26 grudnia 2008

Tematy okołoświątecznie

W te święta, jak rokrocznie, dostałem życzenia od zaprzyjaźnionego katechety, skądinąd bardzo życzliwego człowieka, który być może za punkt honoru obrał sobie przywrócenie mnie do łaski bożej. Kiedy piejemy nad sekularyzacją i zeświecczeniem świąt, wskazujemy najczęściej na komercjalizacje i zakupomanie. Ja zwracam uwagę na niepozorny aspekt - świąteczne życzenia - zresztą to coś, co odróżniają powszednie spotkanie w gronie rodzinnym, od wzniosłej atmosfery wigilii. Sugerowałem nawet Gośce, mającej napisać krótki projekt na temat rodziny, aby zbadała rodzinne imprezy nie poprzez wywiady, ankiety i statystyki, ale poprzez urodzinowe kartki z życzeniami. W takich detalach, w ich formie i treści, odbija się dziś istota tych imprez, życzenia odzwierciedlają nasze oczekiwania i nasz stosunek do takich rodzinnych spotkań. Wracając do tematu, życzenia wspomnianego znajomego, to jedyny religijny akcent jaki dotarł do mnie w postaci życzeń, w ciągu ostatnich kilku lat.

"Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego też stworzył wszechświat. Ten Syn, który jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty, podtrzymuje wszystko słowem swej potęgi, a dokonawszy oczyszczenia z grzechów, zasiadł po prawicy Majestatu na wysokościach. On o tyle stał się wyższym od aniołów, o ile odziedziczył wyższe od nich imię".
Bez wstydu przyznaję się, że mój zateizowany umysł ma coraz większe problemy z rozszyfrowaniem takich życzeń i dopasowaniem ich do atmosfery Bożego Narodzenia. To czemu duchowy aspekt pojawia się w życzeniach tak rzadko, może mieć oczywiście wieloraką przyczynę. Być może moi znajomi nie są wyśrodkowanym, statystycznym wycinkiem naszego społeczeństwa, być może ten element ciągle się w nas tli ale ogólny klimat jest niesprzyjający dla epatowania biblijnymi cytatami. Jest w tym coś niedobrego, jeśli jedynymi alternatywami jakie rysuje się przed nami, jest podniecanie się promocją bananów w hipermarkecie, albo pogrążenie się w religijnym wymiarze Bożego Narodzenia - nawet jeśli mamy tu do czynienia z tym najmniej drażniącym elementem religijności. W zasadzie wszystkie znane mi antykomercyjne, przedświąteczne akcje, wychodzą spod skrzydeł organizacji religijnych, a przypomnę tylko, że ateistyczny materializm (tzw. materializm metafizyczny) jest czymś diametralnie innym, niż potoczne znaczenie materializmu - kultu zakupów, pieniądza i nieprzydatnych do niczego dóbr. Pisałem to ja, człowiek który nigdy nie kupił prezentu na święta (jak już coś, robiłem własnoręcznie).

Druga rzecz o której chciałem napomknąć, wyszła w trakcie wigilijnego telefonu przyjaciółki z zagranicy. Zwierzała mi się z seansu i lektury apokaliptycznych wieści, jakie to rzekomo zawarte są w trzeciej tajemnicy fatimskiej. Nie chce rozwlekać się nad takimi prymitywnymi metodami straszenia ludzi. Straszenie dzieci piekłem i końcem świata budzi we mnie jedynie zażenowanie. Mi również, będąc dzieckiem, śnił się koniec świata, dwie litery na niebie "P" i "N" do których wciągani byli ludzie. Groźby i szantaże zostawię na boku jednak parę słów o Fatimie. O hipokryzji objawień jako takich, pisał Carl Sagan, objawienia fatimskie nie stanowią tu wyjątku. Nie bardzo wiadomo, które elementy zawarte ze wszystkich trzech tajemnicach wypełniły się. Wszystkie są bardzo ogólne i wieloznaczne, a wzmianki o I i II Wojnie Światowej, zamachu na papieża i upadku komunizmu, są jedynie późniejszymi interpretacjami objawień. Jak wszystko to bywało naciągane, dowiemy się spoglądając na treść oryginalnych pierwszych objawień:

Wojna się skończy. Ale jeżeli się nie przestanie obrażać Boga, to za pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się druga, gorsza. Kiedy ujrzycie noc oświetloną przez nieznane światło, wiedzcie, że to jest wielki znak, który wam Bóg daje, że ukarze świat za jego zbrodnie przez wojnę, głód i prześladowania Kościoła i Ojca Świętego. (za opoka.org)
Słowa te są powszechnie odbierane jako zapowiedz II Wojny Światowej i taką ich interpretacje możemy znaleźć przy każdej okazji wspomnień fatimskich wydarzeń. Tymczasem: jaka wojna rozpoczęła się za panowania Piusa XI, jakie "nieznane światło" jaki "wielki znak" zapowiedział II Wojnę? O prześladowaniach Ojca Świętego w czasie wojny nie wspomną, bo to już sprawa sporna. Jasność i sprawdzalność tych przepowiedni nie różni się od rzetelności horoskopu. Jest to oczywiście kwestia wiary i jeśli tylko ktoś uważa te słowa za prawdę, ma do tego prawo. Są i jednak słowa Matki Bożej z którymi się nie godzę i które dla mojej miernej ludzkiej moralności, są niegodne majestaty matki Jezusa. Jeśli zabraniała ona dzieciom pić w czasie upałów i zalecała krępować się sznurem aby spotęgować odkupicielskie cierpienie, wzbudza to moje oburzenie. Kiedy jednak aniołowie zakazali Franciszkowi i Hiacyncie jeść w czasie epidemii grypy, instruując dzieci do całodniowych modlitw głową w dół, to takie polecenia wzbudzają już moją odrazę. Kaleczenie się i osłabianie organizmu doprowadziło ostatecznie do śmierci obojga dzieciaków, przy czym bezpośrednią przyczyną była wielka epidemia grypy z roku 1918. Mam nadzieje, że aniołowie byli usatysfakcjonowani. Z najstarszą Łucją, postąpiono tak jak postępowano w takich okolicznościach od wieków. Kiedy "zrobiła swoje", kiedy jej wizje wykorzystano już w intratnych celach, wciąż obcująca z duchami Łucja zaczęła być niewygodna dla instytucji kościoła. Wciąż utrzymująca kontakt z Matką Boską Łucja, zaczęła poniekąd przerażać samych kościelnych hierarchów, których nie interesowało już co Matka Boska ma dopowiedzenia na temat ujawnienia trzeciej tajemnicy. Na Łucje nałożono nie tylko całkowity zakaz wypowiadania się publicznie. Do absolutnego minimum ograniczono jej kontakt nawet z własną rodziną, bez pisemnego pozwolenia Watykanu nikt nie mógł zbliżyć się do Łucji. Izolacja jej aż do śmierci stanowi dziś jedną z największych kontrowersje jeśli chodzi o postępowanie kościoła w sprawie fatimskiej. Na cóż, zapewne taka jest cena świętości, wiedzieć kiedy zamilknąć.

20 grudnia 2008

Denver, czy aby ostatni dinozaur?

Większość z nas co dzień styka się z dość licznym gronem osób, bezrefleksyjnie czerpiących swoją wiedzę z głupawych amerykańskikich filmów. Istnieje też grupa ludzi, jak się okazuje prominentów naszego biednego kraju, których poglądy przypominają ponure żarty słabej amerykańskiej tandety dla niepiśmiennego widza. Takim przykładem jest Maciej Giertych , który wraz z klasyką s-f lat 60-tych, "Milion lat przed naszą era", opowiada się za żywotem ludzi, pośród dinozaurów. Nikt nie interesował się wypowiedziami Pana Macieja, kiedy w latach 90-tych kwestionował istnienie syntezy termojąd
rowej wewnątrz gwiazd. Popularności wygadywanym przez siebie bzdurą, zawdzięcza pojawieniu się swego syna w ławach sejmowych. Złoty okres twórczości Macieja, to słynne konferencje o Bazyliszku i smoku cesarza Chin, które miały dowodzić koegzystencje ludzi i dinozaurami. Maciej Giertych wpadł w sidła słowa "smok" pod którym kryje się wiele różnorakich form mitycznych stworzeń, od naszego rodzimego koguto-węża, po hollywodzkie poczwary kilometrowej wielkości, a wystarczyło do licha zainteresować się tematem troszku wcześniej, choćby zajrzeć na sto dr Jerzego Bąbla, polskiego "smokologa".

Upychanie człowieka na grzbiet diplodoka, to w Polsce nie tylko giertyzmy. Ogromną role na polu podobnych nonsensów, odegrał naczelny "archeolog" ruchu Hare Kryszna (a jeśli mnie pamięć nie myli, z wykształcenia agent ubezpieczeniowy) Michael Cremo. Jego tzw "archeologia wedyjska" cofa dzieje człowieka do granic, no właśnie, w zasadzie poza jakiekolwiek granice. 100 Milionów lat, miliard, 2 miliardy lat, nie ma tu żadnej rozsądnej daty wskazującej na początek bytowania ludzi, w kształtach w jakich znamy siebie dzisiaj. Czy człowiek rzeczywiście biegał pośród dinozaurów? Czy naprawdę nasza historia sięga tak odległych lat?

W charakterze jednego z koronnych dowodów, przedstawia się absolutny klasyk kolekcjonerów tajemnic, kamienie z Ica. Kamienie z Ica, podobnie jak opowieść o smoku wawelskim mają przekonać niedowiarków, iż nasza wiedza na temat poczciwych dinozaurów była podejrzanie bogata, jak na wiedzę o dawno wymarłych stworzeniach. Skąd proste społeczności wiedzieć mogły tyle na ich temat? Mariusz Ziółkowski, antropolog, znawca Amerykańskich kultur, w starej ale jarej, liczącej już 30 lat książce "Z powrotem na ziemie", bez skrupułów rozprawia się z tym mitem. Pomimo tego co piszą autorzy maści Danikena czy Charrouxa, kolekcja wielu tysięcy rytowanych kamieni odkrytych w południowym Peru, przedstawiających ludzi walczących z dinozaurami, ma w sobie tyle niesamowitego co film Star Trek. Pośród dowodów na obecność ludzi przez ostatnie dziesiątki milionów lat, wśród artefaktów z Ica, możemy znaleźć takie smaczki, jak ewolucje człowieka wywodzącą nas bezpośrednio od gadzich stworzeń, wraz z formami przejściowymi, pól ludźmi - pół jaszczurami. Czy rzeczywiście świat nauki trwa w spisku nie chcąc przyjąć oczywistych dowodów? Cała zabawa z kamieniami z Ica, rozpoczęła się w roku 1952, kiedy francuski archeolog Henri Reichlen zaproponował kupno zdobionych kamieni. Dzięki dokładnym namiarom na miejsce wykopania kamieni, odnalazł on cmentarzysko kultury Paracas. Dawni mieszkańcy doliny rzeki Ica, chowali swoich bliskich, ofiarowując im na ostatnią drogę, poza żywnością czy ceramika, ozdoby z rzeźbionych otoczaków z pobliskiej rzeki. Kamienie zdobiły raczej mało sensacyjne motywy, figury geometryczne czy schematyczne rysunki ludzi i zwierząt, nic czym można było zachęcić bogatych turystów. Każdy kto zdaje sobie sprawę po ile "chodzą" zabytki z tamtego regionu, zrozumie iż gra była warta świeczki. Moja złodziejska natura daje o sobie znać widząc cennik, kilkuset tysięcy zloty za Olemecką maskę, czy kilkunastu tysięcy za figurkę Majów. Osnuta tajemnicą starożytność, świetnie się sprzedaje, a sprzedaje się tym lepiej, ile owej tajemnicy więcej. Proceder fałszowania kamieni z Ica wystartował na szeroką skale. Fałszowaniem parali się rzemieślnicy z okolic Ocucaje, ale i Szkoła Sztuk Pięknych w Limie. Sama technika rytu wydawała się dowolna, od metalowego dłuta po wiertarkę dentystyczną, przestrzegano jednak zachowania ogólne zasady kompozycji i stylu z Paracas. Dla biegłego archeologa czy traseologa nigdy nie było tu wątpliwości, przy odrobinie chęci nawet laik potrafiłby rozpoznać fałszerstwa. Dinozaurowe kamienie nie zawierały ciemno rdzawej powłoczki, co oznaczała że zostały niedawno wyciągnięte z rzeki, a nie z grobów. Nawet jeśli rytowano kamienie pochodzące z ziemi, charakterystyczna powłoczka tlenowa, nie występowała na właśnie wykonanych żłobieniach - w przeciwieństwie do oryginałów, gdzie równomiernie pokrywała cała powierzchnie. Otoczaki z przedstawieniami kambryjskich stworzeń postarzano tłuszczem i woskiem, jednak te schodziły po zetknięciu z rozpuszczalnikiem. Oczywiście, metod oceny autentyczności tych kamienie istnieje wiele więcej, po szczegółów zapraszam do lektury całego teksty Ziółkowskiego. Ja jedynie mogę zaufać mądrzejszym, w tej dziedzinie, od siebie.

6 grudnia 2008

Na prędko dwie rzeczy...

...pierwsza to oczywiście Mikołaj. I jemu dostało się w walce ateistów z teistami. Sympatycznego brodacza wysłał na front Richard Dawkins, na łamach "Boga urojonego" twierdząc, że wiara w świat dziecięcych postaci pokroju Wróżki Zębuszki, jest na równym poziomie z wiarą w Boga. Na zaskakującą popularność książki Dawkinsa, zareagowano w naszym kraju tłumaczeniem Alistera McGratha, wydaniem zasadniczo tej samej książki (jedna zawiera się w drugiej), pod dwoma tytułami, w dwóch różnych wydawnictwach (Dawkins chwalił się, iż w stosunku do "Boga urojonego", liczba książkowych polemik jego katolickich adwersarzy, przekroczyła już 20). Alister McGrath w "Bóg nie jest urojeniem" oraz "Bogu Dawkinsa" podejmuje i ten wątek wiary w Mikołaja. Czy rzeczywiście wiara w odwiedzającego jednego wieczoru wszystkie dzieci Mikołaja i wiara w Boga są równie naiwna? McGrath odpowiada mniej więcej tak (cytat z pamięci): W świętego Mikołaja wierzą wyłącznie dzieci - nie spotkałem osoby dorosłej, która pełna powagi twierdziłaby, że Mikołaj rzeczywiście istnieje. Jeśli chodzi o Boga, mamy natomiast świadectwa wielu osób, które pomimo braku Boga w okresie dziecięcym, nawróciły się na progu dorosłości. Kto ma zatem racje? Moim skromnym zdaniem leży ona pośrodku. Bezsprzecznie wiara w świętego Mikołaja i wiara w Boga to wiary funkcjonujące w innym stopniu, na innym podłożu, powstałe w innych celach i dla osiągnięcia różnych zadań. Jednak Mikołaj widzący wszystkie złe i dobre uczynki dzieci, oraz Bóg, widzący wszystkie nasze złe i dobre strony, są tworami równie nieprawdopodobnymi.

Druga rzecz to nowy program telewizji Polsat, "Strefa tajemnic". Mamy za sobą pierwszy odcinek, zatem pora na krótką recenzje. Prowadzący to oczywiście nie kto inny jak Maciej Trojanowski, znany z TVN-owskiego hity "Nie do wiary". Pan Maciej, jak zawsze stylizowany na naukowca, z zawieszonymi na nosie okularami, na swój powrót wybrał modny temat, proroctw roku 2012. Pierwsze zdanie po latach telewizyjnej posuchy wypowiedziane w programie:

Przeżyliśmy rok 2000 i zapowiadanego końca świata nie była (zapowiadanego nie raz przez Trojanowskiego, pozwolę sobie dodać). Z radością odrzuciliśmy tą koszmarną myśl do lamusa, a jednak proroctwa Majów, Azteków, Egipcjan, proroctwa chrześcijańskie, proroctwa współczesnych wizjonerów, wszystkie zawierają podobny do siebie scenariusz. Koniec świata ma nastąpić już wkrótce, na początku XXI wieku.

Jeśli chodzi o proroctwa chrześcijańskie, Maciej Trojanowski ma zapewne na myśli Giorgio Bongiovanniego - pamiętam jak przeprowadzał z nim wywiad, jeszcze na antenie "Nie do wiary". Bongiovanni jest włoskim stygmatykiem lansującym tezę powrotnego przyjścia... kosmitów. Daty tego zdarzenia, które rzekomo posiadł za sprawą swoich wizja i rozmów z Matką Boską, zmieniał wielokrotnie - szczególnie jeśli się już przedawniały Ostatnio przełożył ją na 2012. Nie rozszyfrowałem jednak tajemniczych proroctw Azteków i Egipcjan odnośnie roku 2012. Pomimo tego, że badacze zjawisk paranormalnych zwykli wymieniać Azteków w jednym ciągu z cywilizacją Majów, to stosunek tych pierwszych do tych drugich, ma się jak stosunek Wikingów do starożytnych Greków. Oczywiście, w dalszej części programu nie dowiedzieliśmy się nic na temat azteckich proroctw i jestem przekonany, że one nie istnieją. Bezkarnie dodaje się do takich wyliczanek co się da, w końcu kto to sprawdzi Cały zaś program został oparty na wypowiedziach Patricka Geryla, zdaniem którego 12 grudnia 2012 nastąpić ma zmiana magnetycznych biegunów Ziemi. Geryl zapowiada na tą chwile wylanie się wody z oceanów i inne katastrofy. Ziemia doświadczyła już tysięcy zmian biegunów. Żadne oceany się nie wylały, a idea zmiany biegunów za sprawą pstryknięcia palcem, w jeden dzień, jest już idiotyzmem. Wiemy, że taki proces jest na tyle nieregularny, iż jest nie do przewidzenia, zaś samo wygaśnięcie biegunów i pojawienie się ich na nowo, trwa tysiąclecia. W ostatnich 150 latach, ziemskie pole magnetyczne zmniejszyło o 10%, a zmiany te są spowodowane m.in ruchem magmy we wnętrzu Ziemi. Jest to niezwykle powolny i żmudny proces. Magnetyczny biegun północny porusza się z prędkością od 10 do 40 kilometrów... rocznie i jest czymś nieprawdopodobnym aby dokonał przebiegunowania w ciągu najbliższych 4 lat! Zatem nie tylko prowadzący i tematyka, ale niestety i poziom programu "Nie do wiary", zostały zachowane. Dla odmiany polecić mogę, może również nie intelektualny Mount Everest, ale przynajmniej na jako takim poziomie, Derren Brown - Mesjasz. Zamieszczony wczoraj na youtube, niespełna godzinny dokument wraz z polskimi napisami, ukazuje ludzkie naiwności odnośnie zjawisk New Age. Brown przy pomocy iluzjonistycznych sztuczek, wciela się w 5 różnych postaci: telepaty, władającego energią dłoni kaznodzieja, wynalazcy skrzyni nagrywającej sny, uprowadzone przez ufo, oraz medium. Momentami wygląda to naprawdę imponująco. Mówiący otwarcie o swoich manipulacjach Brown, nie ujawnia jednak sposobów którymi zwodzi badających go ekspertów (z jednym tylko wyjątkiem - medium). Tym przyjemniej, ponieważ cały filmowy seans potraktować możemy niczym występ magika. Magika z przesłaniem.

1 grudnia 2008

Narodziny na 101 sposobów

Na świecie istnieje około 90 tysięcy religii, w tym około 30 tysięcy odmian chrześcijaństwa, powstających w tempie dwóch religii dziennie. Ten potężny zbiór religii parachrześcijańskich, odmian judaizmu i islamu, bazuje w mniej więcej na tym samym Bogu stworzycielu. Czy to w Biblii czy w Koranie, obraz stworzenia wygląda podobnie. Jednym z argumentów na istnienie Boga ma być tzw dowód kosmologiczny, który wskazuje na konieczność istnienia tej Postaci, aby mógł powstać świat. Obie księgi lansują tu jedynego boga jako koniecznego sprawce istnienia czegokolwiek. Jeśli nie Bóg to co - powiadają. Dowód kosmologiczny możemy atakować wielorako. W przeciwieństwie do tego czym od dziecka nas karmiono, ani Jahwe ani Allah, ani jakikolwiek pokrewny im Bóg, nie ma tu monopolu. Nie widzę argumentu dlaczego biblijne stworzenia miałoby wieść prymat nad historiami innych religii. Są mity kreacji starsze, piękniejsze, bardziej odpowiadające znanym nam dziś dowodom. Czemu z góry mamy je odrzucać? Opowieść z Księgi Rodzajów jest równie prawdopodobna jak jakakolwiek inna mitologia, tłumacząca nasze powstanie. Jeśli dopuszczamy do naszej głowy podobne fantazje, a nuż warto poznać i inne bajki na ten temat. Każdy religijny monopolista dba aby jego wyznawcy nie poznali innych odmian mitu stworzenia. Na dowód, ile relacji rodem z innych kultur zna nasz rodak? Jak się trafi to może skubnął coś z greckiej mitologii, może, jeśli uważał na lekcji polskiego.

Na dowód tego, iż lansowana przez nas opowieść o narodzinach świata niespecjalnie odbiega poziomem od najprymitywniejszych kultur, zarówno w nich jak i w naszej, występuje te samo stworzonko - wąż. W historii wyznawanej przez chrześcijan nie nadał on Ziemi specjalnie przyjemnego charakteru, jednak wiele religii w samym swoim stworzycielu widzi węża - choćby religia Voodoo czy religia Azteków. Są i bardziej osobliwi zwierzakowi demiurgowie, jak kogut u Joruba, czy Pliszka u Ajnów. Świat Ajnów znajdował się na pływającym pstrągu, który jeśli tylko się poruszał, powodował trzęsienia Ziemi. Ptaszkowi zawdzięczamy jednak całą resztę - to pliszka trzepocąc skrzydłami i przegrzebując pazurkami stworzyła to co dziś oglądamy. U ludów Syberii całą tą robotę odwaliła gołębica, zaś u Indian Kanadyjskich przewodził w tym kruk o imieniu Raven. Całe zastępy zwierząt są stworzycielami Ziemi w mitologią Czirokezów. Przesiadujące w przepełnionym niebie zwierzaki, tworzą lądy z kawałka blotka wywleczonego z dna oceanu. Przekładającym florę nad faunę, polecić mogę mitologie Masajów. Bóg ich wykrzesał świat z drzewa, a wraz z nim trzech bogów, odpowiedzialnych kolejno za wypas bydła, rolnictwo i polowanie. Najwyższy Bóg w panteonie Zulusów, o wdzięcznej nazwie Unkulunkulu, narodził się tymczasem z trzciny. Jeśli lubimy obrzydlistwa, zareklamować mogę bardziej niestrawne genezy naszej planety. Opcja zwymiotowania świata, o ile dość obleśna, jest zaskakująco popularna. Ludzie jako wymiociny nie dla wszystkich wydaje się poniżające, szczególnie jeśli wymiotuje sam bóg! Przeszłość taką posiada, zamieszkujący Ugandę, lud Bakuba. Mbombo, biały olbrzym, cierpią na bóle brzucha zwymiotował Słońce, Księżyc i gwiazdy. Kontynuując następnie tą nieprzyjemną czynność, zwymiotował dodatkowo drzewa, zwierzęta i ludzi.

