1 grudnia 2008

Świat na licencji creative commons

Nie mający zahamowań humanista, jest niczym dobrej klasy łasica, która zawsze prześlizgnie się przez każdą dziurę i wywęszy każdy temat. Nawet rzeczy będące arcydomeną umysłu ścisłego, takie jak oprogramowanie, z czasem padają łupem atechnicznie myślących teoretyków. Mimo, że to informatycy, tworzą, rozwijają i to głównie oni używają wolnego i otwartego oprogramowania, wydaje mi się, że jedyna sensowna rzecz na ten temat, wychodzi jednak spod pióra humanistów. Obserwacja portali promujących otwarte rozwiązaniu pokazuje, że tajniki konsoli i jej poleceń oraz refleksje nad zastaną i przyszłą kondycją najszerzej rozumianego open source, ewidentnie nie idą ze sobą w parze. Jeśli chodzi o wolne projekty, najważniejszą postacią w Polsce nie jest żaden informatyk, ale Jarosław Lipszyc, skądinąd poeta. Jak na razie to przed nim rysują się największe dokonania w popularyzacji wolnych idei (pół anonimowo, acz publicznie deklaruje się, że 1% mojego podatku trafi na "wolne podręczniki). We Wrocławiu, taką postacią mogłaby być Małgorzata Burnecka, wykładająca wolną kulturę w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Dziś mogę się przyznać, że byłem autorem jednej z recenzji filmu o Linusie Torvaldsie, oddanej na zaliczenie przedmiotu. Trochę czasu minęło, personalia studenta nie ujawniam, liczę że nikt mnie za to po sądach ścigać nie będzie.

Systemy operacyjne czy programy stanowią jedynie czubek góry lodowej. Problem zacznie się kiedy monopolem prawnym zostaną objęte po kolei wszystkie udogodnienia, jakimi dane nam będzie cieszyć się w przyszłości. Historia nauki wskazuje nie tylko to, co było niezbędne do zaistnienia jakiejś innowacji, ale z perspektywy czasu, także to czego nieobecność umożliwiła rozpropagowanie się danego wynalazku. Gdyby nie kreatywność której wszystko dziś zawdzięczamy, siedzielibyśmy teraz przed jaskinią grzebiąc patykiem w ognisku. Gdyby jednak paleolityczne społeczności posługiwały się naszymi standardami rozumienia własności intelektualnej, nawet ten nieszczęsny patyk nie wszystkim byłby dany. Trudno wyrokować jak prawo autorskiego do błahego pogrzebacza przyhamowałyby nasz rozwój. Kij z patykiem! Czy potrafimy wyobrazić sobie konsekwencje egzekwowanego patentu na druk, Bi Shenga skarżącego Jana Gutenberga? To stanowiłoby już ogromny impas dla kultury i cywilizacji. Regres jaki musielibyśmy doświadczyć wydaje się trudny do pomyślenia. Nie sposób doliczyć się które części kinematografu braci Lumiere są ich autorstwa, a przy których wykorzystali pomysłowość innych wynalazców. Przykładów tych możemy mnożyć, historia postępu pokazuje, że nasza wiedza istnieje dzięki akumulacji, dzięki przyswajaniu i rozwijaniu wcześniejszych pomysłów. Nawet w momencie rewolucji naukowej, rewolucja ta bazuje na wcześniejszej wiedzy, bez której by się nie obeszła. Wyłączność na pomysły uniemożliwiłyby postęp. Jak kuszące i perspektywiczne jest dopracowywanie czyjegoś dorobku, w prześmiewczy sposób unaocznił nam Lawrence Lessig, w swojej słynnej książce - wielkie koncerny, filmowe i muzyczne, które tak walczą dziś z "piractwem", powstały właśnie dzięki naginaniu praw patentowych i przymykaniu oka na prawa do cudzej własności.

Właśnie stoimy na progu takiego absurdu, kiedy prawo zaczyna dotyczyć najbardziej podstawowej czynności człowieka - jedzenia. Bynajmniej nie są to oscypki, o które przepychaliśmy się ze Słowakami, ale coś, co do tej pory wydawało się naszym niezbywalnym prawem. Patentem obejmowana jest otaczająca nas natura. Największy dar jaki ofiarowała nam genetyka może zostać zaprzepaszczony. Potencjał owoców zawierających w sobie szczepionki na dręczące nas choroby, owady walczące z naszymi odwiecznymi szkodnikami, warzywa rosnące na suchych terenach dotkniętych głodem, na obszarach gdzie nic innego rosnąć nie może. Wszystko to stoi pod znakiem zapytania, ponieważ realia naszego świata, wraz z jego prawniczymi fanaberiami, dosięgły Postęp przez duże P. Nieporozumieniem jest kakofonia głosów ostrzegająca nas o zgubach żywności genetycznie modyfikowanej (GMO), która nas potruje, zadławi nasze ptaki i zgładzi wszystko inne. Prawdziwy problem GMO ulatnia się gdzieś w natłoku podobnych insynuacji. Problemem są patenty jakie obowiązują na gatunki genetycznie modyfikowane. Legendy obrosły wokół działań Monsanto, największego producenta GMO na świecie, przy których znane powszechnie działania Microsoftu to dziecinne igraszki. Z powodu tego, iż rośliny spod znaku GMO nie należą do rolnika który je uprawiają, a do firm które je stworzyły, nawet najprostsze czynności jakie rolnicy mogli uczynić ze swoim dorobkiem pracy, dziś stają się zakazane. Przekładając to na analogie z oprogramowaniem, nabywca komercyjnych program nie ma prawa aby je kopiować, a następnie czerpać z tego korzyści. Z GMO mamy problem, ponieważ rośliny są produktami samokopiującymi się, ich zasadniczym, aby nie powiedzieć, że jedynym celem, jest właśnie nieustanne powielanie się. Strzegąc kolejnych kopi , a zarazem ślepo kopiując wzorce wypracowane przez świat rozrywki, doprowadzono do stanu, w którym ziarno pochodzące z kupionych przez rolnika roślin, nie jest bynajmniej jego własnością! Mało tego, rolnik prawnie odpowiada za przypadkowe zasianie się takiej rośliny. W przeciwieństwie do rynku komputerowego, kopia organizmu GMO może powstać bez naszego udziału, tymczasem odpowiedzialność jest adekwatna, rodem z wcześniejszych praw patentowych. Paradoks polega na tym, iż farmer kupujący ziarno na zasiew pszenicy GMO, musi odprzedać wyprodukowane przez siebie zboże, ponieważ prawnie nie należy ono do niego, aby następnie te samo zboże odkupić w miejscu gdzie je sprzedał! Albo podobne prawa rozlecą się na cztery wiatry, albo czeka nas w przyszłości coś naprawdę niepokojącego. Naprawdę nie chodzi o to czy będziemy używać Ubuntu czy Windowsa. Ważne aby zasiać w nas idee dzielenia się i myślenia ponad prawnymi ograniczeniami, gdyż to obronić nas przed problemami przyszłości, być może o wiele poważniejszymi niż systemy operacyjne. Jeśli oswoimy się z myślą i damy sobie wmówić, że ludzki pomyślunek obowiązuje kodeks karny, to już teraz mamy nie lada problem.

1 komentarz: