Europy, wydedukowano że szatan stwarzać musi jedynie iluzje wilkołactwa zarówno u samego wilkołaka jak i u jego ofiar. Życie dawała jednak i na to kontrargumentów. W 1588, w Auvergne, pan zamku zaatakowany w czasie polowania przez wilka, w szamotaninie odciął bidakowi łapę. Ta wylądowała w jego sakiewce. Już w czasie powrotu do pałacu dostrzegł, iż łapa zmieniła się w ludzką rękę, w dodatku w dłoń z pierścieniem jego żony. Oczywiście na miejscu władca zastał krwawiącą bez ręki żonę, a nam strach pomyśleć jak musiał wyglądać prawdziwy przebieg wydarzeń. Poradzono sobie i z tym problemem. Oficjalna doktryna brzmiała zatem tak: diabeł mąci w umyśle człowieka tak by myślał że jest wilkołakiem, następnie robi to samo u ludźmi którzy go zobaczą lub których zaatakuje, jeśli ktoś zaatakuje wilkołaka, którym jest demon a nie człowiek podejrzany o wilkołactwo, diabeł wykonuje na ciele takiego podejrzanego dokładnie takie rany jakie zadano wilkołakowi, uff. Łatwiej byłoby oczywiście całkowicie skończyć z tym zabobonem, a nie przyznać że coś nie istnieje, dowodząc jednocześnie że ma miejsce, tylko dlatego że o jego istnieniu mówi Biblia.

Cala sprawa wykraczała daleko poza czysto teologiczne dywagacje, gdyż sądy na co dzień mierzyły się z podejrzeniem o wilkołactwo, zaś kościelne słowo było tu kluczowe. W 1603, Jean Grenier, czternastoletni pastuch spod Bordeaux, chwalił się kolegom, że posiada magiczny płaszcz dzięki któremu przemienia się w wilka. Chłopięce fantazje okazała się tragiczne, kiedy miejscowe dzieci zaatakował wilk, a on stał się głównym podejrzanym. Przesłuchiwany przyznał się do bycia wilkołakiem. Na biegłego powołano teologa Jeana Filesaca, zwolennika wilkołactwa jako diabelskiego spisku. Młody Grenier na resztę życia trafił do klasztoru. Ciekawy przypadek opisuje Joe Nickell w "Werewolves or Weren’t?". Jak się okazuje wiara w wilkołaka może skazać nie tylko niewinnych ludzi, ale także winnych uniewinnić. W roku 1598 żebrak Jacques Roulet został przyłapany przy okaleczonym ciele nagiej nastolatki. Pod ciężarem dowodów przyznał się do morderstwa, jednak obarczył za nie magiczną maść która zmieniła go w wilkołaka, tak unikając kary. Jeśli mordujesz a otaczają cie głupi ludzie, warto mieć w domu trochę śmierdzącego mazidła - tak na wszelki wypadek.

25 października 2009

Eksperyment Filadelfia

Kilka dni temu, paranormalną Polskę obiegł news dotyczący odnalezionego w Indiach niezwykłego drzewa. W starym lesie leżącym na południowo-wschodnich peryferiach tego kraju, natrafiono na przedziwne krzaczory, których kora układała się na kształt dzikich zwierząt. Niestety przyrodniczy cud stulecia, dowód że Matka Natura to naprawdę siwa pan z różdżką jaką znamy ze Smurfów... okazał się plastikowym drzewem stojącym w Walt Disney World na Florydzie. Wniosek z tego dwojaki: 1) dla wielu, lasy Indii wciąż noszą w sobie paranormalny potencjał 2) jazda na bezczelnego w tej branży nie zna granic zażenowania. Bywało że twórców cudacznych obliczeń, którzy z boków piramid potrafili wyliczyć wszystko, łapano przy próbach spiłowania ścian by pasowały do ich wyników. Mało jest jednak przypadków takiego naginania, rozciągania i dorabiania prawdy jak sławetny eksperyment Filadelfia. Podobnie jak w przypadku magicznego drzewa z lasów Andhra Pradesh, tak i tu, z pojedynczego faktu, stworzono nie mającą źdźbła z nim wspólnego, idiotyczną teorie.

Eksperyment Filadelfia, zwany także, jak przystało to tajny projekt, pod fajowsko brzmiącą nazwą - projekt tęcza (project rainbow) - posiada wszystko co powinien posiadać ściśle tajny i powszechnie znany spisek rządowy. Kategoryczne twierdzenia wojska, że nigdy nie miał miejsca, choć tropiciele tajemnic wolą określenie "nie przyznawanie się przez wojsko". Nazwiska wielkich naukowców biorących w nim udział. Powszechnie eksploatowany jest Nikola Tesla, ale do philadelphia experiment zaprzęgnięto samego Alberta Einsteina! Tak jak w słabych filmach, z okna w Paryżu zawsze widać Wieżę Eiffla, tak głupie historie muszą dodawać sobie splendoru bogu ducha winnymi, znanymi postaciami. Eksperyment Filadelfia dotyczy statku USS Eldridge, który w latach 40-tych uczestniczyć miał w tajnym projekcie, testującym możliwość całkowitego zamaskowania statku przy pomocy pola elektromagnetycznego (a dokładnie zastosowania jednej z teorii Einsteina... której nigdy nie stworzył). W owym czasie takie próby rzeczywiście się odbyły, jednak magnetyczna niewidzialność oznaczała niewidoczność dla niemieckich magnetycznych torped. Z biegiem lat (pierwsze przecieki o projekcie tęcza to dopiero połowa lat 50-tych) magnetyczna niewidzialność przeistoczyła się w niewidzialności dla ludzkich oczu, następnie dorzucono pogłoski o teleportacji okrętu, zaś dziś najpopularniejsza teoria zakłada podróż w czasie, jaką odbyć miał okręt! Nieciekawy los spotkał załogę przebywającą na statku w czasie eksperymentu. Większość marynarzy zginęła podczas dematerializacji, niektórzy pojawili się zlani z okrętem, natomiast reszta ocalałych zwariowała. Niestety wydarzeń tych, za nic w świecie nie mogą przypomnieć sobie żyjący załoganci USS Eldridge. Nie tylko nie pamiętają jak wrastali w okręt, ale zaprzeczają aby ich statek brał udział w takim eksperymencie. Po powrocie ze swej podroży w czasie, okręt został objęty tajemnicą, dowody zabezpieczono a statek zezłomowano. W rzeczywistości pływał w NATO-wskiej służbie, aż do lat 90-tych!

Do tej pory powstało kilkadziesiąt książek opisujących dziwy z pokładu USS Eldridge i niemożliwością jest aby ich autorzy nie znali przytoczonych powyżej danych. Są dostępne pod paroma kliknięciami myszy, więc w grę wchodzi tu jedyne świadome oszukiwanie łatwowiernego czytelnika. Całą zabawę rozpoczął leczony psychiatrycznie Carl Allen, 10 lat po rzekomym eksperymencie, donosząc o nim sprzedawcy części samochodowych i ufoamatorowi Morrisowi Jessupowi. W 1969 roku Allen przyznał się, że zmyślił opowieści o projekcie, jednak do tego czasu maszyna fanatycznych dekonspiratrów rozkręciła się na dobre. Większość książek na temat eksperymentu, była czystą beletrystyka sprzedawaną jako literatura faktu. Jak udowodnił Mike Dash, historyk i badacz zjawisk paranormalnych, ich autorzy nie zadali sobie nawet trudu aby skontaktować się z Allenem, skądinąd głównym autorem ich rewelacji. Do dziś, bez cienia krytyki powiela się te bzdury, kiedy nadnaturalne wyjaśnienie tamtych wydarzeń spowija prawdziwe jezioro wątpliwości. Zasada niczym z filmów z Leslie Nielsenem, im głupsze tym lepsze, plus zerowe chęci jakiegokolwiek wyjaśnienia, są tu najlepszym tworzywem dla niewidzialnych statków i czarodziejskich drzew.

19 października 2009

Akupunktura

Jako że koledzy i koleżanki po fachu, skoncentrowali się na walce z homeopatią i przywracaniu do łask zdetronizowanych szczepionek, odświeżam zapomnianą szarlatanerie. Akupunktura zagościła już na tak wielu salonach, że wiele osób nawet nie wie, iż należy do tego samego działu co leczenie kamieniami i wahadełkiem. Tym razem popełniłem się twórczego tłumaczenia artykułu "What About Acupuncture" z zeszłorocznego Skeptical Inquirer. Jest to tekst autorstwa doktor Harriet Hal, redaktor czasopisma "The Scientific Review of Alternative Medicine"

................................................

Ze swej definicji "medycyna alternatywna" to medyna na której działania brakuje nam najlichszych dowodów. Czy jednak do tego niechlubnego grona zaliczyć można akupunkturę? Skądinąd wielu dyplomowanych lekarzy po godzinach służy swoimi igłami, zaś towarzystwa ubezpieczeniowe refundują nawet tą metodę leczenia. Jeśli nigdy wnikliwie nie zagłębiałeś się w ten tematem, najprawdopodobniej wszystko co wiesz o akupunkturze jest nieprawdą. O ile trudno wskazać nam protoplastę tej starożytnej chińskiej medyny, istnieją spore prawdopodobieństwo że nie jest ona ani tak starożytna, a być może nawet nie jest chińska. Historyk medycyny Paul Unschuld podejrzewa, że sama idea mogła narodzić się w Grecji, a stamtąd przedostać się do Chin. W przeciwieństwie do tego co sugeruje nam Wiki, akupunktura nie ma za sobą tysięcy lat tradycji. Najstarsze chińskie teksty medyczne, z III stulecia p.n.e., nie wspominają o akupunkturze. Najwcześniejsze odniesienie do nakłuć to dopiero 90 r. p.n.e., jednak dotyczy przebijania ropni i upuszczania z nich krwi, a nie praktyk jakie dziś znamy. Przywoływanie archeologicznych dowodów w postaci kamiennych igieł, jakoby potwierdzających pradawność akupunktury, jest o tyle zabawny iż igły te są tak ogromnych rozmiarów, że nie mogły służyć do czegoś choćby podobnego do znanej nam akupunktury (technologia umożliwiająca produkcie cienkich stalowych igieł pojawiła się dopiero 400 lat temu). Pierwsze doniesienia na temat medycynie chińskiej dotarły na Zachód w XIII wieku i wciąż na próżno szukać w nich odniesień do akupunktury. Pierwszym mieszkańcem zachodniego świata, który wspominał o akupunkturze, był Holender, pracownik Kampanii Wschodnioindyjskiej Wilhelm Rhijn, ale dopiero w roku 1680! W dalszym ciągu, nie była to akupunktura jaką znamy współcześnie. Nie wspominała o energii Qi, zaś o wielkich gabarytów igłach, wkładanych do ciał pacjentów na 30 oddechów. Pomiędzy 1822 a I Wojną Światową, w ramach walki z zabobonem, chiński rząd kilkukrotnie zakazał akupunktury. Tradycje tzw "bosonogich lekarzy" ożywił Mao w latach sześćdziesiątych, jako tani sposób dostarczenia opieki medycznej prowincji. Sam nigdy nie stosował akupunktury, gdyż nie wierzył w jej działania. To właśnie rząd Mao ukuł termin "tradycyjnej chińskiej medycyny" w roku 1954.


Aż do XX wieku, trudno mówić o jakiś specjalnych punktach odgórnie wpływających na resztę ciała. Wcześniej wkłuwano igły w miejsca, gdzie odczuwano mający uśmierzyć bóle Pierwszym którym połączył punkty akupunktury z energią Qi był francuski bankier Georgees Soulie de Morant, a dokonał tego w 1939 w swojej książce "L’Acupuncture Chinoise". Ten dominujący dziś rodzaj akupunktury został wynaleziony przez Francuza dopiero w 1957! Dzięki "badaniom" liczba strategicznych punktów urosła do 2 tysięcy, chyba po to, aby nie zostawić na ciele wolnego od igieł miejsca. Ostatecznie każda liczba jest dobry, zważywszy że do tej pory, nie udowodniono istnienia choćby jednego takiego punktu. W 1972 roku James Reston, który towarzyszył Nixonowi w podróży do Chin, poddać się musiał operacji wycięcia wyrostka robaczkowego. W szerokiej opinii utrwaliło się przekonanie, że dokonano tego pod znieczuleniem akupunktury. W rzeczywistości, akupunktura była jedynie dodatkiem, zaś ulga jaką przysporzyła była prawdopodobnie zbieżna ze spodziewanym, naturalnym dochodzeniem do zdrowia. Puszczone w obieg zdjęcie zabiegu przeprowadzonym na otwartym sercu, przy znieczuleniu jedynie akupunkturowym okazały się fałszerstwem. Jeśli stosuje się akupunkturę w chirurgi to wraz z konwencjonalnym znieczuleniem i tylko u pacjentów, którzy wierzą że moc wbijanych igieł może im rzeczywiście pomóc. Kiedy popularność akupunktury w Zachodnim Świecie gwałtownie rosła, z równym animuszem traciła swą popularność na Wschodzie. Według raportu CSICOP z 1995 roku, tylko 15-20% Chińczyków stosuje "tradycyjną chińską medycynę" (dwa razy mniej niż w Europie Zachodniej), jednocześnie rzadko rezygnują z równoległego, konwencjonalnego leczenia.

Czy akupunktura rzeczywiście działa? Zależy jaka akupunktura i co masz na myśli mówiąc "działa". Są systemy chińskie, japońskie, tajskie, koreańskie, indyjskie, wykonywane na całym ciele bądź ograniczające się do rąk, stóp, twarzy, nakłuwane głęboko lub powierzchownie, zwykłymi bądź elektrycznymi igłami, wybór jest ogromny. W tych wypadach akupunktura działa, jednak wyłącznie na zasadzie placebo. Dawkowana, nie jest w stanie zmienić historii choroby, w stopniu większym niż zmiany samorzutne. Nigdy nie udowodniono, aby akupunktura odwróciła kurs jakiejś poważnej dolegliwości. W ciałach tych pacjentów, którzy podali się zabiegom, zaobserwowano skok endorfiny, co tłumaczyłoby przeciwbólowy charakter akupunktury, jednak wzmożone wydzielanie endorfiny osiągniemy także uderzając się młotkiem w palec. Psychologia wskazać może wiele innych elementów, jakie składać się mogą na przeciwbólową skuteczność akupunktury. Oczekiwanie, sugestia, odwrócenia uwagi od pierwotnych objawów, zasada podczepienia, warunkowanie klasyczne i instrumentalne, wzmocnienie, presja, korzyści społeczne, odwrotna zależność przyczynowo-skutkowa, regresja - psychologia potrafi znacznie wspomóc nieefektywne metody leczenia. Jasne jest, że nie wszystkie placebo są sobie równe, zaś wypracowane przez akupunkturę metody leczenia, odprężenie się i spędzenie czasu z troszczącym się o nas medykiem, dają znacznie lepsze efekty niż połykanie tabletek z cukru czy walenie się młotkiem. Sporo studiów pokazuje, że akupunktura działa na subiektywne symptomy, takie jak ból i nudności. Jednak kilka rzeczy rzuca na nie poważne wątpliwość. Badania testujące skuteczność akupunktury, wynikają nierzadko z wiary w jej skuteczność. Tym którzy w nią wierzą, badania wychodzą pozytywnie, zaś tym którzy w nią nie wierzą, negatywnie. Problemem jest tu niemożliwość przeprowadzenia podwójnej ślepej próby - trudno jest dać lekarzowi igły i oszukać go w tym co robi. Możliwe są jednak inne badania kontrolujące skuteczność akupunktury: porównanie "energetycznych punktów" do "niepunktów", oraz użycie pomysłowej igły, która daje jedynie wrażenie przeniknięcia przez skórę. Jak słusznie się domyślamy, wszystko jedno gdzie wbija się igły. wszystko jedno, czy w ogóle używa się igieł. Najlepiej skonstruowane studia dowiodły znaczenia tylko jednej rzeczy: czy pacjent uwierzył, że zaaplikowano mu zabieg akupunktury. Zarówno udawana jak i prawdziwa akupunktura działały jednakowo skutecznie - oba zdawały się być lepsze niż żadna. W istocie, akupunktura to nic więcej niż recepta na złożone placebo, przyprawione zupą środków przeciwbólowych. Można wcielić się w role poduszeczki do igieł i otrzymać niezłe placebo, ale nie ma żadne dowody na faktyczne leczenie metodą akupunktury.

11 października 2009

Smokozaury

Czy jest pytanie tak głupie i naiwne, że nie wiadomo co na nie odpowiedzieć? W zasadzie jest mnóstwo takich pytań. Dziecinne pytanie o smoka, nie jest bynajmniej pytaniem łatwym, dodatkowo kryje w sobie sidła zastawione na biednego sceptyka. Jak to możliwe, że mityczny smok obecny jest w masowej wyobraźni prawie wszystkich kontynentów? Czy dowodzi to, że smoki istniały? Czy byli nimi Reptalianie, zaawansowana gadzia cywilizacja obcych? Dla zwolenników tej ostatniej teorii "argument smoków" jest chyba najpopularniejszym dowodem. Jej zwolennicy w jednym ciągu wymieniają gadzich nauczycieli jacy widnieją w starych mitologiach, łuskowatego Kukulkana który powołał do życia cywilizacje Majów, czy Kekropsa, pół-człowieka pół węża, założyciela Aten. Jak na ilość kultur, takich gadzich historii jest stosunkowo nie wiele, zaś smok wydaje się naprawdę uniwersalny. Czy możliwe, że symbol ten powstał cholernie dawno temu, a ludzie rozpierzchający się po świecie zachowali go w pamięci? Znam przynajmniej jeden taki przykład - gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy. Gwiazdozbiór to zbiór przypadkowych gwiazd, z losowo wyselekcjonowanego kawałka nieba, nazwany według własnego widzimisię i jest nieprawdopodobne, że Indianie w Ameryce Północnej i rolnicy z Dalekiego Wschodu upatrzyli sobie niedźwiedzia w tym samym ułożeniu gwiazd. Nie ma rady, musi być to stary paleolityczny symbol. Ludzie przekraczający cieśninę Beringa, musieli go już znać. Postaram się dowieść, że z naszym smokiem jest inaczej. Zaś ową racjonalną pułapkę widziałbym w stwierdzeniu, że smoki są wynikiem odnajdywania kości dinozaurów. Nie ma dowodów, że starożytni złożyli czy choćby próbowali złożyć wykopane szczątki. Ba, nie ma dowodów że taki kompletny szkielet w ogolę kiedykolwiek odnaleźli, bo co innego jest znaleźć na pustyni skamieniałego zęba, a co innego wystukać z kamienia cały szkielet. Kredowi drapieżcy stojący niczym eksponaty w Museum of Natural History, tylko że w domach starożytnych wielmożnych, to jak na razie czysta spekulacja.

Rozwiązanie ponadterytorialnej popularności smoka, kryje się w nazywaniu tak wszystkiego co popadnie. Znakowanie zupełnie różnych kryptyd tą samą nazwą to "semantyczne nadużycie", wytwarzające iluzje że dany gatunek rozpowszechniony jest na całym świecie. W ten sposób wszystko co jest hybrydą kilku zwierząt, może zostać nazwane smokiem. Tymczasem jego dzisiejsze popularne wyobrażenie to zupełnie nowa, disnejowska konstrukcja. Ziejący ogniem stwór, przypominający prehistoryczne teropody, ma się nijak do dawnego smoka. Większość z europejskich smoków była bezskrzydła, niektóre nie miały również nóg. Znane ze współczesnego wizerunku nietoperze skrzydła, to zasługa Herodota, opisującego tzw. rajskie węże, rzekomo zamieszkujące Egipt. Smocze skrzydła ze starych rycin, są absurdalnie małe w stosunku do ciał tych mitycznych stworzeń, zaś w całości pokryte są piórami. Także najbardziej osławiony smok "made in China", przeszedł przez ujednolicające wszystko sito popkultury. To co oglądamy dziś w Chinskich filmach, czy nawet smoki na noworocznych paradach, to w dużej mierze zasługa kultury Zachodu. Tradycyjny chiński smok to konglomerat 9 zwierząt, w skład w których wchodziły m.in rogi jelenia, głowa wielbłąda, łuska karpia, łapy tygrysa i uszy byka. Także babiloński smok odbiega daleko od naszego filmowego wyobrażenia, jak i tych już opisanych. Np. skepticwiki przyrównuje go do owcy.

Oryginalne, pierwotne znaczenie smoka nigdy nie wybiegało poza prozaicznego węża. "Smok", z greckiego drakon, oznaczało po prostu wąż i przez stulecia nazwa ta była zarezerwowana dla węży wielkich gabarytów. Wielkich, ale wciąż węży. W takim kontekście opisywał je Pliniusz Starszy, historyk rzymski. Smoki były ogromnymi wężami zamieszkującymi Afrykę, mogącymi opleść słonia. Jedynie z wielkimi wężami zamieszkującymi dalekie krainy utożsamiał je święty Izydor z Sewilli, a także inny wczesnośredniowieczny autor, święty Jan Damasceński. Nawet w polskim folklorze smok był jedynie żmiją żyjącą dłużej niż 100 lat.

6 października 2009

W sidłach satanistów

Czwartkowy wieczór przynieść miał niespotykane jeszcze w tej części świata uczucie, czyli seans "Warto rozmawiać" bez wyrazu zażenowania z mojej strony (a tak naprawdę obejrzałem go dopiero kilka dni później, pod podaną stroną). Tym razem Jan Pospieszalski zachęcił mnie reklamowym spotem, spod szyldu "Historia Romana Polańskiego. Czy bycie gwiazdą zwalnia nas od prawa?". Jako że w tym pytaniu znajduje się już odpowiedź, myślę sobie, czyżby to ten moment, czyżby nasze poglądy miały być zbieżne? Wpierw tradycyjny migawkowy zaczyn programy w postaci marszu feministek z planszą "miałam aborcje" i gejów na platformie, następnie temat o kolejnej politycznej aferze, parę słów wstępu o Polańskim... i wiem już że moje nadzieje co do Pospieszalskiego jak zwykle okazały się płonne. Naprawdę ciężko w tym temacie powiedzieć coś całkowicie nonsensownego, bo obie strony mają tu jakieś argumenty - a jednak, Pospieszalskiemu się udało. Wśród gości zaproszono m.in antropozofa Jerzego Prokopiuka (jak się okazało, głos rozsądku w całej dyskusji) i znanego antyezoterystę Roberta Tekieli. Tekieli, niegdyś zagorzały new age'owiec nawrócił się na katolicyzm, po tym jak znużyły go telepatyczne zdolności które posiadał. Dziś sprzedaje swoje filmy o prawdziwym, diabelskim przesłaniu Harry Pottera i tworzonej na zamówienia Pana Zastępów muzyce rockowej.

Temat Polańskiego okazał się w rzeczywistości rozpracowaniem planu diabła, jaki utkał on dla reżysera. Wedle zgromadzonych w studiu "Dziecko Rosemary" to film autobiograficzny. Guy Woodhouse który sprzedał swoją żonę diabłu za własną karierę to sam Polański. Goście wynaleźli oczywistą metaforę, pomiędzy Rosemary która zaciążyła z samym szatanem, a Sharon Tate zamordowanej przez jego namiestnika w trzecim trymestrze ciąży. Istnienie diabelskiej klątwy ciążącej na filmowcach Rosemary's Baby, mają dowodzić losy występujących w niej autorów. Mia Farrow już na planie filmowym dostała pozew rozwodowy od Franka Sinatry, Franka Sinatry katolika (jak podkreślono). Z ciekawości porównałem losy głównych bohaterów filmu Polańskigo z innymi sztandarowymi dziełami kina satanistycznego, Rumburkiem, Niekończącą się opowieścią i Fantaghiro i bynajmniej nie widać aby statystycznie śmierć odsiewała aktorów Polanskiego częściej. Flm dość sędziwy, to już 40 lat, a sporo z odtwórców ról żyje do dziś. Także dopóki nie koszą ich spadające meteoryty, trudno mówić o "dziwnych okolicznościach śmierci".

Cała rozmowa przypomina satanic ritual abuse - panikę jaka ogarnęła Stany Zjednoczone, Australie i Europę Zachodnia na tle satanistycznego spisku wykorzystującego dzieci. Podobnie jak w przypadku paktu Polańskiego z diabłem, nigdy nie znaleziono żadnych namacalnych dowodów że takie satanistyczne rytuały z udziałem dzieciaków miały rzeczywiście miejsce. Od lat 70-tych, z kulminacją w 80-tych, w amerykańskich mediach, a już szczególnie w popularnych telewizyjnych talk-show'ach, lansowano tezę iż sataniści molestują i torturują dzieci. Przypuszczenia o istnieniu takiego spisku szerzyły się najmocniej oczywiście w ramach konserwatywno-chrześcijańskiej części społeczeństwa. O rytuałach mówiono w czasie nabożeństw, a nawet organizowano sesje modlitewne w intencji owych dzieci. Tekieli do dziś pewnie żałuje, że podobna fala nie przetoczyła się przez nasz kraj. Satanistyczne msze to nic w porównaniu z tym co przedstawia w swoim programie "Jarmark cudów", gdzie bez krzty zażenowania przedstawia świadków rozmawiających z wilkami, a wiarygodnym świadectwem mają być osoby zdające się mieć wszystkie możliwe aberracje jakie tylko można posiadać. Wracając do USA, dorastając w takiej atmosferze dzieci szybko "przypominały" sobie, że i one padły ofiarą satanistycznej jurności. Wszystko wyglądało dość wiarygodnie, w końcu czy dzieci byłyby w stanie zmyślić szczegóły nekrofilskich orgii, kanibalizmu, picie nasienia czy bezczeszczenia płodów poaborcyjnych? Brak dowodów na te domysły tylko je potwierdzał - znaczyło, że sekta jest już tak rozległa i potężna, że nawet policja siedzi w tym po uszy. Szacuje się, że w związku z satanic ritual abuse odnotowano kilka tysięcy zgłoszeń wystosowanych przez dzieci lub dorosłych, którzy po "odblokowaniu pamięci" wydobyli z jej zakamarków podobne wspomnienia. Temat bardzo rozległy, natomiast sens wydaje mi się jednoznaczny. Nie ma żadnego dowodu, by ktokolwiek, kiedykolwiek i jakkolwiek był napastowany przez samego diabła czy był z nim w zmowie. Jest natomiast mnóstwo przypadków w których wiara w piekielne kontakty kończy się w najlepszym wypadku wieloletnim więzieniem, za wyssane z palca winy.

3 października 2009

Cud eucharystyczny

Cuda Panie, cuda! Już od paru dni nasłuchuję doniesień z Sokółki, gdzie w czasie rytualnej utylizacji hostia przemieniła się w ludzkie ciało. Byłem przekonany że wszystko rozejdzie się po kościach, tak jak z JPII który wyłonił się z płomieni ogniska dwa lata temu. Tymczasem wydarzenie nagłośnione przez "Fakt", przybiera nieoczekiwany obrót. Słychać wypowiedzi biskupów którzy to proszą o umiar, jednak w ich głosie czuć już tą nutkę podniecenia. Miejscowy arcybiskup Edward Ozorowski, snuje nawet wizje, w której do Sokółki zjeżdżają się pielgrzymi z całego świata! Spragnieni sacrum dostaną kolejne miejsce dla modlitwy i dziękczynnych darów, Kościół te dary chętnie przyjmie, wilk syty i owca cała, tylko się cieszyć.

Sama idee spożywania boga jest dość rozpowszechniona wśród religii świata. Chrześcijańskim novum jest twierdzenie, iż popularny opłatek nie jest żadnym symbolem, ale jest prawdziwym i rzeczywistym ciałem Chrystusa! Stwarza to pewien problem, jako że wszyscy widzimy że to jedynie chleb i mąka. Kościelny doktrynalizm wykonać musiał mrówczą prace, przywołując cuda niewidy, greckich filozofów, starożytne pojęcie "istoty", tylko po to aby przekonać siebie samego, że wino to tak naprawdę krew a kawałek chleba to ciało mesjasza. Michel Onfray nazwał te intelektualne szpagaty, absurdem dowodzenia "że to czego nie ma jest, a to co jest że nie ma". Problem jednak pozostał. Według katolickiej teorii cuda eucharystyczne tłamsić mają powątpiewanie w rzeczywistą przemianę. Gdyby tak było woda w wino zamieniłaby się wpierw na konferencji Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów (które nawiasem mówić, na spektakl w Sokółce zareagowało dość dziwne, wnosząc do prokuratury o popełnieniu przestępstwa). Tymczasem cuda eucharystyczne dzieją się w społecznościach gdzie taki chrześcijański folklor ma podatny grunt. Typowa dla polskiego katolicyzmu jest nasza jarmarczność. Święci, Matka Boska na szybie, Jezus na kominie, uzdrowienia a teraz krwawiące hostie. Być może Chrystus tak umiłował nasz kraj, ze nie może oprzeć się aby nie raczyć nas swą nadprzyrodzoną mocą. Tudzież zabobonny lud lubi kiedy karmi się go tymi najbardziej tandetnymi opowiastkami. Do niektórych łatwiej przemówić kawałkiem mięcha w kielichu niż pismami Johna Barrowa czy Alvina Plantinga. Natomiast do czego naprawdę służą takie cuda pokazuje historia. Dla przykładu eucharystyczny cud we Francja w roku 1290 był sprawką Żydów, którzy nabyli hostie aby dźgać ją nożem - wiadomo, jak to Żydzi. Krew zaczęła tryskać z opłatka, a nóż którym się tego dopuścili, był w Paryżu otoczony czcią godną samej krwawiącej hostii. Każdy powód dobry by spalić na stosie trochę odmieńców.

Na dzień dzisiejszy trudno mówić o analizie samego cudu w Sokółce i jego ewentualnym sfalsyfikowaniu. Wszystkie karty są dziś w rekach Kościoła, zaś potwierdzenie, że dochodzi do przemienienia hostii w ciało Chrystusa jest niemożliwe, gdyż nie mamy wiarygodnej próbki jego ciała do którego można by się odwołać. Jedyne znane mi badania DNA oficjalnie uznanej krwi Jezusa, pochodzą z czerwonych plam na chuście z Oviedo. Próby wyselekcjonowania pojedynczego łańcucha DNA podjęta przez Instytutu Medycyny Sądowej w Genui zakończyły się fiaskiem, jednak szczegółowe badania dwóch zakrwawionych nitek z tkaniny jakie mieli do dyspozycji naukowcy, wskazywały że zawiera mieszankę krwi zarówno męskiej jak i żeńskiej. Jedyne co można wyrokować o Sokółce, to to czy tkanka jest ludzka. Okoliczności przemiany są jednak tak rozmyte (zanurzona w wodzie w celu rozpuszczenia eucharystia, była pozostawiona samej sobie przez kilka dni), że nie można potwierdzić ani wykluczyć, ludzkiej sprawczej ręki. Dopóki istnieje możliwość wyjaśnienia cudu, przez zwykłe podrzucenie kawałka mięśnia do vasculum, każde nadnaturalne działania jest mniej prawdopodobne. Bóg chce nam coś usilnie udowodnić, ale nie chce zrobić tego przed kamerami, a ja niestety nie potrafię go do tego zmusić.

28 września 2009

Z półki apologety

Niespodziewany sukces "Boga urojonego", czyli osiągnięcie 1/20 nakładu "Świadectwa" kardynała Dziwisza, ewidentnie namieszał na naszym religijnym podwórku wydawniczym. Wzrok padł na tytuły dotąd zbędne naszemu nowoczesnemu katolikowi, dla którego szarża niesfornych ateistów były niczym Wielka Stopa - to znaczy wszyscy wiedzieli że gdzieś jest, ale nikt jej nie widział. Chrapka na schedę po Dawkinsie, przyniosła polskiemu czytelnikowi tytuły innych angielskich i amerykańskich ateistów, a w konsekwencji dział nieobecny do teraz na naszym rynku, chrześcijańskich polemik do dobrej nowiny ateistów. Ostatnie miesiące przyniosła kilka takich tytułów, w tym "Dochodzenie w sprawie Stwórcy. Dziennikarz bada dowody naukowe przemawiające za istnieniem Boga" Lee Strobela. Strobel jest oczywiście byłym ateistą, zgodnie z paradoksalną zasadą, iż najgłośniejsi ateiści werbują się z najbardziej purytańskich rodzin, zaś najwięksi przeciwnicy ateizmu to oczywiście niegdysiejsi niewierzący. Generalnie sceptycy omijają takie tytuły szerokim łukiem, ja natomiast nimi nie pogardzę, a wręcz przeciwnie, na swój sposób lubię takie czytadła. "Dochodzenie w sprawie Stwórcy" zawiera barwną krytykę zasady mierności, zwanej zasadą kopernikowską - koncepcji sytuującej Ziemi poza przypisywanym jej od wieków, jakimś szczegółowym miejscu we wszechświecie. Rzecz jasna wszystko to zostało kosmicznie wyolbrzymione, rozmówcy Strobela jednym ciachnięciem wykluczyli możliwość życia na 100 mld galaktyk eliptycznych, jednak sam opis ma w sobie coś pięknego. Dziś, kiedy odnajdujemy planety nawet wokół najbardziej niegościnnych obiektów, panowie hurtowo skasowali miliardy, nie gwiazd, a całych galaktyk! Opis jest zatem fałszywy, jednak kusi poczuciem bycia boskim wybrańcem. Tytuł jak ten nie może obejść się bez krytyki ewolucji. Dotyczy ona głównie nadużyć znanych także ewolucjonistom, jak związki organiczne okrzyknięte życiem w próbówkach Millera, czy podejrzane XIX-wieczne rysunki embrionów Haeckela. Do kolekcji zabrakło tylko człowieka z Piltdown. Rzadkość stanowią tłumaczenia spiritus movens inteligentnego projektu Michaela Behego, wobec zarzutów kierowanych w stronę kreacjonistów. Dysteleologia - obecność wadliwych rozwiązań w ciałach autorstwa niekończenie inteligentnego projektanta, została rozwiązana ... poprzez zaprzeczenie istnienia takich niedoróbek. Książkę psuje ostatni rozdział, w którym pod obronę trafia zatrważająco naukowa teza, o rozdziale pomiędzy naszym umysłem a naszym mózgiem. Istnienie świadomości sytuowanej poza ciałem człowieka, dowodzić maja doświadczenia śmierci klinicznej. Wszystko to ilustruje przykład kobiety, która jako duch zobaczyła leżące za oknem szpitala buty, których oczywiście inaczej zobaczyć nie mogła. Mało jest o samym wydarzeniu, za to wiele o jego niezwykłych konsekwencjach, przypieczętowujących dualistyczne rozdzielenia ciała i duszy. Owy tajemniczy cud to znany w sceptycznym świecie głośny przypadek NDE z roku 1977. Niestety dla Strobela jest on całkiem zgrabnie i przekonująco wyjaśniony i to w całkowicie anty-paranormalny sposób, o czym bidak najwidoczniej nie wiedział.

Drugi owoc literatury antyateistycznej tego lata to dzieło Dawida Berlinskiego "Szatańskie urojenie. Ateizm i jego pretensje naukowe". O ile u Strobela wyczuć można dozę zrozumienia dla niewierzących, coś na miarę "Bóg nie jest urojeniem" McGratha, lekkie połechtanie tych ateistów którzy sięgnęli po ich książki, Berlinski jedzie po całemu. Ateizm jest tu dokładnie taki jak na okładce, z czerwonymi bajeranckimi rogami w tonacji piekła. 3/4 objętości książki stanowią wynaturzenia na temat Wielkiego Wybuchu i historie o tym jak nieuchronnie świadczy on o osobowym stwórcy. Przy tym Berlinski całkowicie zapomina o księdzu i astronomie, Georgesie Lemaitre, twórcy teorii pierwotnego atomu, ojcu teorii Wielkiego Wybuchu. Lemaitre odważył się upomnieć samego papieża Piusa XII, kiedy ten węszył w dowodach potwierdzających Big Bang przesłanki na biblijne Genesis. Dla Berlinskiego Big Bang i Księga Rodzajów to jedno i to samo, zaciekle zwalcza przy tym inne teorie powątpiewające w początek kosmosu, takie jak hipoteza pulsujących wszechświatów, zderzające się membrany w teorii strun, czy wszechświat Hawkinga (moim zdaniem, akurat słusznie). Dałoby rade to ścierpieć, gdyby fizyk pozostał przy swoim koniku i na przekór modom nie czepiał się tej przeklętej ewolucji. Starczy wspomnieć, że kluczowy kontrargument Berlinskiego pamięta jeszcze czasy Darwina i brzmi mniej więcej: jeśli zdolności umysłowe mieszkańcy amazońskiej dżungli dorównują potencjałem zachodnim matematykom, takie uśpione możliwości nie mają sensu w kategoriach darwinowskich. Istnieje multum wyjaśniań takiego cywilizacyjnego stanu rzeczy, choćby "Strzelby, zarazki, maszyny" Jareda Diamonda czy "Bogactwo i nędza narodów" Landesa. Sam fakt "wyższych obrotów" naszego mózgu przy wykonywaniu skomplikowanych operacji myślowych jest mitem. Mózg koszykarze utrzymujący równowagę jego ciała podczas dwutaktu, ma do wykonania o wiele większą prace w porównaniu z nie wiem jak trudnymi obliczeniami matematycznymi. Nazywanie takiego sportsmana geniuszem jest jak najbardziej słuszne, zatem nie jest prawdą, że tylko pomyślunki są tą najwyższą półką ewolucyjnych zdolności mózgu. Jak już wspominałem, krytyka ewolucja z jej chrześcijańskim zapałem jest jednak obowiązkiem podobnych publikacji i to niezależnie czy autor ma o niej jakieś pojęcie. Generalnie im mniej ją rozumie, tym bardziej go ona śmieszy.

17 września 2009

Demoniczne głosy

Jak wiedzą wszyscy wyznawcy szatana, Stairway to Heaven brzmi równie dobrze od przodu jak i od tyłu. Słynne "power is satan" i "six six six", jakie słychać przy wstecznym odtworzeniu utworu, brzmią na tyle fajosko, że słucham tej piosenki częściej wspak niż normalnie! Reverse speech to niezły początek aby zaznajomić się z językiem demonów, jednak aby dowiedzieć się co szatan ma naprawdę do powiedzenia, wymagać to będzie od nas większego zachodu. Nie wystarczą puszczane od tyłu taśmy. Ja puszczam i jak widać nic mi nie jest. Szatanie tyś mym władcą, rozkazuj! O przepraszam poniosło mnie. Mój czarny król, yyy, o znaczy chrześcijański diabeł (muszę chyba wyłączyć tą muzykę) - komunikuje się z nami gównie ustami opętanych. Głupiś, jeśli narzędzi diabla szukasz wśród morderców i złoczyńców. Niepisana zasada mówi że im bardziej pobożnyś, tym diabeł ma na ciebie większe zakusy - tłumacząc - opętani rekrutują się z grona ludzi obeznanych z tym jak zachowywać się będąc opętanym. Jeśli wcześniej bogobojny człek nie zapoznał się z zasadami bycia opętanym, niech nie liczy na odwiedziny diabła. Zgodnie z tą oczywistą zasadą chrześcijański diabeł sadowi się wyłącznie na chrześcijan, zaś wysyp warczących nawiedzonych, dziwnie pokrywa się z pojawieniem się instruktażu, na co wolno sobie pozwolić będąc opętanym, czyli sławetnym "Egzorcystą" z 1973. Od tego czasu modą wśród nastolatek jest szamotanie się na łóżku, plując przy tym w stronę dewocjonaliów. Ich wygibasy mają być dowodem nadludzkiej siły jaka w nie wstępuje, a stały się najlepszą tarczą ochronną przed diabłem, jaką tylko wymarzyć mogły sobie starsze osoby. Niestety 90-latek nie potrafiłby dokonać takich akrobacji i dziwnym zbiegiem okoliczności w tym wieku szatan jest nieskory na tak ekstremalne emanacje. Tak jakby diabeł nie potrafił pokazać swojej siły, jeśli opętani tej siły wcześniej sami nie posiadali.