Z innych inszości, przejawiającym się często motywem jest jajo. Zgodnie z taoizmie z jaja wykluwa się Pan Gu, stworzyciel świata - człowiek o niedźwiedziej skórze i dwóch rogach. Z jaja kosmicznej gęsi narodził się egipski Ra stworzyciel świata. Z kosmicznego jaja Hiranyagarbha, wykluł się Pradźapati, stworzyciel ludzi według wyznawców hinduizmu. Jajo kaczki upodobali sobie Lapończycy. Pradawna kaczka unosząca się nad bezkresnym oceanem, szukając suchego miejsca na gniazdo, ląduje ostatecznie na statku. Ten jednak przewraca się, w konsekwencji czego jajo pęka. Z powstałych tak skorup rodzi się niebo i ziemia, zaś z żółtka powstaje Słońce. Legitymizowany przez chrześcijaństwo motyw stworzenia, to w dużej mierze babiloński epos enuma elisz. Zapewne to stąd Żydzi podprowadzili idee stworzenie za sprawą mocy samych słów potężnej praistoty, nawet kolejność powstałych po sobie elementów świata, jest identyczna jak u Mezopotańczyków.

Jeśli przekonał kogoś dowód kosmologiczny i dla istnienia świata potrzebuje boskiej interwencji, polecam przepiękne legendy będące dziedzictwem Indian Lakota i Nawaho. Opowieść o wietrze stworzonym przez mgłę świateł, już za sprawą swojej poetyki, zasługuje na większy splendor niż tradycja islamsko-judeo-chrześcijańska. Są jednak i mity bardziej odpowiadające naszej dzisiejszej wiedzy na temat początków. Mniej infantylny, a przy tym zgodne ze współczesnymi zapatrywaniami opis zawdzięczamy Orlokom, żyjący na Sachalinie. Wyznają oni zaskakująco prawdziwy przekaz narodzin naszej planety. Ich szamańska religia opowiada o początkach Ziemi, jako nieprzyjaznej krainie, Ziemi jedynie płynnej magmy bez śladów życia. Dopiero zastygła lawa, daje początki skałom na których wyrasta nasz świat. W owej opowieści pojawia się co prawda pierwszy człowiek, eliminujący po kolei inne "słońca", tak aby w ostatecznym rozrachunku zostawić nam jedno, jednak sam motyw początków jest imponujący (Nie mogłem oprzeć się pokusie, nie skomentowania tego faktu mini-komiksem po prawej. Wykradłem go z większej całości którą gorąco polecam). Za wszechświatem istniejącym od zawsze optuje indyjski dżinizm i japoński szintoizm, cześć z wielu religii Aborygenów, oraz w pewnym sensie Mormoni. Budda natomiast nauczał, że pytanie o początki świata jest poza zasięgiem wiedzy człowieka. Pytanie te rodzi jedynie niedosyt wiedzy, przez co buddyzm w ogóle nie zajmuje się tą kwestią.

Świat na licencji creative commons

Nie mający zahamowań humanista, jest niczym dobrej klasy łasica, która zawsze prześlizgnie się przez każdą dziurę i wywęszy każdy temat. Nawet rzeczy będące arcydomeną umysłu ścisłego, takie jak oprogramowanie, z czasem padają łupem atechnicznie myślących teoretyków. Mimo, że to informatycy, tworzą, rozwijają i to głównie oni używają wolnego i otwartego oprogramowania, wydaje mi się, że jedyna sensowna rzecz na ten temat, wychodzi jednak spod pióra humanistów. Obserwacja portali promujących otwarte rozwiązaniu pokazuje, że tajniki konsoli i jej poleceń oraz refleksje nad zastaną i przyszłą kondycją najszerzej rozumianego open source, ewidentnie nie idą ze sobą w parze. Jeśli chodzi o wolne projekty, najważniejszą postacią w Polsce nie jest żaden informatyk, ale Jarosław Lipszyc, skądinąd poeta. Jak na razie to przed nim rysują się największe dokonania w popularyzacji wolnych idei (pół anonimowo, acz publicznie deklaruje się, że 1% mojego podatku trafi na "wolne podręczniki). We Wrocławiu, taką postacią mogłaby być Małgorzata Burnecka, wykładająca wolną kulturę w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Dziś mogę się przyznać, że byłem autorem jednej z recenzji filmu o Linusie Torvaldsie, oddanej na zaliczenie przedmiotu. Trochę czasu minęło, personalia studenta nie ujawniam, liczę że nikt mnie za to po sądach ścigać nie będzie.

Systemy operacyjne czy programy stanowią jedynie czubek góry lodowej. Problem zacznie się kiedy monopolem prawnym zostaną objęte po kolei wszystkie udogodnienia, jakimi dane nam będzie cieszyć się w przyszłości. Historia nauki wskazuje nie tylko to, co było niezbędne do zaistnienia jakiejś innowacji, ale z perspektywy czasu, także to czego nieobecność umożliwiła rozpropagowanie się danego wynalazku. Gdyby nie kreatywność której wszystko dziś zawdzięczamy, siedzielibyśmy teraz przed jaskinią grzebiąc patykiem w ognisku. Gdyby jednak paleolityczne społeczności posługiwały się naszymi standardami rozumienia własności intelektualnej, nawet ten nieszczęsny patyk nie wszystkim byłby dany. Trudno wyrokować jak prawo autorskiego do błahego pogrzebacza przyhamowałyby nasz rozwój. Kij z patykiem! Czy potrafimy wyobrazić sobie konsekwencje egzekwowanego patentu na druk, Bi Shenga skarżącego Jana Gutenberga? To stanowiłoby już ogromny impas dla kultury i cywilizacji. Regres jaki musielibyśmy doświadczyć wydaje się trudny do pomyślenia. Nie sposób doliczyć się które części kinematografu braci Lumiere są ich autorstwa, a przy których wykorzystali pomysłowość innych wynalazców. Przykładów tych możemy mnożyć, historia postępu pokazuje, że nasza wiedza istnieje dzięki akumulacji, dzięki przyswajaniu i rozwijaniu wcześniejszych pomysłów. Nawet w momencie rewolucji naukowej, rewolucja ta bazuje na wcześniejszej wiedzy, bez której by się nie obeszła. Wyłączność na pomysły uniemożliwiłyby postęp. Jak kuszące i perspektywiczne jest dopracowywanie czyjegoś dorobku, w prześmiewczy sposób unaocznił nam Lawrence Lessig, w swojej słynnej książce - wielkie koncerny, filmowe i muzyczne, które tak walczą dziś z "piractwem", powstały właśnie dzięki naginaniu praw patentowych i przymykaniu oka na prawa do cudzej własności.

Właśnie stoimy na progu takiego absurdu, kiedy prawo zaczyna dotyczyć najbardziej podstawowej czynności człowieka - jedzenia. Bynajmniej nie są to oscypki, o które przepychaliśmy się ze Słowakami, ale coś, co do tej pory wydawało się naszym niezbywalnym prawem. Patentem obejmowana jest otaczająca nas natura. Największy dar jaki ofiarowała nam genetyka może zostać zaprzepaszczony. Potencjał owoców zawierających w sobie szczepionki na dręczące nas choroby, owady walczące z naszymi odwiecznymi szkodnikami, warzywa rosnące na suchych terenach dotkniętych głodem, na obszarach gdzie nic innego rosnąć nie może. Wszystko to stoi pod znakiem zapytania, ponieważ realia naszego świata, wraz z jego prawniczymi fanaberiami, dosięgły Postęp przez duże P. Nieporozumieniem jest kakofonia głosów ostrzegająca nas o zgubach żywności genetycznie modyfikowanej (GMO), która nas potruje, zadławi nasze ptaki i zgładzi wszystko inne. Prawdziwy problem GMO ulatnia się gdzieś w natłoku podobnych insynuacji. Problemem są patenty jakie obowiązują na gatunki genetycznie modyfikowane. Legendy obrosły wokół działań Monsanto, największego producenta GMO na świecie, przy których znane powszechnie działania Microsoftu to dziecinne igraszki. Z powodu tego, iż rośliny spod znaku GMO nie należą do rolnika który je uprawiają, a do firm które je stworzyły, nawet najprostsze czynności jakie rolnicy mogli uczynić ze swoim dorobkiem pracy, dziś stają się zakazane. Przekładając to na analogie z oprogramowaniem, nabywca komercyjnych program nie ma prawa aby je kopiować, a następnie czerpać z tego korzyści. Z GMO mamy problem, ponieważ rośliny są produktami samokopiującymi się, ich zasadniczym, aby nie powiedzieć, że jedynym celem, jest właśnie nieustanne powielanie się. Strzegąc kolejnych kopi , a zarazem ślepo kopiując wzorce wypracowane przez świat rozrywki, doprowadzono do stanu, w którym ziarno pochodzące z kupionych przez rolnika roślin, nie jest bynajmniej jego własnością! Mało tego, rolnik prawnie odpowiada za przypadkowe zasianie się takiej rośliny. W przeciwieństwie do rynku komputerowego, kopia organizmu GMO może powstać bez naszego udziału, tymczasem odpowiedzialność jest adekwatna, rodem z wcześniejszych praw patentowych. Paradoks polega na tym, iż farmer kupujący ziarno na zasiew pszenicy GMO, musi odprzedać wyprodukowane przez siebie zboże, ponieważ prawnie nie należy ono do niego, aby następnie te samo zboże odkupić w miejscu gdzie je sprzedał! Albo podobne prawa rozlecą się na cztery wiatry, albo czeka nas w przyszłości coś naprawdę niepokojącego. Naprawdę nie chodzi o to czy będziemy używać Ubuntu czy Windowsa. Ważne aby zasiać w nas idee dzielenia się i myślenia ponad prawnymi ograniczeniami, gdyż to obronić nas przed problemami przyszłości, być może o wiele poważniejszymi niż systemy operacyjne. Jeśli oswoimy się z myślą i damy sobie wmówić, że ludzki pomyślunek obowiązuje kodeks karny, to już teraz mamy nie lada problem.

23 listopada 2008

Diabeł na rozpracowaniu

Za namową przyjaciela udałem się na teologiczną konferencje dotyczącą magii i jej pokrewnych dziedzin. Plan spotkania wypełnioniono wszystkimi medialnymi i chodliwymi tematami, tym razem w poważnej, akademickiej i naukowej otoczce. Upatrzyliśmy sobie dzień drugi wykładów (fragment na konferencyjnym plakacie, w tle dziecko prowadzone przez diabelską łapę wydobywającą się z piekielnych płomieni) z występem księdza egzorcysty jako gwiazdy poranka. Swego czasu pisałem już o egzorcyzmach, także tym razem jadąc na spotkanie, miałem już w zamyśle parę słów komentarza na bloga. Wcześniej gruntownie się przygotowałem, tak gruntownie jak tylko można się gruntownie przygotować nie odchodząc od komputera. Przewidywałem motywy najbardziej efektownych emanacji diabła. Zakładki przeglądarki zapełniłem zatem objaśnieniami sztuczek unoszenia się nad łóżkiem, od prostych trików jakie możemy wykonać bez żadnych przygotowań, po podniebny spacer między budynkami Crissa Angela i rozszyfrowanie fruwającego nad widownią Dawida Copperfielda. Niepotrzebnie. W wystąpieniu w ogóle nie poruszono tego tematu, a skupiono się na duchowym wymiarze tego zabiegu. Niepocieszona widownia nie usłyszała nawet w prost, czy takie nadnaturalne sytuacji mają kiedykolwiek miejsce. Jeśli jak mówi ks. Jagiełło, charczy i warczy jedynie 1% egzorcyzmowanych, możemy domyślać się, raz na jaki czas towarzyszą im wymienione wcześniej efekty specjalne. Zakładając, że prawdziwym fiksacją na tle religijnym nie towarzyszy świadome podrasowanie swoich wystąpień, unoszenie się łóżka nad podłogą będzie efektem matactw albo samego markującego opętanie, albo zabiegiem jego bliskich. Zastanawiam się czy kryterium unoszenia się opętanych nie byłoby najlepszym dowodem ich pseudo-dolegliwości. Obawiam się, że jest dokładnie odwrotnie, paranormalne zjawiska są dowodem, ale faktycznej obecności diabła.

Być może winę za mój piątkowy zawód ponoszę ja sam. Na swoje oczekiwania należało nanieść poprawkę w postaci audytorium tego spotkania, w którym osoby świeckie stanowiły mniejszość. Ludzie Ci nie potrzebują, tak jak ja, jakiś dowodów, na podważenie których już się szykowałem. Jeśli poświęcają swoje życie na walkę ze spersonifikowanym złem, nie trzeba przekonywać ich że ono istnieje. Przedstawianie statystyk, danych, wyników badań, przynajmniej na odcinku któremu się przysługiwałem, wydawało się w ogóle nieistotne. W czasie wykładu Jadwigi Zięby na temat magii nie padło ani jedno nazwisko badacza tematu niebędącego księdzem. Na próżno było w nim szukać podziału magii Jamesa Frazera, czy słynnej teorii magii Azande Evansa-Pritcharda. Na pytanie o relacje magii i nauki, nie usłyszeliśmy o bricolagu Lévi-Straussa, a o encyklice "fides et ratio", która de facto nic na ten temat nie mówi. Nie jestem w tym temacie wielkim ekspertem, ale wcale nim być nie muszę, ponieważ nie występuje z nim na konferencjach. Całkowite pomijanie dorobku nauki i zamykanie się jedynie w kręgu nauk kościoła, nie wróżą tu optymistycznie duchownym, czerpiącym z tych nauk. Kościół mógłby mieć w postaci nauki wielkiego sprzymierzeńca, tymczasem marginalizuje jej dorobek, tysiące badań i publikacji, które przecież wielokrotnie przewyższają tu dokonania katolickich instytucji. Także walka z zabobonem mogłaby stać się zaczątkiem do dialogu z ateizmem, punktem stycznym których tak nam brakuje. Ateizm, co prawda inną argumentacją i inną retoryką, nie mniej również wskazuje na te niebezpieczne zjawisko. O czym jednak mówimy, jeśli kościół katolicki prowadzi tu krucjatę z przesądem przez jednoczesne jego utwierdzenie. Jak się dowiedziałem, najprymitywniejszym przesądom przypisuje się rzeczywiste działanie. Horoskop, tarot, czarne koty i ludowe gusła, nie są złe za sprawą otumaniającego, skretyniałego charakteru, ale dlatego że działają(!), że mogą wpłynąć na nasze życie, wywołać w nim rzeczywiste skutki. Niestety, na głoszenie postulatu faktycznego działania splunięcia przez ramie, zgody być nie może. Dopóki utwierdza się ludzi w takich bzdurach, nie mamy o czym rozmawiać. Społeczeństwo należy ostrzec przez zgubnym skutkiem przesądów, jednak niekoniecznie poprzez wplątanie w to wszystko diabła. Smutną konkluzją jest to, że być może działający w dobrej wierze Kościół, w rzeczy samej przyczynia się do rozpropagowania złej wiary z którą walczy.

22 listopada 2008

Przepis na czajniczka

Na poważnie zastanawiałem się nad wstawieniem po lewej stronie bloga działu, "rekomendują mnie:". Przez parę lat nasłuchałem się co myślą o mnie zakochani w Nikola Tesli, kreacjoniści i uzdrawiacze. Niestety do tej pory nie zbierałem tych chwalebnych wypowiedzi. Moim ostatnim nabytkiem jest wypowiedz Pani Marii Sobolewskiej z "Gabinetu Astropsychologii" określająca mnie jako "dziecko, które wpadło w racjonalistyczno-ateistyczne oszołomienie neofity". Mniej więcej wszystkie brzmiały w ten sam deseń, co bynajmniej nie przyjmuje jako przywarę, wręcz przeciwnie. Do tej notki natchnął mnie obfity komentarz Pani Sobolewskiej zostawiony pod tekstem "klika czarodziejów", traktującym o niemożności rzetelnych badań zjawisk paranormalnych przez sceptyków.

Wciąż wierze, iż każdy sceptyk ma w swoich korzeniach naiwny okres, przyjmowania każdego sensacyjnego faktu, bezrefleksyjnie etykietowanego jako prawdę. Jako dziecko posiadałem w swoich zbiorach stertę poszarpanych gazet, a w nich doniesienia z tajemniczego, niezbadanego świata. Pamiętam malusieńką książkę "ABC Tajemnic", w której pod każdą literką serwowano króciutki tekst pobudzający dziecięcą wyobraźnie. Przykładowo, pod literką "E" widniały słynne Elfy z Cottingley, bezspornie dowiedzione oszustwo. Oczywiście autor książki nie pofatygował się o choć słowo sprostowania, iż sprawa ta została wyjaśniona - i teraz pytania, czy brak wzmianki o fałszerstwie zdjęć elfów było celowe czy wynikało z niewiedzy autora. Obie możliwości są kompromitujące, jednak pokazują, że czytanie i pisanie o zjawiskach paranormalnych, a zainteresowanie nimi, to w rzeczywistości dwie różne rzeczy.

Fizyk, Janusz Gil, napisał kiedyś, iż każdy wierzący w UFO, straci tą wiarę jeśli tylko mocniej zagłębi się w ten temat. Najszersza drogą do sceptycyzmu wiedzie przez naszą dociekliwość i nienasycony głód informacji odnośnie zjawiskami paranormalnymi. Zagłębianie się w szeroko pojętą para-sferę, jeśli tylko nie zatracimy gdzieś zdrowego rozsądku, prowadzi nas wprost do wojującego sceptycyzmu. Jeśli ktoś rozumie istotę tym wszystkich dziwów, jego krytyczne stanowisko jest tu jedynie wypadową posiadanej o nich wiedzy. Nie jest to też wielki masochizm. Przez takie internetowe obcowanie możemy poznać sporo sympatycznych, a przede wszystkim (pomimo kuriozów w jakie wierzą), inteligentnych ludzi, od których sposób dowiedzieć się wiele na temat źródeł wiary w te niedorzeczności. Jak na amatora, wydaje mi się, że przyzwoicie się na tym znam, zatem sceptycyzm nie wynika z ignorancji, wręcz przeciwnie. Tylko sceptyk w rzeczywiście interesuje się tymi zjawiskami, tylko on sprawdza postacie autorów, istnienie opisywanych miejsc, inne możliwości wyjaśnienia. To oczywiście wciąż za mało aby z całą pewnością wyrokować o tych zjawiskach. Już nie pamiętam kogo to zdanie, ale zgadzam się z nim, że ideałem sceptyka, byłby człowiek o wykształceniu psychologicznym, antropologicznym, fizycznym, statystycznym, medycznym, będąc jednocześnie biegłym iluzjonistą. Wydaje się niemożliwością aby zebrać te cechy ww jednej osobie, zatem jeśli nie ma wokół nas wszystkich ekspertów z podanych dziedzin, należy być powściągliwym w okrzykach, "dowód! a jednak istnieje! Ateizm jest tu tylko naturalną konsekwencją tak pojmowanego sceptycyzmu. Jest to podejście ze świadomością różnić jakie dzielą sferę zjawisk paranormalnych i religię, jednak bez taryfy ulgowej dla tej drugie.

12 listopada 2008

Michael Shermer i debilizm matematyczny

Nasamprzód prostuje, iż chodzi o Michaela Shermera i mój debilizm matematyczny. Moje osiągnięcia z królowej nauk mam takie, że nie mam ich wcale, a moje oceny na jednym z półroczu szkoły średniej wyglądały dokładnie "111". Jeśli ktoś o (anty)umiejętnościach pokroju tych moich, zabiera się za rozwiązywanie matematycznych łamigłówek, musiało się wydarzyć naprawdę coś niecodziennego.

Michaela Shermera jest chyba najbardziej niedocenianym w naszym kraju, światowej sławy popularyzatorem nauki. Założyciel Skeptic Society, organizacji liczącej już kilkadziesiąt tysięcy członków (kiedy powstanie u nas projektu z podobnym rozmachem?), nie doczekał się w Polsce ani jednego wydania, choćby jednej, z kilkunastu książek jakie napisał. W Polsce, gdzie wydaje się takie farmazony jak "Na krawędzi prawdy" Dominika Myrcika, Pana z którym nie tak dawno miałem przyjemność rozmawiać, kiedy już na wstępie tego dzieła dowiadujemy się, iż wszyscy mężczyźni są co noc gwałceni przez kosmitów. Choć książki Shermera najwidoczniej nie potrafią pokonać naszej rodzimej twórczości, pozostają nam jego felietony, przedrukowywane przez Świat Nauki z Scientific American. Właśnie stamtąd pochodzi przedstawiany tu problem. Dwa ostatnie felietony, listopadowy i październikowy, poświęcone zostały niuansom rachunku prawdopodobieństwa. Oto krótki fragment:
Wyobraźmy sobie, że bierzemy udział w klasycznym teleturnieju "Idź na całość ". Przed nami troje drzwi. Za jednymi jest nowiutki samochód, za pozostałymi - kozy. Wybieramy drzwi numer jeden. Prowadzący program, który wie, co znajduje się za każdymi drzwiami, pokazuje nam, że za drzwiami z numerem dwa stoi koza, po czym pyta, czy nadal trwamy przy swoim wyborze, czy też może chcielibyśmy go zmienić? Zdrowy rozsądek podpowiada nam, że prawdopodobieństwo wygranej wynosi teraz pól na pół, więc zasadniczo nie ma to znaczenia, prawda? Otóż, nieprawda. Początkowo nasza szansa wygranej była jak 1:3, ale teraz, gdy prowadzący wskazał nam jedne z dwojga prowadzących do przegranej drzwi, mamy 2/3 szans na wygraną, jeśli wybierzemy drzwi numer trzy! Zaraz wyjaśnię dlaczego. Są trzy możliwe konfiguracje: (1) auto, koza, koza; (2) koza, auto, koza; (3) koza, koza, auto. W pierwszym przypadku zmiana pierwotnej decyzji wiedzie do przegranej, ale w drugim i trzecim daje wygraną. Przy tego rodzaju antyintuicyjnych paradoksach ludzie zaczynają mieć problemy z racjonalnym myśleniem, nie wyłączając matematyków i statystyków publicznie zarzucających ignorancję Marilyn vos Savant, która w 1990 roku opisała ten intrygujący przypadek w swoim felietonie w magazynie Parade.
Że jak do jasnej ciasnej? Jak (podkreślony tekst) wybranie ewentualnej konfiguracji numer 2 może doprowadzić nas do wygranej, jeśli pod bramką numer trzy kryje się przecież koza? Przetrząsłem internet wzdłuż i wrzesz i rozumiem już o co rozchodzi się w tym skrócie myślowym - co nie zmienia faktu, że dla tak zdebilałego umysłu jak mój, nie jest to nazbyt czytelnie sformowane. Dość szczegółowo wyjaśnia to angielska Wikipedia (o dziwo również na kozach i samochodzie), zaś krótkie tłumaczenie, wraz z innymi ciekawymi paradoksami, znajdziemy na stronie Instytutu Podstaw Informatyki PAN. Te zadziwiające równanie, znane nauce od ponad stu lat, nazywamy dziś paradoksem Monty Halla (prowadzącego oryginalną, amerykańską wersję "Idź na całość"), okazuje się w istocie zachodzić - pytanie tylko dlaczego do licha uczestnicy polsatowskiego hitu tak niechętnie zmieniali bramki i czemu tak trudno to wszystko pojąć?

Przejdźmy od razu do sytuacji z odkrytą już bramką numer dwa pod którą siedziała przycupnięta koza. Zostawmy także sytuacje w której uparcie uwzięliśmy się na bramkę numer jeden i załóżmy, że krył się pod nią samochód. Zastanówmy się co dokładnie zrobił Zygmunt Chajzer, pokazując nam jedną z kozich bramek, chcąc podwyższyć napięcie. Prawdopodobieństwo wygranej, jeśli zostaliśmy przy bramce numer jeden wynosi 33%. Zauważmy jednak, iż Pan Zygmunt z góry nie planował odkryć wybraną przez nas bramkę, aby przedłużyć ceremonie finałową, odkryć musiał pustą ale nie naszą. Z powodu tego, że nie jest to 33% w których wygraliśmy, kiedy samochód krył się pod bramką numer jeden, pod jedynką kryje się tu koza, a jeśli pod dwójką Chajzer odkrył nam także kozę, samochód znajdować się może tylko pod bramką numer trzy (rysunek poniżej) - stąd właśnie 66% szansa wygranej bo jej obraniu, stąd właśnie owe 2/3!


Dlaczego zrozumienie tego przypadku przychodzi nam z takim trudem? Pomimo tego, że odrobiłem zadanie domowe szykując się do napisania tej notki, kiedy przyszło co do czego, miałem lekkie problemy z wytłumaczeniem tego swoimi słowami. Dlaczego nawet matematyczne umysły mają tu nie lada problem? Bramkę numer jeden wybraliśmy, mając do wyboru trzy bramki. Po odjęciu bramki z kozą, stoi przed nami już zupełnie inna sytuacja, natomiast nas upartych przy pierwszej bramce, tyczy się wciąż sytuacja z 33% prawdopodobieństwem. Niechęć w zmienieniu wcześniej wytypowanej bramki jest nie wykorzystaniem nowych warunków wyboru. Umysł człowieka nie potrafi rozciągnąć tego wyboru, nie potrafi połączyć ze sobą tych dwóch sytuacji. Jako ludzie mamy biologiczną skłonność do rozpatrywania tego co teraz, gdyż właśnie takie myślenie, planowanie na podstawie tego jak jest obecnie, zapewniło nam ewolucyjny sukces. To właśnie wyciąganie wniosków z teraz, najbardziej aktualnej sytuacji, w przypadku paradoksu Monty Halla sprowadza nas na manowce. Jak pisze Shermer, powołując się na badania Stephena Pinkera, to co nasza psychika czuje jako "teraz" trwa zaledwie 3 sekundy. Jeśli dobrze pamiętam z psychologii, nasza pamięć podręczna mieści jedynie 7 elementów. Jeśli przechodząc z pokoju do pokoju w celu wykonania konkretnej czynności, zbyt intensywnie zaabsorbujemy się myśleniem, jeśli dotrze do nas zbyt wiele bodźców, nie będziemy pamiętali po co do niego przyszliśmy. Nasz bufor zostanie przepełniony. Informacja o celu wyprawy, będzie stopniowa przesuwana, aż wypadnie poza tą magiczną siódemkę. Uczestnicy "Idź na całość" nie zmieniali bramki z powodu braków w swojej inteligencji, nie zmieniali jej bo byli po prostu ludźmi.

9 listopada 2008

Kalendarz stworzenia

Najprawdopodobniej nasza planeta nie doczeka się nigdy urodzinowego tortu. Może tak jak kobietę, nie należy pytać ją o wiek, nie mniej wiek ten znamy. Powiem tylko, że na okulary miałaby 4,6 miliarda procent zniżki. Nie mniej nie znamy konkretnego dnia, godziny o której można by powiedzieć, "i o to powstała Ziemia". Na (nie)szczęście ludzką wyobraźnie nie krępuje umiar i rozsądek. Przemożne potrzeba wskazania końca i początku wszystkiego, nawet wtedy, kiedy ten początek ewidentnie nie występuje jest skrzywieniem najprawdopodobniej wyniesionym z wycinka świata który obserwujemy, gdzie rzeczywiście rzeczy wydają się mieć swój początek i koniec. Niemożność myślenia o rzeczy istniejącej a nie mającej swego początku, doprowadza nas do obsesji ustalenia narodzin, czy to wszechświata (który bynajmniej nie musiał mieć początku) czy to człowieka (w tym wypadku podwójnych narodzin, człowieka jako gatunku i człowieka jak jednostki, w łonie matki). Chyba największych "specjalistów" mieliśmy jednak od ustalania wieku Ziemi.

Jeden z pierwszych chrześcijańskich ekspertów, to żyjący w VIII wieku islandzki mnich Beda. Zapewne po dniach namysłu, doszedł on do wniosku, iż Ziemia (a zatem i wszechświat który powstał parę dni wcześniej) Bóg stworzyć musiał na wiosnę. Miało to nastąpić ze względów rolniczych, dla Adama, aby nie nudził się i miał co z sobą robić, kiedy nie było jeszcze Ewy. Idee tą popierano szeroko jeszcze w XIII wieku. Inni na czas stworzenia wybierali wrzesień, sugerując się wzmiankami o wodzie z Księgi Rodzajów. Najsłynniejszym dokumentem z Ministerstwa Głupich Dat, jest 9 rano, 23 października, 4004 przed Chrystusem, autorstwa wicekanclerza Uniwersytetu Cambridge Johna Lightfoota. Rok zapożyczył od arcybiskupa Uchera, przy rachubach posiłkującego się Biblią, zaś szczegółowa data to po prostu dzień i godzina rozpoczęcia wówczas roku akademickiego w Cambridge.

Pierwsza próbę naukowego ustalenia wieku Ziemi zawdzięczamy osobie Georgesa Leclerca de Bufona. Wyszedł On, z dla nas trudnego do zaakceptowania założenia, powstania Ziemi jako efektu impastu komety ze Słońcem. Wyrzucona w ten sposób materia, miała stać się zaczątkiem naszej jak i innych planet Układu Słonecznego. Licząc czas potrzebny do ostygnięcia rozgrzanej kuli do temperatury dzisiejszej Ziemi, wykalkulował on wiek ziemi na 74 tysiący lat. W swoich obliczeniach posunął się jednak dalej, wyliczając nawet czas do ostygnięcia Ziemi do temperatury uniemożliwiającej (z powodu chłodu) jakiekolwiek życie. Według Leclerca de Bufona, zostać nam miało jakieś 93 tysięcy lat.

Od wieku XIX mamy do czynienia z dwoma szkołami liczenia wieku naszej planety, uniformitarystami i katastrofistami. Uniformitarysci, tacy jak Karol Darwin, uważali iż zjawiska geologiczne dają się wytłumaczyć wyłącznie za pomocą praw fizyki. Przy tym poglądzie nie istniała potrzeba odwoływania się do katastrof w rodzaju biblijnego potopu, jak czynili to katastrofiści. Uniformitaliści szacowali ten wiek na kilkaset milionów lat, zaś ich przeciwnicy, wśród których najznamienitszą role odegrał słynny Lord Kelvin (autor pracy, o wszystkoznaczącym tytule "Krótkie rozprawienie się z uniformitaryzmem w geologii”), twierdzili iż jest wielokrotnie mniejszy, najwyżej kilkanaście, kilkadziesiąt milionów lat. Co ciekawe, patrząc z naukowego punktu widzenia tamtej epoki, racja nie stała po stronie uniformitarystow, gdyż patrząc na zasób ówczesnej wiedzy, to katastrofzm wydawała się poglądem bardziej nasyconym faktami. Dziś oczywiście wiemy, iż Ziemia jest o wiele starsza niż w najśmielszych przypuszczeniach sądzić mogli uniformataryści, jednak mając na wzgląd wiedza jaką dysponowano na przełomie XIX i XX wieku, to wyliczenia Kalvina były wyliczeniami poprawnymi. Kalvin nie wiedział jednak o istnieniu promieniowania, przy którym jego wyliczenia czasu ostygnięcia Ziemi biorą w łeb, ponieważ Ziemia rozgrzewana jest od środka w skutek rozpadu pierwiastków promieniotwórczych. Debatę to wspaniale opisał Andrzej Wróblewski w starej ale jarej książce, "Prawda i mity w fizyce".

Ostatnie lata przyniosły nam regres i ucieczkę, z wydawałoby się, pewnego i solidnego naukowego gruntu. Za sprawą religii przebijają się głosy cofające nas wprost do średniowiecza. Im argumenty głupsze, tym popularniejsze, zanikło gdzieś poczucie wstydu i zażenowania przed głoszeniem podobnych bzdur, aby przypomnieć w tym miejscu choćby Janusza Korwin-Mikke i jego "świat stworzony wczoraj". Na arenę wkracza najbardziej prymitywny kreacjonizm, bynajmniej nie tylko od strony chrześcijańskiej (głównie protestanckiej), ale również od strony islamu czy hinduizmu. Im nasza wiedza solidniejsza, tym upór i pewność co do prawdziwości głoszonych przez duchownych bzdur większa. Obawiam się, że nawet mnich Beda przecierałby oczy ze zdumienia, patrząc na współczesne pomysły dopasowania świata do religii.

6 listopada 2008

Dzieje jednej notki.

Dzięki telekompromitacji która przez 2 tygodnie nie potrafiła naprawić mi internetu, uciekł mi jakże piękny temat Wszystkich Świętych. Cykliczna impreza odwiedzania miejsc biodegradacji naszych bliskich, miała być sposobnością do refleksji nad ułomnością chrześcijaństwa - te bazujące na zachłanności księży, same w sobie wydają mi się równie ułomne. Odnośnie świąt okołolistopadowych podzielam zdanie Michaela Onfreya, że chrześcijaństwo afirmuje śmierci i cierpienie, a stałe przypominanie o naszym końcu ma być czymś, na co warto poświęcić swoje życie. Znamiennym jest, iż nie ma w liturgicznym kalendarzu święta poświęconego żywym. Niestety, chryzantemą nie wypełnimy braku po utraconych rodzicach czy dzieciach, należało cieszyć się nimi za życia... niekoniecznie wlokąc ich 1 listopada na cmentarz. Jak mawiał Steven Pinker, "Kult przodków musi być ideą sympatyczną dla tych, którzy niebawem mają zostać przodkami". Niemniej ta dziwna hierarchia wartości, ceniące wyżej śmierć niż życie, nie będzie myślą przewodnią tej notki - termin ewidentnie nieaktualny.

Jako że marne życie człowieka bez internetu, zająłem się odkurzaniem starych książek. Po pięciu latach powróciłem do "Mitologii Celtów" Jerzego Gąsowskiego, przeczytanej niegdyś na zajęcia - albo mi się wydaje że przeczytanej, może tylko wypożyczonej, nie ważne. Zainteresowała mnie postać św. Patryka, uosabiającego szereg druidzkich cech, począwszy od jego irlandzkich szlaków pokrywających się z drogami mitycznych bogów, po laskę ożywiającą zmarłych. I wtedy przyszła mi myśl jeszcze bardziej bluźniercza, kij w oko druidzkiemu Patrykowi, jeśli pod nosem mam maga w postaci samego Jezusa! Idea Chrystusa jako maga, teurga i taumaturga, nie jest w naszym kraju specjalnie rozpropagowana. O takim odczytaniu tej postaci nie wiedział Pastuszka ani żaden z jego komentatorów biorących udział w dyskusji, odkrycia przed miesiącem w Aleksandrii starożytnego naczynia opatrzonego napisem "Od Chrystusa Maga". W Polsce tezę tą lansuje religioznawca Jacek Sieradzan, ale to co znalazłem w jego "Jezus Magus" to już myślą najbardziej sensacyjną. W poszukiwaniu interesującego motywu, grzechem byłoby nie oskubać dodatku "Jezus nie umarł na krzyżu".

