20 grudnia 2008

Denver, czy aby ostatni dinozaur?

Większość z nas co dzień styka się z dość licznym gronem osób, bezrefleksyjnie czerpiących swoją wiedzę z głupawych amerykańskikich filmów. Istnieje też grupa ludzi, jak się okazuje prominentów naszego biednego kraju, których poglądy przypominają ponure żarty słabej amerykańskiej tandety dla niepiśmiennego widza. Takim przykładem jest Maciej Giertych , który wraz z klasyką s-f lat 60-tych, "Milion lat przed naszą era", opowiada się za żywotem ludzi, pośród dinozaurów. Nikt nie interesował się wypowiedziami Pana Macieja, kiedy w latach 90-tych kwestionował istnienie syntezy termojąd
rowej wewnątrz gwiazd. Popularności wygadywanym przez siebie bzdurą, zawdzięcza pojawieniu się swego syna w ławach sejmowych. Złoty okres twórczości Macieja, to słynne konferencje o Bazyliszku i smoku cesarza Chin, które miały dowodzić koegzystencje ludzi i dinozaurami. Maciej Giertych wpadł w sidła słowa "smok" pod którym kryje się wiele różnorakich form mitycznych stworzeń, od naszego rodzimego koguto-węża, po hollywodzkie poczwary kilometrowej wielkości, a wystarczyło do licha zainteresować się tematem troszku wcześniej, choćby zajrzeć na sto dr Jerzego Bąbla, polskiego "smokologa".

Upychanie człowieka na grzbiet diplodoka, to w Polsce nie tylko giertyzmy. Ogromną role na polu podobnych nonsensów, odegrał naczelny "archeolog" ruchu Hare Kryszna (a jeśli mnie pamięć nie myli, z wykształcenia agent ubezpieczeniowy) Michael Cremo. Jego tzw "archeologia wedyjska" cofa dzieje człowieka do granic, no właśnie, w zasadzie poza jakiekolwiek granice. 100 Milionów lat, miliard, 2 miliardy lat, nie ma tu żadnej rozsądnej daty wskazującej na początek bytowania ludzi, w kształtach w jakich znamy siebie dzisiaj. Czy człowiek rzeczywiście biegał pośród dinozaurów? Czy naprawdę nasza historia sięga tak odległych lat?

W charakterze jednego z koronnych dowodów, przedstawia się absolutny klasyk kolekcjonerów tajemnic, kamienie z Ica. Kamienie z Ica, podobnie jak opowieść o smoku wawelskim mają przekonać niedowiarków, iż nasza wiedza na temat poczciwych dinozaurów była podejrzanie bogata, jak na wiedzę o dawno wymarłych stworzeniach. Skąd proste społeczności wiedzieć mogły tyle na ich temat? Mariusz Ziółkowski, antropolog, znawca Amerykańskich kultur, w starej ale jarej, liczącej już 30 lat książce "Z powrotem na ziemie", bez skrupułów rozprawia się z tym mitem. Pomimo tego co piszą autorzy maści Danikena czy Charrouxa, kolekcja wielu tysięcy rytowanych kamieni odkrytych w południowym Peru, przedstawiających ludzi walczących z dinozaurami, ma w sobie tyle niesamowitego co film Star Trek. Pośród dowodów na obecność ludzi przez ostatnie dziesiątki milionów lat, wśród artefaktów z Ica, możemy znaleźć takie smaczki, jak ewolucje człowieka wywodzącą nas bezpośrednio od gadzich stworzeń, wraz z formami przejściowymi, pól ludźmi - pół jaszczurami. Czy rzeczywiście świat nauki trwa w spisku nie chcąc przyjąć oczywistych dowodów? Cała zabawa z kamieniami z Ica, rozpoczęła się w roku 1952, kiedy francuski archeolog Henri Reichlen zaproponował kupno zdobionych kamieni. Dzięki dokładnym namiarom na miejsce wykopania kamieni, odnalazł on cmentarzysko kultury Paracas. Dawni mieszkańcy doliny rzeki Ica, chowali swoich bliskich, ofiarowując im na ostatnią drogę, poza żywnością czy ceramika, ozdoby z rzeźbionych otoczaków z pobliskiej rzeki. Kamienie zdobiły raczej mało sensacyjne motywy, figury geometryczne czy schematyczne rysunki ludzi i zwierząt, nic czym można było zachęcić bogatych turystów. Każdy kto zdaje sobie sprawę po ile "chodzą" zabytki z tamtego regionu, zrozumie iż gra była warta świeczki. Moja złodziejska natura daje o sobie znać widząc cennik, kilkuset tysięcy zloty za Olemecką maskę, czy kilkunastu tysięcy za figurkę Majów. Osnuta tajemnicą starożytność, świetnie się sprzedaje, a sprzedaje się tym lepiej, ile owej tajemnicy więcej. Proceder fałszowania kamieni z Ica wystartował na szeroką skale. Fałszowaniem parali się rzemieślnicy z okolic Ocucaje, ale i Szkoła Sztuk Pięknych w Limie. Sama technika rytu wydawała się dowolna, od metalowego dłuta po wiertarkę dentystyczną, przestrzegano jednak zachowania ogólne zasady kompozycji i stylu z Paracas. Dla biegłego archeologa czy traseologa nigdy nie było tu wątpliwości, przy odrobinie chęci nawet laik potrafiłby rozpoznać fałszerstwa. Dinozaurowe kamienie nie zawierały ciemno rdzawej powłoczki, co oznaczała że zostały niedawno wyciągnięte z rzeki, a nie z grobów. Nawet jeśli rytowano kamienie pochodzące z ziemi, charakterystyczna powłoczka tlenowa, nie występowała na właśnie wykonanych żłobieniach - w przeciwieństwie do oryginałów, gdzie równomiernie pokrywała cała powierzchnie. Otoczaki z przedstawieniami kambryjskich stworzeń postarzano tłuszczem i woskiem, jednak te schodziły po zetknięciu z rozpuszczalnikiem. Oczywiście, metod oceny autentyczności tych kamienie istnieje wiele więcej, po szczegółów zapraszam do lektury całego teksty Ziółkowskiego. Ja jedynie mogę zaufać mądrzejszym, w tej dziedzinie, od siebie.

1 komentarz: