8 października 2008

U źródeł masowej niewiary

Modnym ostatnio rozważaniem stały się dociekania nad konsekwencją dla polskiego katolicyzmu, postępującej dookoła nas laicyzacji. Zatracanie przez społeczeństwa Europy poczucia więzi z religią, różni się zasadniczo od ateistycznych coming out'ów. Źródła tych drugi znamy i są mniej więcej takie jak źródła manifestacji czarnych w Stanach Zjednoczonych w latach 60-tych, czy dzisiejszych parad gejowskich - grupa czująca się represjonowaną zaczyna afiszować się ze swoim "problemem", chcąc pokazać sobie i innym, iż nie jest w nim osamotniona. Trudniej wyjaśnić masowe odwracanie się od Boga. Jako najważniejszą przyczynę takiego porzucania wiary, powtarza się nieodmiennie głupi argument materialnego dostatku jakim obrośliśmy. Według tej hipotezy ipody i tostery stanowią bezpośredni impuls do naszych religijnych wątpliwości, a nożem wbijanym w kościelną frekwencje jest diabelska triada PlayStation-komputer-telewizor. Być może serwowane telewidzom "tańce gwiazd", w odmianach każdej powierzchni na jakiej tylko da się tańczyć, wywiewają cześć wiernych z katedralnych naw, trudno jednak tak skretyniały program "winić" za szerzenie się ateizmu. Wydaje się nieprawdopodobne aby niedzielne wizyty w hipermarkecie, dekompletujące wiernych na mszy świętej, zastępowały w nas potrzebę duchowości. Pomimo tego co się wielu wydaje, chodzenie do kościoła nie równa się podtrzymywaniu wiary w Boga. Cytując najbardziej znaną myśl księdza Józefa Tischnera: "jeszcze nie widziałem nikogo, kto stracił wiarę, czytając Marksa, za to widziałem wielu, którzy stracili ją przez kontakt ze swoim proboszczem".

Bezpośrednim powodem dla którego poruszam ten temat, jest raport opublikowany przez "Laboratorium Więzi", na temat zagrożeń jakie czyhają na polski kościół. Autorzy podkreślają w nim naukowość metod jakimi się posługują, jednak za Adamem Szostkiewiczem nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż są to jedynie refleksje kilkunastu osób, a nie "science" jakiego mieliśmy doświadczyć (jest jeszcze opcją, iż raport który Szostkiewicz krytykował w Tygodniku Powszechnym nie jest tym samym raportem który czytałem, a który podesłałem w linku). Badania socjologów Laboratorium, o ile interesujące, posiadają jednak szkopuł obciążenia katolickim światopoglądem podmiotu badającego, czyli samych badaczy. Nie odpowiadają one na pytanie o bezpośrednią przyczynę zaniku wiary, ale jak na ten zanik powinien reagować Kościół aby nie tracić wiernych. Socjologia nie zostawia nas jednak w tym temacie samym sobie, nie skazuje nas na głos jedynie katolickich badaczy tego zjawiska. Jeden z największych socjologów religii, Peter Berger, poświęca równo pól "Świętego baldachimu" na rozpoznania podłoża tego procesu. Jak każda inna taka teoria i ta nie jest wolna od błędów, na chłopski rozum jesteśmy wstanie podać wiele przykładów nieprzystających do wytyczonych tu reguł, tezy te są jednak na tyle oryginalne, iż może warto dowiedzieć się jakie przyczyny laicyzacji i sekularyzacji widzi się na świecie.