Miało być jednak o diabelskich głosach. Zatem od razu z grubej rury, nagrania pokrzykującej Anneliese Michel. Kochana wikipedia podpowiada, że "Anneliese podczas występowania objawów mówiła sześcioma różnymi głosami męskimi". Co ciekawa, wśród plejady biblijnych gwiazd znalazł sie Kain, postać z uchodzącej za metaforyczną, opowieści o Kainie i Ablu. Anneliese Michel była opetana przez teologiczną alegorie, równie dobrze mogła zostać uderzona cegłą z wieży Babel, albo zatruć się zakazanym owocem z edeńskiego sadu. Dzięki egzorcyzmom wiemy co poczynają dusze w piekle - otóż ślęczą ze słownikami w dłoniach - Judasz i Neron pochwalić się mogę świetną znajomością współczesnej niemiecczyzny! O to jak wygląda w praktyce mit o niezliczonych językach którymi władają opętani. Polecam kliknąć na youtubowy odnośnik i posłuchać tych wielu męskich głosów. Kilkadziesiąt sekund wystarczy aby przekonać się, że nie ma mowy o jakimkolwiek męskim głosie! Spod charczeń i syczeń Michel, nieprzerwanie słychać jej kobiecy głos. Stara się jak może, ale aby wydobyć podobny odgłos nie trzeba być opętanym. Poproście swoją żonę lub siostrę o coś podobnego, doróbcie do tego diabelską atmosferę i wyobraźcie sobie jak brzmiałby te dźwięki po zaprawie jaką miała Anneliese - czy dalej słyszycie w jej głosie coś niezwykłego? Zupełnym absurdem jest twierdzenie, iż opętana mówiła sześcioma różnymi głosami. Charczenie na 6 sposobów okazało się za wysoką poprzeczką, Michel nawet nie próbuje tego robić. Egzorcyści wciąż pytają z którym duchem mają do czynienia, nie odróżniają ich ponieważ wszystkie mówią tym samym zachrypniętym głosem Anneliese. Nie wiem, może głos Lucyfera jest rzeczywiście głosem kobiety udającej faceta, ale Hitler? Nic co słyszymy w nagraniach naszej bohaterki, a co miało reprezentować tego zbrodniarza, nie przypomina jego głosu. Jeśli Złu zależy na naszych reakcjach, dlaczego nie przemówi jego znanym nam z przemówień głosem? Zapytajmy wprost, dlaczego diabeł potrafi jedynie tyle, ile opętana potrafiłaby sama? Przerażające dźwięki egzorcyzmowanych, w zamierzeniu największy postrach, jawią się jako największa żenada tego spektaklu. Oczywiście, możemy (a raczej musimy) założyć, że szatan nie próbuje z opętanym niczego co by było ponad jego ludzkie siły. Rodzi to jednak najtrudniejsze pytanie - po co? Czy nie można mówić normalnie, czy trzeba kompromitować się infantylnym warczeniem? Jeśli diabłu zależy na pokazaniu swojego demonicznego oblicza - jeśli nie potrafi tego zrobić, jako pan ciemności nie powinien zadowalać się tak marną namiastką. Czy jeśli nie da się dorobić opętanym prawdziwych rogów, warto aby nakładali w ich miejsce czerwony, plastikowy, mrugający kicz?

11 września 2009

Chemia zjawisk paranormalnych

Z racji zbliżającego się Dolnośląskiego Festiwalu Nauki, słów kilka o popularyzacji nauki w iście paranormalny sposób. Nieodżałowany Arthur C Clarke mawiał, że zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii i co tu dużo gadać, miał racje. Żywym na to dowodem jest prof. Bob Friedhoffer, światowej sławy naukowy sztukmistrz (bywający i w naszym kraju). W swoich wykładach skierowanych głownie do dzieci, przedstawia naukę jako czarodziejską metodę czynienia niemożliwego, coś nieocenionego w czasach kiedy "niemożliwe" promują głównie oszuści i szarlatani. Można wierzyć, iż latające przedmioty napędza napęd antygrawitacyjny, warto jednak wiedzieć że bliźniaczy efekt wywoła kilka magnesów, co do których nie ma wątpliwości że mogą istnieć. Zamiast przewracać przedmioty silą umysłu, można wypełniać je gęstą cieczą. Jeśli wcześniej zaznajomiliśmy się z tempem opadania i wyrównywania się płynu, a przy tym wiemy że jego ostateczne rozmieszczenie przysporzy katastrofalnej niestabilności, możemy zamarkować pchnięcie z oddali takiego przedmiotu wywracając go na ziemie (przykłady zaczerpnięte z występów Friedhoffera). Pierwsze skrzypce w tym odczarowywaniu świata odgrywa fizyka, jednak nie tylko ją można zaprząc do tych celów. Poszperałem tu i tam - i o to parę przykładów zjawisk paranormalnych, tym razem z chemią na pierwszym planie. Nie dowierzam co prawda w ich wielką popularność wśród hochsztaplerów, warto jednak uświadomić sobie jak szeroki jest zakres metod, kantowania nieświadomych niczego ludzi.

Przyciąganie przedmiotów. Sława człowieka którego ciała przyciąga najróżniejsze przedmioty, może się realizować na wiele sposobów. Metamorfozy w żywy magnes dokonać możemy także przy pomocy chemii. Przedmiot spreparowany wcześniej sodą kaustyczną przyssie się do nas niczym pompka niezależnie od właściwości naszej skóry (standardowy klucz do rozwiązania tego cudu). Jeśli na dno dzbanku nasypiemy odrobinę wcześniej wspomnianej substancji i zatkamy otwór ręką, soda wchłonie dwutlenek węgla z powietrza, tak że wytworzone podciśnienie wewnątrz naczynia wspomagać będzie nieodrywanie się przedmiotu od ciała.

Stygmaty. Znana sztuczka rozpropagowana przez włoskiego sceptyka Luigi Garlaschelliego. Na jedną dłoń nanosimy chlorek żelaza, natomiast na drugą rodanku potasu. Obie substancje są bezbarwne, jednak w zetknięciu ze sobą - na przykład przy złożeniu rąk do modlitwy - dają efekt łudząco przypominający krwawiące rany. Jest to jedna z metod wywołania stygmatów na oczach publiczności.

Chodzenie po ogniu. Tym razem roztwór ałunu rozcieramy z mydłem aż do konsystencji papkowatego smarowidła. Nanieśmy to na stopy, a niestraszne nam wysokie temperatury. I bez tej piekielnej mikstury, po rozżarzonym węglu szusować może każdy i to bez wielkiego uszczerbku, Z dodatkowym zabezpieczeniem, poprzeczka efektownego gorąca znacznie się tu podnosi. Zivko Kostic autor "Między zabawą a chemią" widzi w tym związku genezę wielu cyrkowo-iluzjonistycznych sztuczek z ogniem. Będąc w podstawówce próbowałem utrwalić płaskorzeźbę w jajku według zaleceń jago książki, bez rezultatów, zatem chętnym zalecam zacząć od prób z ciepłym kubkiem herbaty.

Lewitacja. Prawdziwie magiczna substancja, gaz zwany sześciofluorkiem siarki. Bezbarwny i bezwonny, o wiele cięższy i gęstszy od powietrza. Do tego stopnia, że lekkie przedmioty wykonane z papieru unoszą się na jego powierzchni. Dyskretnie utrzymując go w ryzach przed rozpierzchnięciem, otrzymujemy podest do unoszenia ideał - prawie że niewidzialne nic. Jak widać na filmiku z dziećmi, zmienia o również głos na niższy, jednak o demonicznych dżwiękach następnym razem.



6 września 2009

Dogonowie, typy spod ciemnej gwiazdy

Tak jak telewizja nie może obejść się bez kaleczących język polski, zagranicznych prowadzących, tak otwarte umysły nie mogą dziś funkcjonować bez egzotycznych mentorów. Dawne new age'owskie praktyki przytulania się do drzew zostały zastąpione kontaktem z ludźmi natury, dzierżącymi nieskalaną jeszcze przez wiedzę zachodu, prastarą prawdę. Przepowiednie uwiarygadnia się dopisując, iż są autorstwem szamana, ostatniego zawodu mającego kontakt z mistyką. Aby stać się prawdziwym oświeconym, obowiązkiem stała się nauka u niepiśmiennych plemiennych mędrców, a przyćpanie sobie z tubylcami nobilituje nas na prawdziwe autorytety. Kiedy własną cywilizacje postrzegamy jako centrum zepsucia, najodleglejszy obcy staje się ostoją wiekuistej prawdy i moralności. Zapewne podobne myślenie przyświecało obcym odwiedzającym naszą planetę, którzy bardzo chętnie wchodzili w dialog z prymitywnymi ludami starożytności, a jakoś nie kwapią się do udzielania nauk ludziom współczesnym. Z drugiej strony nic straconego, kosmici nigdy nie dzielili się z jakąś doniosłą wiedzą, głównie ograniczając się do przeniesienia kliku głazów z miejsca na miejsce. Podobnie miało się w przypadku klasyku tego gatunku, mitologii Dogonów. Dogonowie byli prostym afrykańskim ludem, żyjącym w okolicach Mali, aż do roku 1976, kiedy to znaleźli się na ustach wszystkich UFO-entuzjastów. Ich odkrywcą dla paranormalnego świata był Amerykanin Robert Temple, zaś popularyzatorem teorii Dogonów sam Erich von Daniken. Dogoni posiadali wiedzę którą jako dziki lud posiadać nie powinni. Wiedzieli o tzw Syriuszu B, niewidocznej dla ludzkiego oka gwieździe, towarzyszącej temu najjaśniejszemu na naszym niebie Syriuszowi A (pomijając już, że ten podwójny układ traktowali jak małżeńską parę, kobietę i mężczyznę). Syriusz B znany był astronomii od roku 1862, jednak wiedza ta powinna być poza zasięgiem ludu, którego szczytem techniki była kamienna motyka.

Jak to zwykle bywa, Temple wysnuł z tego najbardziej absurdalne wnioski. Wiele tysięcy lat temu plemię zostało nawiedzone przez Syrian, którzy z pierwszej ręki przekazali im te informacje. Mimochodem przypisał Dogon wiele innych astronomicznych faktów o których to mieli wiedzieć od mieszkańców Syriusza, jednak późniejsze badania antropologa Waltera van Beeka wykluczyły ten kosmologiczny potencjał. Pomysł na Syrian wydaje się chybiony z kilku powodów. Syriusz B nie jest zwyczajną gwiazdą, a białym karłem, tworem powstałym z resztek czerwonego olbrzyma, który po wyczerpaniu się paliwa jądrowego eksplodował. Jak mieszkańcy globu krążącego wokół Syriusza przeżyć mogli tak niewyobrażalną katastrofę? Syriusz B krąży tak blisko znanego nam z nocnego nieba Syriusza A, iż nie ma mowy aby pobliskie planety mogły mieć stabilne orbity. I chyba najlepszy argument - skąd na planecie otaczającej Syriusza inteligentne życie? Gwiazda ta ma kilkaset milionów lat, kiedy jedyny znany nam przypadek ewolucji życia, potrzebował na to kilka miliardów. Z dziś dostępnych danych, nic nie wskazuje na to aby w ciągu 200 mln lat, wliczajac w to ostygnięcie planety, wykrystalizowanie się związków organicznych i narodziny życia, możliwe było uformowanie się życia zdolnego do podróży międzygwiezdnych.

Mniej spektakularna teoria wskazuje na zaczerpnięcie wiedzy o Syriuszu B od zachodniej astronomii. Potencjalnym nośnikiem tych informacji mogła być francuska szkoła, istniejąca w pobliżu Dogonów od 1907 roku. Według mnie najbardziej prawdopodobna teza wiąże się z parą antropologów przez lata badających ten lud, Marcela Griaule i Germaine Dieterlen. Griaule poza antropologia studiował też... astronomie, przywożąc do Mali wspaniałe mapy nieba. Wśród raportów jakie złożyli z badań w latach 30-tych, francuscy badacze o dziwo nie wspominają nic o wiedzy Afrykanów na temat towarzysza Syriusza (w przeciwieństwie do tego co pisze polska wikipedia), a przynajmniej Griaule powinien tą wiedzę z zadziwieniem odnotować. Co więcej, żyjący informatorzy Griaule potwierdzili, że to on opowiadał im o Syriuszu B. Być może nigdy z całą pewnością nie dowiemy się kto podesłał im te informacje, faktem jest natomiast że mieli na to kilkadziesiąt lat, między odkryciem Syriusza B przez "białego człowieka" a pogłoskami o nim wśród Dogonów. Nie byłby to pierwszy przypadek takiego wtórnego odkrycia. Antropolodzy wizytujący Nową Gwinee, przecierali niegdyś oczy na widok medycznej wiedzy tubylców. Papuasi opisywali zakażenie jako wejście niewidzialnych, mikroskopijnych postaci przez ranę chorego, wskazując dodatkowo na środki dezynfekujące przywiezione przez badaczy, jako na te substancje których boją się owe złe duchy! Opis infekcji bakteryjnej nie pochodził jednak od kolejnych sondujących nas obcych, ale jak się okazało, od lekarza Carletona Gajduseka, żyjącego przed etnografami wśród oświeconych tubylców.

22 sierpnia 2009

Wiara niedowiarków


Postmodernistyczne przekonanie o względności prawdy w połączeniu z typową dziś kulturą klikania po kanałach, w której okres skupienia na jednym temacie mierzy się w krótkich nowojorskich minutach, stawia nas wobec oszałamiającej mnogości rzekomo prawdziwych informacji serwowanych łatwo strawnymi porcjami w przyciągającym naszą uwagę opakowaniu. To musi być prawdziwe - bo widziałem to w telewizji, w kinie, w Internecie. Strefa mroku, Po tamtej stronie, Nie do wiary, Szósty Zmysł, Duch, 11 września: Niewygodne fakty, Zeitgeist Tajemnice, magia, mity i monstra. Okultyzm i zjawiska nadprzyrodzone. Teorie spiskowe i kabały. Twarz na Marsie i kosmici lądujący na Ziemi. Wielka Stopa i potwór z Loch Ness. Parapsychologia i poznanie pozazmysłowe. UFO i ET. JFK, RFK i MLK - zbrodnicze spiski kryjące się za literami alfabetu. Odmienne stany świadomości i regresje hipnotyczne. Teleobserwacja i wędrówki astralne. Tabliczki do seansów spirytystycznych i talie tarota. Astrologia i czytanie z ręki. Akupunktura i chiropraktyka. Stłumione i fałszywe wspomnienia. Rozmowy ze zmarłymi i wsłuchiwanie się w wewnętrzne dziecko. Wszystko to tworzy niemożliwy do rozwikłania konglomerat wiedzy i hipotez, rzeczywistości i urojeń, narracji opartej na faktach i fantastyki naukowej.

Ostatni numer "Świata Nauki" przynosi ze sobą okazały jubileusz, 100 felieton Michaela Shermera, głównej postaci czasopisma Skeptic. Na tą okazje Shermer spłodził prawdziwe sceptyczne credo, w którym poza świetnie brzmiącymi, już ukradzionymi przeze mnie sentencjami, porusza kilka interesujących kwestii. Większość z nich rozchodzi się na temat hipotezy zerowej, bynajmniej nie kolejnej szalonej hipotezy dźgającej w oczy sceptyków. Hipoteza zerowa to odgórne doklejanie dla każdej nowej teorii łatki "fałszywa", aż do momentu udowodnienia przez jej pomysłodawców jej prawdziwości. Hipoteza zerowa rozwiązuje spór wzajemnego obrzucania się ciężarem dostarczenia dowodów przez sceptyków i paraentuzjastów. Wyniesiona z nauk przyrodniczych, jest dość wygodna ale przede wszystkim niezbędna tropicielom bzdur. Narzuca jednak pewną właściwość wysnuwanym teorią - możliwość ich sfalsyfikowania, do tego stopnia, iż teoria za którą nie stoją metody jej falsyfikacji, nie jest dziś uznawana za teorię naukową. Los ten dotyka słynną już teorie strun, mimo to, węsząc jej przyszły sukces, wielu fizyków wciąż poświęca jej swój cenny czas. Znany ze swych antyreligijnych zapatrywań, noblista Steven Weinberg, uważa że jest tak matematycznie majestatyczna i piękna, że nawet jeśli jest błędna, nie możliwe aby absolutnie nic z niej nie pozostało. Ściśle powiązaną z hipotezą zerową, jest idea dowodu negatywnego - dowodu wynikającego nie z wiedzy, a jedynie z czyjejś niewiedzy. Np. to że nauka nie wypracowała jeszcze jednej koncepcji tłumaczącej techniczny proces budowy piramid, jest dla niektórych równoznaczne z tym, że wybudowali je kosmici. Entuzjaści dowodów negatywnych, mogą żerować nie tylko na niezdecydowaniu i niejednomyślności nauki, ale również na dzisiejszej ślepocie jej metod w odniesieniu do niektórych zjawisk. W krążącej po youtube dyskusji Tomasza Terlikowskiego z Piotrem Szwajcerem na temat "Boga urojonego", pytanie o początek wszechświata i spodziewany brak odpowiedzi, wyraźne cieszyPana Tomasza. Tak jakby niewiedza odnośnie przyczyn Wielkiego Wybuchu, organelli bakterii i autorstwa piosenki "Black Betty", jakkolwiek dowodziła istnienia Boga. Shermer kończy swój artykuł powątpiewaniem w tzw "wierzących sceptyków" - ludzi którzy z zaciekłością tępią pseudonaukową szarlatanerie, jednak z taryfą ulgową dla Boga. Postawa popularna szczególnie w Polsce, gdzie wciąż kwitną Nie Obejmujące Się Magisteria i inne dziwaczne uzasadnienia przymykania oka na religie. Widzieliśmy to na przykładzie niedawnego listu otwartego w obronie rozumu, gdzie nadnaturalne umiejętności księży w opisie zawodów, uszły płazem sygnatariuszom listu, a dostało się jedynie wróżkom. Wielką prace na tym polu odwalił kolega z zaprzyjaźnionego bloga, który w kilku dyskusją w internecie, także z autorami projekty, bezapelacyjnie udowodnił im ich wybiorczość. Wracając do tematu, zachęcam do sierpniowego numeru ŚN, a na zakończenie jeszcze jeden passus z Shermera. Chciałem wprowadzić go na stałe do opisu bloga, jednak okazał się nieregulaminowo za długi.

Pokażcie mi ciało Wielkiej Stopy. Pokażcie mi archeologiczne znalezisko pochodzące z Atlantydy. Pokażcie mi tabliczkę literującą słowa podczas seansu spirytystycznego, którego uczestnicy mieli starannie zawiązane oczy. Pokażcie mi czterowiersz Nostradamusa, który wieszczył II wojnę światową lub zamach z 11 września przed, a nie po fakcie. Pokażcie mi, że środki stosowane w medynie alternatywnej leczą lepiej niż placebo. Pokażcie mi kosmitę lub zaprowadźcie do jego macierzystego statku. Pokażcie mi Inteligentnego Architekta. Pokażcie mi Boga. Pokażcie, a uwierzę.

16 sierpnia 2009

Pokusa wiary

Jak już może niektórzy zauważyli, polska "ateosfera" poniosła niemałą stratę, w poniedziałek, 10 sierpnia do Pana odszedł nasz kolega, autor Olaboga, Paweł Piasecki. Czytałem jego ostatni wpis i nie wierzyłem - stając się w tym momencie podwójnie niewierzącym - próbując przy tym zapamiętać, aby omijać Miłosza szerokim łukiem Już na poważnie, myślę że nie tylko mnie zaskoczyła deklaracja Pawła o "skruszeniu" jego ateizmu. Jego świetny blog zawsze charakteryzowała piękna literackość i bardzo emocjonalne i osobiste wpisy. Cokolwiek by nie mówić o tej przemianie, bez wątpienia zrobił to z klasą i wielką pokorą. Niestety dla niego ale stety dla jego czytelników, nie sądzę aby po tak głębokim obcowaniu z ateizmem jego mózg zaznał kiedyś chrześcijańskiego spokoju, zatem już tylko czekamy na jego rychły powrót.

Interesujące są powody dla których Paweł opuścił mroki ateizmu. Wiem o nich tyle ile sam lakonicznie napisał, z tego co jednak widzę, nie odbiegają od innych tego typu przypadków. Konflikt między wiedzą (że czegoś nie ma) a wiarą (że jednak jest) rozwikłać można na gruncie emocjonalnym. Prawdziwy bezsens życia nie wygląda najlepiej przy możliwościach wpływu na rzeczy na które wpływu mieć nie można i obietnicy sprawiedliwości, której nigdy na co dzień nie doświadczamy. Nie łatwo trwać w perspektywie znikąd donikąd, kiedy religia kusi nadaniem wyższego sensu. Jeśli nic dobrego nie czeka nas poza tu i teraz, może warto spędzić dany nam czas w kojącej ducha nadziei, przyćmić w sobie jej złudność i tak ofiarować sobie trochę szczęście? Potwierdziły to badania Instytutu Gallupa, w których głęboko wierzący" dwukrotnie częściej oceniały się jako osoby szczęśliwe. Międzynarodowe badania przeprowadzone w 16 krajach dowiodły natomiast, że dzieje się to praktycznie niezależnie od wyznawanej religii.

Istnieje spore grona ateistów, także wśród moich przyjaciół, które zazdrości tym którzy potrafią prawdziwie wierzyć. Trochę ironicznie nazywają tą sytuacje brakiem łaski - jeśli wiara jest łaską niektórym Bóg jej pożałował. Jednak jak mawiał chyba jeszcze wierzący Obirek, ateizm jest także łaską. Wiara jest łaską poznania Boga, zaś ateizm poznania natury ludzkiej. Ateizm jest też pewnym rodzajem doświadczenia mistycznego, zwanego niemym nawoływaniem Boga, pierwotnie przywoływanym w kontekście biblijnej niewoli w Egipcie czy holokaustu. Kiedy pomimo swych wysiłków nie potrafimy usłyszeć Boga, próba naszego doświadczenia jego obecności niejako ratuje nas od ognia piekielnego. Przynajmniej na dziś, możemy nie wierzyć i mieć jeszcze szanse na katolickie niebo. Pamiętajmy że wiara nie daje niczego za darmo. Bóg ofiarowuje ale i wymaga, pociesze ale i wiele zabrania. Wiele z tych nakazów są "moralnie naturalne", inne już mniej oczywiste. Osobiście przeraża mnie zahipnotyzowany tłum wstający i siadający, klęczący i znów wstający. Pogłos w kościelnych murach powtarzania wciąż tych samych fraz i strach przed zmienieniem choćby słowa w którejś z popularnych modlitw. Niewiara pozwala nie oglądać się wciąż "na górę", przynosi duchową samotność jednak za cenę wolności. Co prawda nasz interlokutor jest równie rozmowny jak piłka z która dyskutuje Tom Hanks w "Cast Away", mogę jednak zrozumieć że komuś to odpowiada.

Wszystko to oczywiście kwestia wyboru każdego z nas, jednak mówiąc za siebie, wiara bez racjonalnych dla niej przesłanek (a takie według mnie nie istnieją), nie jest najlepszym rozwiązaniem. Zmarnować i tak już marne życie, to już prawdziwa tragedia. Tym bardziej że istniej wiele pokus zesłania na siebie błogiego szczęścia, z których w imię czegoś potrafimy jednak zrezygnować, a ofiara ta napełnia nas dumą. W jednym z odcinków Simpsonów, głowa rodziny, zarazem człowiek nie słynący z inteligenci, Homer, znajduje w swoim nosie kredkę. Okazało się że pastelowa kredka od dzieciństwa uciskał mu mózg, z czego wynikały wszystkie jego umysłowe niedomagania. Po jej wyciągnięciu jego IQ gwałtownie rośnie, jednak życie przestaje go cieszyć. Zaczyna dostrzegać głupotę i prostactwo popularnych komedii, ciągłe napominanie o rozwagę innych nie zjednuje mu nowych przyjaciół. Dochodząc do wniosku, iż nie poznając świata jakim jest naprawdę czuł się szczęśliwszy, ostatecznie upycha sobie kredkę w jej stare miejsce. Niestety w poza-animowanym życiu, nie mamy takich możliwości. Musimy dźwigać życie bez kredki, a już na pewno i nie udawać że jest w naszym nosie, kiedy jej tam nie ma.