W Nowym Testamencie można znaleźć wiele świadectw wskazujących na to że Jezus nie umarł na krzyżu i że jego błagalne modlitwy o ocalenie przed śmiercią zostały wysłuchane. Słowa Ewangelii Jana (19.28-30) mają potwierdzać teorię, według której Jezus był pewien, że nie umrze na krzyżu. Idea ta pojawia się również w Koranie gdzie autor - mając na myśli Jezusa stwierdza, że "ani Go nie zabili, ani Go nie ukrzyżowali", zaś sam Mahomet dodaje, że Jezus wraz z matką "znalazł schronienie na wzgórzu spokojnym" (…) Zdaniem zwolenników tej tezy życie Jezusa uratował zawiązany przez jego przyjaciół spisek. Wydaje się mało prawdopodobne aby po wypiciu pobudzającego octu (Mt 27.48) Jezus natychmiast umarł. Bardziej prawdopodobne jest, iż zgodnie ze zwyczajem i tradycją epoki, skazańcowi podano rodzaj narkotycznego wywaru, kadzidła zmieszanego z winem, w celu złagodzenia cierpienia. Po jego wypiciu Jezus "oddał ducha" i został uznany za zmarłego, co niektórzy interpretują jako zapadnięcie w letarg. Gdyby był konający nie mógłby wydać z siebie przedśmiertnego okrzyku "wykonało się". Osoba oddelegowana do tego aby stwierdzić zgon nie mogłaby tego nie zauważyć, tudzież świadomie zataiła prawdę. Znamienne jest, że setnik nadzorujący żołnierzy krzyżujących Jezusa, sam wydaje się jego zwolennikiem, nazywając Chrystusa "Synem Bożym". Być może to właśnie setnik, nie tyle przebił, ile raczej dźgnął (gr. enyksen) Jezusa włócznią, wskutek czego z ciała wypłynęła "krew i woda" (J 19.34). Wynika z tego, że Jezus wtedy jeszcze żył. Z jego ciała nie mógł wypłynąć płyn surowiczy, tworzący się podczas rozkładu krwi, ponieważ ma to miejsce dopiero w sześć godzin po śmierci. W rzeczy samej Marek nie mówi, że Jezus umarł, tylko że "oddał ducha" (…) Zdziwienie, że Jezus mógł umrzeć tak szybko, już po trzech godzinach, wyraził Piłat, nie zwracając nawet uwagi, że poproszono go o wydanie ciała (soma) a nie zwłok (ptoma). Po zdjęciu z krzyża ciała Jezusa nie umyto, lecz spowito w swego rodzaju ogromny plaster opatrunkowy, które tworzyło płótno z dodatkiem prawie 33 kg mirry i aloesu (J 19.39), środków leczniczych, dezynfekujących i przyśpieszających gojenie ran. Nie było to typowe postępowanie z ciałem zmarłego, ponieważ zwłoki, zgodnie z żydowskim obyczajem, namaszczano samym tylko olejkiem i wrzucano do dołu zasypywanego ziemią.
Sieradzan, przez całą książkę niezwykle chłodny i neutralny, w cytowanym dodatku daje upust emocjom, zrywa z poprawnością, wkraczając na tak przeze mnie wyczekiwaną drogę bluźnierstw. Bez pardonu atakuje On Kościół, nazywając go instytucją do „walki z kondomami i spiralami”. Lichość dogmatu o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, pomimo dwuznacznej relacji jaką reprezentują sobą starożytne dokumenty, dostrzega również w przekazach o zmartwychwstaniu.

Ponieważ każdy z ewangelistów podaje inną wersje związanej z opuszczeniem przez Jezusa grobu. Według Ewangelii Jana i Marka (gwoli ścisłości, najstarsza wersja Ewangelii Marka nie wspomina o zmartwychwstaniu. Znajdujący się w niej obecnie rozdział 16 jest powszechnie uważany za późniejszy dodatek) Chrystus ukazał się wpierw Marii Magdalenie, według Ewangelii Mateusza Marii Magdalenie i drugiej Marii z Galilei, natomiast według Łukasza, dwóm uczniom na drodze do Emaus. Wszystkich przelicytował Paweł, który choć nie znał osobiście Jezusa, to jednak zapewniał, że ukazał się on "więcej niż pięciuset braciom naraz" (1Kor 15.6). Interesujące dla takiej perspektywy odczytania tej historii jest gnostycka Ewangelia Piotra, która wspomina o tym jak "widziano trzech mężów wychodzących z grobu, dwu podtrzymywało jednego"!
Problem naszego Jezusa, to również dylemat jego dalszych losów. Kłopotu tego nie mają oczywiście osoby wierzące w jego śmierć i zmartwychwstanie. Teorii losów Jezusa który nie dostąpił wniebowstąpienia jest co nie miara, od Indii po Francję, nie są to jednak hipotezy cierpiące na nadmiar dowodów. Pomimo, że zalatuje to Danem Brownem, i filmami Petera Josepha z racji porządku dopisze słowa Sieradzana i w tej kwestii:

Żyjący w III wieku Hierokles Sossianaus, gubernator rzymski, powołując się na Laktancjusza wspominał, iż "Chrystus został przez Żydów zmuszony do ucieczki, po czym zgromadził 900-osobową bandę". Byli to najprawdopodobniej członkowie esseńskiej wspólnoty z Damaszku. Istnieje również, rozpropagowana także wśród dzisiejszych chrześcijan, legenda o tym jak Piotr spotkał Jezusa w Rzymie. O tym, iż mogło nie być to objawienie a rzeczywiste spotkanie, świadczy świadectwo Swetoniusza, który wspomniał że cesarz Klaudiusz "Żydów wypędził (w roku 50) z Rzymu za to, że bezustannie wichrzyli, podżegani przez jakiegoś Chrestosa".
Oczywistym argumentem na obalenie cudownej historii śmierci i zmartwychwstania Jezusa, jest to, że jest ona niemożliwa. Nie można biologiczne umrzeć i zmartwychwstać. Można zapaść w stan zewnętrznych objawów śmierci i z niego to się przebudzić, nie ma tu jednak mowy o fizycznej śmierci, a zatem i o zmartwychwstaniu. Osoby przebudzone ze śmierci klinicznej, w rzeczywistości nigdy nie umarły, o czym świadczy chociażby pracujący w tym staniu mózg, magazynujący ich wspomnienia z którymi powracają do świadomości. Jak powiedział jeden z Ojców Kościoła, Tertulian, zmartwychwstanie "jest pewne ponieważ jest niemożliwe". No cóż, zasada "pewne bo niemożliwe" na stopie religijnej wciąż ma się całkiem solidnie.

26 października 2008

W pajęczynie niedorzeczności

Blisko rok upłynął od kiedy pokusiłem się o tłumaczenie listy najdziwniejszych teorii spiskowych ze strony Swallowing the Camel. Nie doceniłem w tym naszej rodzimej myśli paranoidalnej. Wydawało się niemożliwością, iż zbiór najgłupszych rzeczy w jakie tylko mogą wierzyć ludzie, przebije umysł jednego tylko człowieka. O istnieniu Jana Pająka, doktora Politechniki Wrocławskiej wie chyba każdy co lepiej zorientowany w światełku badaczy zjawisk paranormalnych. Jeśli z czyjejś naiwności śmieje się Robert Bernatowicz, spiritus movens nie słynącej przecież z krytycznego sceptycyzmu Fundacji Nautilus, nie wróży to nic dobrego. Oto mój subiektywny top ten, pomysłów jakimi okrasza nas geniusz dr Jana Pająka.

Miejsce 5. Przy użyciu DNA pochodzącego z kosmosu gatunku ptaka (!) pozaziemscy przybysze zainfekowali nas słynnym wirusem H5N1, odpowiedzialnym za ludzką odmianę choroby ptasiej grypy. "Z tego co wiemy o UFOnautach - pisze doktor - przesłanki dosyć wyraźnie demaskują że "ptasia grypa" to nie przypadek, a ich szatański wytwór wdrażany na Ziemi według inteligentnego i dobrze przemyślanego planu mordowania ludzi". Jako remedium na tą chorobę autor zaleca, jedzenie jabłka po każdym posiłku, nalewkę z bursztynu i akupunkturę. Należałoby nadmienić, iż Pająk snuje podejrzenia także co do innych chorób, jakoby również pochodzenia pozaziemskie, m. in. Ospy i SARS.

Miejsce 4. Jan Pająk nie ogranicza się jedynie do budowy hipotez na temat wszędobylskich obcych. Zbiera również dowody na potwierdzenie swoich dywagacji. Możemy wyobrazić sobie jakoś takich dowodów spoglądając już na same teorie które miałyby potwierdzać, a to i tak nic w porównaniu z "faktami" którymi posiłkuje się doktor. Zbawienne w tej materii okazały się prześwietlone zdjęcia, nawiasem mówiąc dla Pająka taki fotograficzny efekt w ogóle nie istnieje, a podwójne i rozmyte obrazy wyjaśnia stanem telekinetycznego migotania. O dziwo, najbardziej absurdalna teoria tłumacząca podwójne naświetlenie fotografii wydaje się dla doktora tą najbardziej prawdopodobną. W bardzo krótkich odcinkach czasu, na co dzień ukryci pod postacią naszych sąsiadów (!), ufonauci ujawniają swoje prawdziwe oblicze, co zarejestrować może aparat fotograficzny.


Wielce znaczące jest zdjęcie po prawej, ukazujące kosmitę podszywającego się pod naukowca, co dowodzić ma kawałek urządzonka widoczny na tle jego głowy. Naukowcy są najbardziej znienawidzoną przez Jana Pająka grupą. Tak mocno wyszydzany autor, wciela swoich przeciwników w najczarniejsze w jego oczach postacie, ufonautów. "Wielu z nas czytając artykuł wyśmiewający i mieszający z błotem badania UFO, wcale sobie z tego nie zdaje sprawy, że faktycznie artykuł ten czy wypowiedź pochodzą od UFOnauty a nie od człowieka." W czasie swoich długich studiów tematu, Pan Pająk sporządził nawet rysopis postaci pod którymi funkcjonują obcy: fryzura podobna do popularnego jeżyka, gruszkowaty kształt głowy, u mężczyzn nierzadko broda i długi zwężający się nos.

Miejsce 3. Obciążanie zamachami z 11 września bogu ducha winnych ludzi, nie jest ani nowe ani oryginalne. Janowi Pająkowi zawdzięczamy novum w postaci swoich ulubionych ufonautów, pomysłodawców i wykonawców, jak to nazywa, "wyparowania WTC". Wszystkie znaki na niebie i ziemi przemawiające za samolotami wbijającym się w nowojorskie gmachy, nie stoją tu bynajmniej na przeszkodzie. Oznaczać to może jedynie, iż "alternatywni świadkowie" zostali zamordowani przez kosmitów. To jednak nie koniec. Także zamachy w Londyńskim metrze wydają się mieć jasnego mocodawce. "W spowolnionym czasie (podkreślę, "w spowolnionym czasie"!) spotkali się z niewidzialnymi dla ludzi wehikułami UFO które przybyły do nich aby im udzielić pomocy technicznej. Z UFO przenieśli na pociąg wymaganą ilość materiału wybuchowego i zainicjowali detonacje". Adekwatna relacje doktor rysuje opisując zamachy w Madrycie. UFO Miało zestrzelić prom Columbia, a w zasadzie być inicjatorem prawie każdej znaczącej informacji jaka dociera do nas z mediów.

Miejsce 2. Wydawać by się mogło że istnieć muszą katastrofy nie wywoływane przez obcych, powstałe od tak, siłami przyrody. Jak zaznacza doktor Pająk, to jedynie złudzenie. Tsunami z roku 2004, huragan Katrina, trzęsienia ziemi - dla ufonautów nie ma rzeczy niemożliwych. Dla przykładu, jeden z najważniejszych argumentów na "ufoniczność" straszliwego tsunami z nad Oceanu Indyjskiego, rozchodzi się o datę tej katastrofy, 26 grudnia, a jak pisze doktor, dwudziesty szósty to ulubiony dzień obcych. Piszę to nie bez kozery... zważywszy na dzisiejszą datę. Z rozszyfrowaniem huraganu Katrina sprawa wydaje się jeszcze prostsza. Dowody na jej sterowność przez obcych wydaja się przytłaczające. Katrina inteligentnie zmieniał swoje trajektoria. Zachowywał się więc tak, aby dokonać możliwie największego zniszczenia poprzez zablokowanie ujścia rzeki Mississippi. Równie inteligentnie churagan (pisownia oryginalna z blogu Jana Pająka) zmieniał swoją intensywność i ciśnienie. Przykładowo, na krótko przed zaatakowaniem wybrzeża, w celu uspokojenia ludzi i zmniejszania liczby ewakuowanych, zmniejsza swoją intensywność aby tuż przed atakiem ją jednak zwiększyć. To zaś dokumentuje, że był on inteligentnie kontrolowany".

Miejsce 1. Może kogoś zdziwi moje miejsce pierwsze, jednak o ile wcześniejsze pozycje napawają mnie naprzemiennie rozbawieniem i przerażeniem, ta teoria jest moim zdaniem wzruszająca. Są to zdjęcia pojazdów kosmicznych którymi przemieszczają się po naszym niebie obcy. Pochodzą one ze strony Pana Jana.