Jak sądzi Berger, laickie jądro posiadają do pewnego stopnia same religie, coraz radykalniej transcendentne. Widzimy to protestantyzmie, który zerwał z ideą świętych mężów i świętych sakramentów, powątpiewa w sens modlitwy za zmarłych i niezwykłość postaci Maryi. Jedyną pępowinę łączącą człowieka z niebem, którą u protestantów jest sam Bóg, łatwiej jest jednak odciąć niż wiele kanałów którymi posługują się katolicy. Odejście od sacrum zniechęca wiernych, w dobie rządów mediów i reklamy, wszystko musi dostosować się do ich wymogów aby bezpowrotnie nie zaniknąć, nawet ludzka wiara. Instytucje religijne stają się agencjami rynkowymi, a tradycje religijne - artykułami konsumpcyjnymi. To co kiedyś należało do natchnionych proroków dziś należy do wykutych w siermiężnych seminariach księży. Wszystkie te argumenty wynikają i wskazują na ten najważniejszy, którego ze świecą szukać wśród katolickich analiz - jest nim racjonalizowanie się społeczeństwa. O ile mam wątpliwości, czy wiek XX zasłużył na miano "wieku sceptycyzmu", bez wątpienia jeśli ktoś tylko chciał, mógł być w nim sceptykiem pełną gębą jak nigdy wcześniej. Coraz większa racjonalność rzeszy osób nie wynika jednak z lektury popularnonaukowych książek, a z wykształcenia które wymaga od nas rynek pracy, nasz sceptycyzm jest poniekąd przypadkiem, skutkiem ubocznym dzisiejszego świata. Jeśli to całość rzeczywistość z która obcujemy machluje przy naszym zdroworozsądkowym światopoglądzie, jeśli to właśnie tu tkwi przyczyna kryzysu wiarygodności religii, może i rzeczywiście toster z ipodem są tymi cichymi bohaterami.

4 komentarze:

  1. Potrzeba racjonalizacji świata źródłem wiary, dawniej w Boga teraz w Naukę (a właściwie w Technologię). Potrzeba Informacji, ale przecież to My ją tworzymy. I czy ta Potrzeba jest racjonalna?

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiara w naukę i wiara w Boga, nie mają ze sobą wiele wspólnego. Do pierwszego odnosi się angielskie słowo belief, zaś do drugiego faith. Polski język nie ma tu tego rozgraniczenia, stąd przy wierze, w sensie "wierzę że nie mogłeś tu przyjść", posługujemy się tym samym słowem co wierzę w Boga, wiary jako synonimu religii. Może należałoby rozgraniczyć wiarę i Wiarę. Nadzieja pokładana w naukę byłaby tu wiarą, zaś Wiarą ta aprioryczna, dogmatyczna i metafizyczna. To oczywiście tylko jedna z metod odpowiedzi na ten zarzut, można by dowodzić iż narodziny religii nie były żadną racjonalizacją, itd.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pisałem o źródle wiary . I moim zdaniem jest nim "rozpaczliwa potrzeba racjonalizacji niezrozumiałego świata". Rozpaczliwa dlatego, że u swych podstaw przyjmuje założenie nie do zweryfikowania.Istniena Boga nie da się dowieść, podobnie jak i nieistnienia.
    Na początku jest zatem potrzeba zrozumienia - Potrzeba Informacji. I tu jest problem, ponieważ wydaje się że to człowiek tworzy informację o świecie. Część jej daje się zweryfikować doświadczeniem, ale belief, że nauka wyjaśni wszystko to moim zdaniem faith.

    OdpowiedzUsuń
  4. Być może różni nas rozumienie słowa racjonalizacja, ponieważ nie potrafię myślowo przypisać racjonalizacji do religii. Wymyślone odpowiedzi, na być może, wymyślone przez siebie pytania i absolutny blamaż przy próbie wyjaśnienia zjawisk naturalnych. Odnośnie opisu świata doczesnego, nie przychodzi mi do głowy żadna trafna diagnoza, którą jakakolwiek z religii głosiła, a którą okazała się zweryfikowaną prawdą. Żadna z głoszonych niegdyś tez, o której nie mogli wiedzieć religijni protoplaści, a które uwiarygodniłyby dziś ich przekaz, nie okazała się prawdziwa. Katastrofalna diagnoza rzeczywistego świata, a dziś bajdurzenie o pozaempirycznym świecie, w konsekwencji nie wzbudzają mojego zaufania.

    Zapewne jako scjentysta przeceniam rolę nauki, zresztą nawet na tym blogu nie ukazują jej jako nieomylnej, wręcz przeciwnie. Doceniam jednak że się stara, że w porównaniu z religią jest od niej nieskończenie bardziej płodna poznawczo. Nauka nie daje odpowiedzi absolutnych (na szczęście) i wyczerpujących, nie bardzo widzę jednak inną alternatywę.

    OdpowiedzUsuń