Zwykłem oglądać zamazane światła, niewyraźne plamy, rozmyte przed obiektywem lecące ptaki - we wszystkich tych obiektach dopatrywano się UFO. Jednak w tym wypadku mamy do czynienia z najzwyklejszymi chmurami, czarno na białym, czy biało na niebieskim widać, że są to chmury! Wedle słów doktora, latające spodki mają być wyposażone w maszyny do produkcji pary wodnej (!), która dokładnie zakrywa ich powierzchnie. Nie potrafię zrozumieć dlaczego pojazdy obcych nie chowają się w chmurach nie odpowiadających dokładnie ich kształtom, bo cóż to za przebranie zdradzające ich dokładny wygląd? Jak dowód na tą osobliwą teorie, Pająk przytaczane dwa fakty: ucieczkę prezydenta Bush'a do schronu na widok chmury w roku 2005 (!) oraz opowieść turystów zwiedzających park narodowy, którym po ujrzeniu chmury-ufo, całą powrotną podróż psuł się samochód (!)

14 października 2008

On, Ona i On

Zgubiłem się w tych boskich imionach. Precyzuje się z takim pietyzmem, że aż człowiek boi się coś przekręcić. A nuż modląc się do Kuk, zbyt słabo zaakcentuje ostatnią głoskę i wszystko pójdzie do Ku. Jest w końcu różnica między mrocznym egipskim bogiem wód, a hawajskim bożkiem opiekunem przodków, Kuk mogłaby się pogniewać. Wszystko to przypomina traktowanie Boga niczym głupawego psa, któremu cza jasno i wyraźnie i tylko tak jak się wabi, bo inaczej ni w ząb nie zrozumie. Można narzekać, że w takim nawale łatwo o pomyłkę, w samym hinduizmie mamy około 330 milionów bogów, jednak trudności zaczyna się dopiero, kiedy te nazwy się zmienia. Nawet Bogowie nie uciekną przed modą na pozorne zmiany, w której z prostacka Idei uczyniono wzniosłą Orange, a nasz stary poczciwy Jahwe okazał się Adonaiem. Skąd ta zmiana i czy są jeszcze inne powody poza tymi oficjalnymi, na zastąpienie imienia Jahwe przez Adonaia?

W Biblii wyróżniamy dwa główne nurty nazewnictwa Boga. Nasamprzód Bóg posługuje się imieniem Elohim (w skrócie El), począwszy od Mojżesza przechodząc na bardziej skomplikowany "Jestem tym, który zawsze będzie", Jahwe. Na szczęście nie jesteśmy pozostawieni mglistej i tajemniczej Biblii, obie postacie znane są archeologii i historii. Dzięki wykopaliskom i badaniom starożytnych przekazów wiemy o nich całkiem sporo. Dla tych którzy uważają że nauka nie może badać Boga - ewidentny przykład że jednak może. Co wiemy o Elu wychodząc poza Pismo Święte i kopiąć głęboko w ziemi? El był największym bogiem kananejskim. W Księdze Rodzaju król Jerozolimy Melichizedek składa ofiarę Elowi, co opatrzono komentarzem "wyniósł chleb i wino, a był on kapłanem Boga Najwyższego" (Rdz 14.18). Wyobrażano go jako postać siedzącą z rogami byka, symbolizującymi siłę. Widziano w nim starego Pana czasu, Pana dobroczynnego i miłosiernego. El pomimo iż był ojcem bogów i ludzi, trzymał się z dala od spraw doczesnych, chodź uosabiał wszechmoc, nie ingerował on w codzienność. Interweniował sporadycznie, szukając żony dla swojego syna Kareta, czy uśmiercając swojego wnuka Akhata. W tym samym panteonie rezydował Jahwe, o którym religioznawca Jacek Sieradzan pisze:

Historycznie biorąc, Jahwe to jedno z wielu semickich bóstw natury. Pierwotnie imię to było związane z idiomem wskazującym na bóstwo pogody, a jego objawienie nierzadko kojarzono z burzą i błyskawicą. Na podstawie rozmaitych fragmentów w przeszłości uważano Jahwe, za lokalne bóstwo góry Synaj o charaktrze wulkanicznym( Wj 19.18), bóstwo przyrody które miota piorunami (Ps 77.18), przemawiającego za pomocą grzmotów (Wj 3.1-2) władcę deszczu (Rdz 7.11; Iz 24.18; Hi 38.25).
Dziś trudno odtworzyć pierowtny związek Ela z Jahwe. Zdaniem Franka Crossa Jahwe był kultowym imieniem El, w opinii Josepha Campbella ("Bohater o tysiącu twarzy") z czasem Jahwe - bóg burzy i El - bóg słońca stopili się w jedne, zaś polski badacz Witold Tyloch uważał że Jahwe był synem Ela. Teorii jest sporo, natomiast bezspornie wiemy , iż Jahwe miał żonę! W pewnym okresie rozwoju swojego wizerunku, jego towarzyszką życia była krwiożercza bogini Anat, z którą tworzył boską parę Anat-Jahu. W "Słowniku mitów świata" Arthura Cotterelli, pod pojęciem Anat kryje się taki oto opis:
Bogini matka, najbardziej energiczna z bogów kananejskich. Mimo, że nazywano ją "Panną", "Dziewicą", była boginią agresywną, przedstawiana jako brodząca we krwi zabitych przez nią ludzi. Pod imieniem Aszirat małżonka Boga El, jako Astarte "Królowa niebios", wyznawana przez Hebrajczyków. W Piśmie Świętym Jahwe powiada prorokowi Jeremiaszowi: "Synowie zbierają drewno, ojcowie rozpalają ogień, a kobiety ugniatają ciasto, by robić pieczywo dla >>królowej niebios<< " (Jr 7.18). W Mizpah odnaleziono jej świątynie wybudowaną jednocześnie i tuż obok świątyni Jahwe, natomiast gminy żydowskie w Górnym Egipcie jeszcze w V wieku p.n.e. uważały ją za boską małżonkę.
Jak widać, machlojstwo imionami nie ułatwiają w rozjaśnieniu całej sytuacji. Wszystko to nie jest bynajmniej jednoznaczne, warto jednak zasygnalizować, że problem taki w ogóle istnieje. Dla chętnych wyrobienia sobie własnego opinii w temacie, zachęcam do lektury dyskusji "katolickiej strony konfliktu" w postaci Jana Lewandowskiego (Czy w Biblii są jakieś pozostałości politeizmu?) z ateistycznym światopoglądem Mariusza Agnosiewicza (Przemilczana historia Jehowy).

8 października 2008

U źródeł masowej niewiary

Modnym ostatnio rozważaniem stały się dociekania nad konsekwencją dla polskiego katolicyzmu, postępującej dookoła nas laicyzacji. Zatracanie przez społeczeństwa Europy poczucia więzi z religią, różni się zasadniczo od ateistycznych coming out'ów. Źródła tych drugi znamy i są mniej więcej takie jak źródła manifestacji czarnych w Stanach Zjednoczonych w latach 60-tych, czy dzisiejszych parad gejowskich - grupa czująca się represjonowaną zaczyna afiszować się ze swoim "problemem", chcąc pokazać sobie i innym, iż nie jest w nim osamotniona. Trudniej wyjaśnić masowe odwracanie się od Boga. Jako najważniejszą przyczynę takiego porzucania wiary, powtarza się nieodmiennie głupi argument materialnego dostatku jakim obrośliśmy. Według tej hipotezy ipody i tostery stanowią bezpośredni impuls do naszych religijnych wątpliwości, a nożem wbijanym w kościelną frekwencje jest diabelska triada PlayStation-komputer-telewizor. Być może serwowane telewidzom "tańce gwiazd", w odmianach każdej powierzchni na jakiej tylko da się tańczyć, wywiewają cześć wiernych z katedralnych naw, trudno jednak tak skretyniały program "winić" za szerzenie się ateizmu. Wydaje się nieprawdopodobne aby niedzielne wizyty w hipermarkecie, dekompletujące wiernych na mszy świętej, zastępowały w nas potrzebę duchowości. Pomimo tego co się wielu wydaje, chodzenie do kościoła nie równa się podtrzymywaniu wiary w Boga. Cytując najbardziej znaną myśl księdza Józefa Tischnera: "jeszcze nie widziałem nikogo, kto stracił wiarę, czytając Marksa, za to widziałem wielu, którzy stracili ją przez kontakt ze swoim proboszczem".

Bezpośrednim powodem dla którego poruszam ten temat, jest raport opublikowany przez "Laboratorium Więzi", na temat zagrożeń jakie czyhają na polski kościół. Autorzy podkreślają w nim naukowość metod jakimi się posługują, jednak za Adamem Szostkiewiczem nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż są to jedynie refleksje kilkunastu osób, a nie "science" jakiego mieliśmy doświadczyć (jest jeszcze opcją, iż raport który Szostkiewicz krytykował w Tygodniku Powszechnym nie jest tym samym raportem który czytałem, a który podesłałem w linku). Badania socjologów Laboratorium, o ile interesujące, posiadają jednak szkopuł obciążenia katolickim światopoglądem podmiotu badającego, czyli samych badaczy. Nie odpowiadają one na pytanie o bezpośrednią przyczynę zaniku wiary, ale jak na ten zanik powinien reagować Kościół aby nie tracić wiernych. Socjologia nie zostawia nas jednak w tym temacie samym sobie, nie skazuje nas na głos jedynie katolickich badaczy tego zjawiska. Jeden z największych socjologów religii, Peter Berger, poświęca równo pól "Świętego baldachimu" na rozpoznania podłoża tego procesu. Jak każda inna taka teoria i ta nie jest wolna od błędów, na chłopski rozum jesteśmy wstanie podać wiele przykładów nieprzystających do wytyczonych tu reguł, tezy te są jednak na tyle oryginalne, iż może warto dowiedzieć się jakie przyczyny laicyzacji i sekularyzacji widzi się na świecie.

Jak sądzi Berger, laickie jądro posiadają do pewnego stopnia same religie, coraz radykalniej transcendentne. Widzimy to protestantyzmie, który zerwał z ideą świętych mężów i świętych sakramentów, powątpiewa w sens modlitwy za zmarłych i niezwykłość postaci Maryi. Jedyną pępowinę łączącą człowieka z niebem, którą u protestantów jest sam Bóg, łatwiej jest jednak odciąć niż wiele kanałów którymi posługują się katolicy. Odejście od sacrum zniechęca wiernych, w dobie rządów mediów i reklamy, wszystko musi dostosować się do ich wymogów aby bezpowrotnie nie zaniknąć, nawet ludzka wiara. Instytucje religijne stają się agencjami rynkowymi, a tradycje religijne - artykułami konsumpcyjnymi. To co kiedyś należało do natchnionych proroków dziś należy do wykutych w siermiężnych seminariach księży. Wszystkie te argumenty wynikają i wskazują na ten najważniejszy, którego ze świecą szukać wśród katolickich analiz - jest nim racjonalizowanie się społeczeństwa. O ile mam wątpliwości, czy wiek XX zasłużył na miano "wieku sceptycyzmu", bez wątpienia jeśli ktoś tylko chciał, mógł być w nim sceptykiem pełną gębą jak nigdy wcześniej. Coraz większa racjonalność rzeszy osób nie wynika jednak z lektury popularnonaukowych książek, a z wykształcenia które wymaga od nas rynek pracy, nasz sceptycyzm jest poniekąd przypadkiem, skutkiem ubocznym dzisiejszego świata. Jeśli to całość rzeczywistość z która obcujemy machluje przy naszym zdroworozsądkowym światopoglądzie, jeśli to właśnie tu tkwi przyczyna kryzysu wiarygodności religii, może i rzeczywiście toster z ipodem są tymi cichymi bohaterami.

25 września 2008

Deficyt naukowych bohaterów

Dyskusja w narodzie nad hipotetyczną data przyjęcia hipotetycznych rewersów euro trwa w najlepsze. Jako że pomysłowość na rewersy jest odwrotnie proporcjonalna do ekonomicznej wiedzy na temat zastąpienia złotówki - i ja dołączę się do grona spekulantów, nie mających nic do powiedzenia od strony bankowej, a lubiących bajdurzyć nad wyglądem czegoś czego jeszcze nie ma i pewnie w najbliższym czasie nie będzie. Do tej pory zachodzę czy propozycja Pani Beger aby polskie euro-rewersy poświęcić na promocje kiełbas, soków i kuchenek amica był jedynie żartem czy przemyślną wizją pani poseł. Pochwycę od niej słuszną idee reklamowania tego co dobre a mniej znane, aby nie szargać już wyświechtanego Chopina, coś ciekawego, pociesznego, a mniej znanego. Mamy w swojej historii postać, która w nauce XVI i XVII wieku dorównywała, a może i przerastała swoją sławą, samego Mikołaja Kopernika. Kogoś, kogo dzieła przetłumaczono na wiejszość języków europejskich, których wydań po dziś dzień nie możemy się doliczyć. Jego "Traktat o kamieniu filozoficznym" w tym idee magnesu przyciągającego rtęć z powietrza do ziemi. cytował sam Isaac Newton", a słynnemu Lavoisierowi pomogły w odkryciu tlenu!

Michał Sędziwój, bo o nim mowa, wielki Polski alchemik, cieszący się w całej Europie ogromną sławą, przyjaciel Zygmunta III Wazy, cesarza Rudolfa II i Ferdynanda II. Anglik polskiego pochodzenia, profesor Zbigniew Szydło pisze w poświęconej mu książce "Woda, która nie moczy rąk":
"Ten skromny człowieka, zasługuje na miejsce wśród największych postaci nauki renesansu".
Cóż, rzeczywiście wpływ Sędziwoja na nasze życie jest nie mały. To on wraz ze swoim przyjacielem, Mikołajem Wolskim, w czasie alchemicznych doświadczeń, spowodował w styczniu 1596 roku pożar Zamku Królewskiego w Krakowie - który to był bezpośrednim pretekstem na przeniesienie stolicy z Krakowa do Warszawy! W 1604 roku, Sędziwoj miał dokonać przed cesarzem Rudolfem II słynnej transformacji metalu w złoto, co wprawiło w zdumienie zebranych na sali gości jak i samego cesarza. Co interesujące, największym wrogiem alchemii był w tych czasach... kler. Najostrzejszy atak pod adresem alchemików, to "Pogrom czarnoksięskie błędy" ojca Stanisława Poklateckiego z roku 1595, w którym duchowny starał się dowieść niemocy i niemożliwości wyprodukowania złota metodami alchemicznymi. Dziś wiemy, iż przemiana jednego pierwiastka w drugi jest możliwa, mówimy tu jednak o ingerencji na poziomie subatomowym, a nie o trzepaniu kolbą i kłębowisku dymu z butelki. Nie zmienia to faktu, iż Partington w swej encyklopedycznej "History of Chemisty", zalicza Sędziwoja do największych chemików swego czasu, a Micheal Maier, który osobiście znał Polaka, umieszcza go w dwunastce największych przyrodników w dziejach nauki, wśród takich nazwisk jak Demokryt, Avicenna, Tomasz z Akwinu i Roger Bacon.

Poza niespotykanym jak na tamte czasy, empirycznym podejściem Sędziwoj miał zasadniczą wadę - był alchemikiem. Całą jego twórczość przyćmił fakt uczestnictwa w projekcie, uznanym z punktu dzisiejszego widzenia, za śmieszny, absurdalny i poniżający. Nieistotny jest tu fakt że chemia nie istniała wtenczas poza alchemią, a dokonywanie jakichkolwiek doświadczeń wiązało się ze zwodzeniem władców i mamieniem ich wizją kamienia filozoficznego. Rozgrzeszam naszego alchemika, radził sobie jak mógł, na tyle na ile pozwalały jego czasy, a modny ostatnio rachunku z przeszłością, nie przekreśla jego podwalin pod jedną z największych dziedzin współczesnej wiedzy. Nawet jeśli dostał za swe czysto alchemiczne zasługi dwie wsie w Ołomuńcu... nawet jeśli wazony które dostawał wyrzucał do rzeki.

19 września 2008

Klika czarodziejów

Jeśli wierzyć Tolkienowi dawni czarodzieje dzielili się na szarych i białych. Współcześni kuglarze parający się sztuką magiczną dzielą się na prawdziwych magików oraz oszustów, choć co ciekawe, prawdziwych poznajemy po tym, iż otwarcie mówią że oszukują, zaś oszustów po tym, iż podkreślają, że to co pokazują to najprawdziwsze czary.

Chyba największym osiągnięciem parapsychologii jest wmówienie opinii publicznej, iż ma ona coś wspólnego z psychologią. Sama nazwa wskazuje iż parapsychologie może być jakąś odmianę szanowanej i niezwykle popularnej psychologii. W każdej co większej księgarni mamy minimum jeden regał z napisem "psychologia" i niestety dwa regały opatrzone szyldem "parapsychologia". Tymczasem zbieżność pomiędzy tymi dwoma dziedzinami, przyrównałbym do komplementarności jeża i mikroskopu. Dołączyłbym do tego wprowadzenie kar za próby wyjaśniania zjawisk paranormalnych przez naukowców, gdyż ich akademicka wiedza ma się nijak do badanych przez nich kuriozów. Kiedy dwóch rosyjskich biologów, Smirnow i Nyuberg badali dermoptyczkę Roze Kuleszową, musieli oni ostatecznie przyznać, iż czyta ona jedynie przy pomocy dłoni. Demistyfikacja podobnych zjawiskom leży poza zasięgiem tych którzy wybrali ławy politechniki zamiast sal Hogwartu, na walkę z czarodziejami potrzeba niestety innych czarodziejów.

Prekursorem prawdziwej magii, otwarcie mówiącym o swoim zwodzeniu widza, był Ehrich Weiss, znany pod pseudonimem Harry Houdini. Z uporem maniaka demistyfikował spirytystów, zarabiających wtenczas krocie na prymitywnych sztuczkach iluzjonistycznych. Już jako członek Scientific American zapoczątkował znaną do dziś praktykę ofiarowania pokaźnej sumy pieniędzy każdemu kto udowodni jakiekolwiek paranormalne zdolności przed komisją biegłych iluzjonistów. Obecnie nagroda ta wynosi 1 milion dolarów i jest równie niezagrożona jak 80 lat temu. Walka zawodowych prestidigitatorów ze swoimi uduchowionymi kolegami po fachu, przyniosła wiele spektakularnych starć, z klasycznym James Randi vs Uri Geller (dla czerpiących perwersyjną przyjemności z niepowodzeń innych, poniżej występ "cudownego" Gellera wraz z spreparowanymi przez Randiego rekwizytami)


Strach pomyśleć gdzie bylibyśmy teraz gdyby tacy iluzjoniści jak Martin Gardner nie wyjaśnili nam, że Kuleszowa nie widzi przez skórę, a jedynie wykorzystuje znaną czarodziejskiemu świadku technikę zwaną mentalizmem. Gdyby nie Sorcar nie mielibyśmy dziś podstaw aby nie wierzyć w to, że mający już kilkanaście milionów wiernych, indyjski szarlatan Sai Baba rzeczywiście potrafi materializować różne przedmioty. Gdyby nie ta garstka uczciwych magików, świat w którym żyjemy uznawałby jako fakt telepatie, telekinezę i lewitacje. Tam gdzie nie sięgają już naukowa wiedza, sięga zręczna ręka (bez skojarzeń) i spostrzegawcze oko iluzjonisty, wychwytującego oszustwa sprawniej niż najlepsza kamera i sztab tzw. ekspertów. Ekspertów takich jak doktor fizyki, Jan Pająk, który po występie Davida Copperfielda doszedł do wnioski, że to co widział jest na tyle niemożliwe, iż Copperfield musi pochodzić z innej planety - o zgrozo, rozgłaszając to wszem i wobec, niosąc w świat wraz z Maciejem Giertychem, dobre imię polskiej nauki.

17 września 2008

A jednak... stoi w miejscu

Od kiedy za sprawą niedoszłego filmu, cała Polska dowidziała się o homoseksualizmie obrońcy Westerplatte, majora Sucharskiego, świat autorytetów stanął dla mnie na głowie. Są i jednak takie bastiony bohaterstwa narodowego, których nie imają się agenturalne przeszłości. Choć obawiam się że w przypadku dziadka Mikołaja, obawy o konszachty z wermachtem mogłyby być uzasadnione, pal licho jego trudną do ustalenia narodowość, nie liczy się kim się czuł, ale czyje banknoty uwieńczał, oo! Dziś wychodzi na to, że wszystko to jak krew w piach! Tym większa rozpacz po hucznie rozgłaszanym odnalezieniu grobu Kopernika, okazuje się iż równie dobrze mogliśmy przedrukować na dawnym tysiącu wizerunek Mistrza Twardowskiego, naukowość obu panów wydaje się dziś zbliżona.

Do rzeczy. Już współcześni Mikołajowi musieli jakoś przełknąć niespecjalną autorskość systemu heliocentrycznego. Pitagoras, Arystrach, Eratostenes, na domiar złego, jeszcze przed nimi astronomowie starożytnych Indii, upychanie Słońca przed Ziemią, miało swoich licznych entuzjastów jeszcze przed Kopernikiem. Na obronę Mikołaja można powiedzieć: "starożytność starożytnością, przede wszystkim liczy się kto odświeżył te poglądy po wiekach zapomnienia". I znów policzek w napchaną toruńskimi piernikami gębę - przez całe średniowiecze idea heliocentryczności była żywo komentowana w świecie islamu, gdzie muzułmańscy astrologowie od wieków reklamowali Słońce jako centrum swojego kosmicznego zainteresowania. Wybaczamy plagiat i posiłkowanie się bez przypisów, dopóty dopóki to coś sensownego i posuwa naszą wiedzę naprzód. I tu dopiero zaczynają się schody. Nawet jeśli przymknąć oko na dość szybko wychwycony błąd kolistości torów po których poruszać miały się planety - to wybacza,my można było się pomylić, koło wydaje się figurą idealną, łatwo można było się zwieść, elipsa ma w sobie jakąś taką bylejakość - co jednak począć z wadliwością głównego założenia?

Komu tylko wydaje się że to Ziemia krąży dookoła Słońca a nie na odwrót, niech otworzy szeroko oczy, bo już od około 100 lat wiemy że tak nie jest! Teoria względności namieszała nie tylko w świecie abstrakcyjno-matematycznych konstruktów nie mających żadnego przełożenia na humanistyczny upośledzony umysł, jej względność uderzyła w samego Kopernika. Nie ma w prawidłowej odpowiedzi co krąży wokół czego, bez wcześniejszego obrania punktem odniesienia. Biorąc za ten punkt raz Ziemia raz Słońce, raz jedno krąży wokół drugie, innym razem to drugie wokół tego pierwszego. Bądź tu teraz mądrym i wyślij sondę na Marsa tak, aby od razu nie spłonęła w Słońcu, istny galimatias!

To jednak nie koniec mącenia w nabytej w szkole wiedzy. Nie ważne co krąży wokół czego, ważne co jest, a raczej co nie jest w centrum wszechświata. Do dziś w nocy nie miałem tego problemu, na pytanie czy w centrum kosmosu znajduje się Ziemia, bez namysłu i z pewnością siebie odpowiedziałbym że nie. Do poduszki czytałem jednak Craiga Hogana, w końcu nie członka Towarzystwa Biblijnej Astronomii, a poważnego i szanowanego fizyka, a w nim taką oto informację:
Rzeczywiście, odnosimy wrażenie, że znajdujemy się w środku Wszechświata, ale wydawałoby się nam też również wtedy, gdybyśmy obserwowali Wszechświat z dowolnej innej galaktyki, w dowolnej innej chwili. Paradoksalnie, środek Wszechświata jest wszędzie i nigdzie (...) Każdy punkt jest środkiem - lub żaden, ponieważ nie ma wyróżnionego środka. Obserwator w dowolnym punkcie przestrzeni może przyjmować, iż znajduje się w środku.
No to ja już dziękuję, poddaję się i wracam do Ptolemeusza.